Znam tę historię, bo sam byłem tym ojcem chrzestnym. Nie żebym nie chciał. Najpierw nie mogłem, potem oduczyłem się umieć, a w końcu było już za późno cokolwiek tłumaczyć.
Nazywam się Ryszard. Mieszkam w Radomiu, na czwartym piętrze kamienicy przy ulicy Żeromskiego, naprzeciwko piekarni, która od pięciu lat pachnie już tylko w niedziele, bo właściciel oszczędza na drożdżach. Pracuję jako mechanik w warsztacie przy dworcu PKS. Dwadzieścia trzy lata w tym samym miejscu, te same dwa kanały, ten sam smar pod paznokciami, którego nie zmyjesz nawet szarym mydłem.
Kiedy Krzysztof i Ola poprosili mnie, żebym został ojcem chrzestnym ich syna, zgodziłem się od razu. Znałem Krzyśka jeszcze ze szkoły. Siedzieliśmy w jednej ławce, potem on wyjechał na studia do Warszawy, a ja zostałem pomagać ojcu w warsztacie. Krzysiek przyjeżdżał na święta i zawsze przywoził kawę, jakiej u nas wtedy nigdzie nie można było dostać. Później poznał Olę. Brali ślub w katedrze na Rynku, a ja stałem z boku, bo byłem po rozwodzie i w pożyczonym garniturze, który uwierał pod pachami.
Ojciec chrzestny to nie stanowisko. Tak to rozumiałem. Miałem być tym, kto podłapie chłopaka, kiedy się potknie, i tym, kto powie mu prawdę, gdy nikt inny nie zechce. Podarować coś — to za mało. Ale prezenty były pierwszą rzeczą, na którą zwróciła uwagę Ola.
Na pierwsze urodziny Artura przyniosłem składany warsztacik z zabawkowymi narzędziami. Zobaczyłem go na bazarze na Borkach i pomyślałem: niech chłopak ma coś ode mnie, nie pluszowego misia. Ola otworzyła pudełko, podziękowała, a potem usłyszałem, jak mówi Krzyśkowi w kuchni: "Zabawkowy młotek? Żeby mu się coś w głowie poprzestawiało?"
Na drugie urodziny przyniosłem zimowe buty, rozmiar dwudziesty siódmy. Dobre, skórzane, kupione w sklepie przy Żwirki i Wigury, zapłaciłem dwieście osiemdziesiąt złotych. Ola obejrzała podeszwę, zajrzała do środka, postawiła pudełko na szafce i do końca imprezy więcej się do mnie nie odezwała. Krzysiek powiedział, że chłopak już ma buty, kupili w centrum handlowym.
Na trzecie urodziny nie przyszedłem. Zadzwoniłem rano, że w warsztacie awaria, muszę zostać. Nieprawda. Siedziałem w domu, piłem herbatę z cytryną i wpatrywałem się w milczący telefon na stole. Prezent leżał obok — interaktywna ciężarówka z dźwigiem, za czterysta złotych, wybrałem ją w internecie, bo w sklepie przy Traugutta takiej nie było. Nie zawiozłem jej. Postawiłem na szafce w przedpokoju i codziennie mijałem ją, wychodząc do pracy.
Chodziłem na mszę w niedzielę, jak należy. Staliśmy po różnych stronach kościoła. Ola trzymała Artura za rękę, a ja obserwowałem chłopaka, który robił się coraz wyższy, ale wiedziałem o tym tylko z daleka, z odległości dwunastu ławek. Krzysiek nie dzwonił. Ja też nie.
Kiedyś spotkałem go w Biedronce przy Wośnickiej. Stał przy lodówce z nabiałem, trzymał w ręce jogurt i sprawdzał datę ważności. Podszedłem. Powiedziałem: "Cześć. Co u Artura?" Odpowiedział: "W porządku". Potem odstawił jogurt, wziął inny, droższy, i powiedział, że musi lecieć, bo Ola czeka w samochodzie. Samochód stał na parkingu, szary volkswagen, zaparkowany krzywo, jedno koło na krawężniku. Zapamiętałem ten szczegół, bo nie było na czym innym się zatrzymać.
Później dostałem wiadomość na Messengerze. Od Oli. Że Artur idzie do pierwszej komunii i żebym nie robił wstydu, jeśli nie zamierzam przynieść porządnego prezentu. Odpisałem: "Co mam przynieść?" Napisała: "Kopertę. Minimum pięćset złotych". Tej wiadomości do dziś nie usunąłem. Leży w telefonie, pod nią rachunki z warsztatu i zdjęcie, na którym mój ojciec trzyma klucz nastawny, jeszcze w latach osiemdziesiątych.
Na komunię nie poszedłem. Tego dnia siedziałem w warsztacie, rozbierałem skrzynię biegów z audi, którą zostawił klient. Rozbierałem, chociaż nie było takiej potrzeby. Złożyłem z powrotem, wymieniłem dwie uszczelki, wziąłem dwieście złotych. Włożyłem je do koperty, napisałem na niej "Dla Artura", zaniosłem na pocztę przy Żeromskiego i wysłałem listem poleconym. Bez słowa.
Tydzień później Krzysiek napisał: "Dostałem twoją kopertę". Odpisałem: "To dla Artura". Napisał: "Ola kazała odesłać, bo to nie prezent od ojca chrzestnego, tylko jałmużna". Nie odpowiedziałem.
Trzy lata później przypadkiem spotkałem Artura. Na przystanku autobusowym przy dworcu, wieczorem, w listopadzie. Stał z kolegą, śmiali się, na szyjach słuchawki, podobne do tych za czterysta złotych z reklamy na YouTubie. Patrzyłem na niego z daleka. Nie podszedłem. Nie miałem prawa.
Teraz Artur ma szesnaście lat. W zeszłym tygodniu znalazł mnie na Instagramie. Napisał: "To pan jest moim ojcem chrzestnym?" Serce mi zamarło, jakby ktoś zgasił silnik na środku skrzyżowania. Odpisałem: "Tak". Długo nic nie pisał. Potem przyszła wiadomość: "Mama mówi, że jest pan zwykłym skąpcem, co daje buty zamiast pieniędzy".
Nie odpowiedziałem. Siedziałem z telefonem w ręce, a na dłoni wciąż był smar, bo nie umyłem rąk po pracy. Wszedłem w ustawienia, zablokowałem go. Nie dlatego, że się złoszczę. Niech myśli, co chce. Nie zrobię z jego matki kłamczuchy.
Wczoraj byłem na cmentarzu, na grobie ojca. Zapaliłem znicz, poprawiłem go, żeby nie zgasł od wiatru. Postawiłem obok małą tabliczkę rejestracyjną, którą wziąłem z warsztatu — taką ozdobną, na magnesie, z napisem "Ryszard". Ojciec zawsze chciał mieć na samochodzie tabliczkę z imieniem. Nie zdążył kupić. Uklęknąłem, otarłem dłonią kurz z krawędzi nagrobka i zostawiłem na kamieniu czarny ślad od smaru, którego nie dało się już zmyć. Wielu rzeczy też nie zdążyłem.
