Zaczęło się od tego, że mąż powiedział, że jedziemy do jego matki na niedzielny obiad. W porządku. Tylko że to nie była jego matka. To była kobieta, z którą jego ojciec żył od jedenastu lat, a mąż uparcie nazywał ją „mamą” i uważał, że ja też powinnam.
Nazywała się Wiesława, ale wszyscy mówili na nią „Wiesia”. Pracowała w szkolnej stołówce w Chodzieży, miała na przedramieniu wytatuowanego motyla, który już dawno stracił skrzydła, i zwyczaj wchodzenia do kuchni akurat wtedy, kiedy wyciągałam z piekarnika blachę. Zawsze wtedy stawała w drzwiach i mówiła: „No, zięć by się ucieszył”. Mój mąż, Krzysiek, faktycznie się cieszył. Jego ojciec, pan Roman, patrzył na mnie znad okularów jak na kogoś, kto zajął cudzy parking.
W tę niedzielę padało od rana. Na trasie z Poznania do Piły stałam pół godziny w korku za cysterną z mlekiem. Krzyś siedział obok i co chwilę zerkał na zegarek, bo Wiesia nie lubi, jak rosół stygnie.
— Może być za późno — powiedział.
— To trudno — odpowiedziałam.
To cała rozmowa.
Dom Wiesi to taka kostka z lat siedemdziesiątych: czerwona cegła, okna z siatką przeciw komarom, przy schodkach stara opona, w której ktoś próbował posadzić bratki. Kiedy podjechaliśmy, w kuchni już pachniało karmelem, bo Wiesia robiła kaczki na każdą okazję, która choć trochę przypominała święto.
Dzieci zostały u mojej siostry w Poznaniu. Krzyś uparł się, że teraz, po czterech miesiącach nieprzyjemności, potrzebujemy „spokojnej rozmowy rodzinnej”. Cztery miesiące — dokładnie tyle minęło od wesela jego brata, na którym Wiesia upiła się i powiedziała do całego stołu, że „z taką grymasną jak ja to Krzyś się w życiu nie nagłaszcze”. Wszyscy słyszeli. Nikt nie zaprotestował. Nawet Krzysiek wtedy uśmiechnął się i poklepał ją po dłoni.
Teraz siedzieliśmy przy stole. Kaczka, modra kapusta, kluski śląskie, do tego kompot z truskawek w dzbanku z wyszczerbionym brzegiem. Pies sąsiada zaszczekał na chwilę, jakby coś wiedział.
— No i co, Magda — zagaił pan Roman, mieszając łyżką w szklance, chociaż herbaty jeszcze nie nalał. — Nasza Wiesia się stara. Obiad, wszystko. A ty siedzisz, jakby ci coś podeszło.
Krzysiek nabrał powietrza.
— Tato, daj spokój.
— Ja jej nie mówię nic złego — pan Roman wzruszył ramionami. — Tylko widzę, że nie za bardzo chce jej się tu być.
Wiesia stanęła za mną z miską kapusty i przez moment poczułam ciepło od parującej miski na karku. Postawiła ją na stole i powiedziała cicho, że w sumie to ona nie ma żalu. Że dzieci zawsze zostawiam u siostry. Że jej siostra to pewnie lepsza opieka. Że jak się ma takie wymagania, to rodzinie ciężko dogodzić.
Krzysiek dalej patrzył w talerz.
Ja położyłam widelec. Złożyłam serwetkę na pół. Wyjęłam z torby telefon. Na ekranie otworzyłam apkę banku.
— Niech pani jeszcze raz powie o tych wymaganiach — powiedziałam.
W kuchni zrobiło się cicho, tylko zupa na gazie podskakiwała pod pokrywką.
Wiesia zaśmiała się sztucznie: że ona tylko tak, po dobroci.
Wtedy nacisnęłam „przelew potwierdzony”. Cztery tysiące dwieście złotych. Cały mój udział w prezencie, który miała dostać na sześćdziesiątkę: wycieczka do Albanii we wrześniu. Wiesia marzyła o tym od roku. Krzyś mówił, że moglibyśmy dołożyć. Ja powiedziałam: niech będzie.
Teraz przenieśliśmy te pieniądze na konto domowe, z którego płacimy ratę kredytu.
— O, przelew wam wpadł — powiedziałam głośno i odwróciłam ekran, żeby było widać tytuł: „refundacja obiadu za cztery miesiące”.
Wiesia patrzyła na mój telefon. Potem na Krzysia. Krzyś patrzył na mnie, ale zupełnie inaczej niż zwykle: jak na kogoś, kogo pierwszy raz widzi w tej kuchni. Jego ojciec wreszcie nalał sobie herbaty. Ręka mu lekko drżała, łyżeczka zabrzęczała o szklankę, raz.
— Zrobi mi pani herbaty? — zapytałam Wiesi.
To było najbardziej okrutne zdanie tego popołudnia. Chociaż to tylko herbata.
Nie zrobiła. Stała z tą miską kapusty i słuchała, jak Krzysiek pyta, czy ja w ogóle wiem, ile ona płaci za prąd.
— Wiem — odpowiedziałam. — Dwustu dziesięciu złotych jej nie starcza zawsze na początku miesiąca. Za każdym razem ktoś do niej dzwoni z energetyki, a pan Roman mówi, że przecież „coś pożyczy”.
To była prawda. Siedziałam przy tym stole kilkanaście razy. Słuchałam, jak Wiesia opowiada, że prąd drożeje, a pan Roman mówi: „nu, nie wierc dziury w brzuchu”.
Wstałam. Wzięłam swoje naczynie i zaniosłam do zlewu. U Wiesi zlew zawsze jest pusty, bo ona myje na bieżąco, nawet w trakcie obiadu. Odkręciłam kran. Ciepła woda buchnęła parą.
— U was poczeka — powiedziałam. — Do września.
Krzysiek złapał się za głowę. Dosłownie obiema dłońmi, jakby go zęby bolały. Pan Roman odstawił szklankę tak, że herbaty chlapnęło na kwiecisty obrus. Wiesia odłożyła miskę na podłogę, bo blat był zajęty.
I wtedy zrobiła to, czego nie przewidziałam.
— To ja nie mam wam za co podziękować — powiedziała. — Ale tyle to ja wiem od dawna. Ty, Magda, odkąd weszłaś do rodziny, to tylko liczysz.
Odwróciłam się od zlewu z cudzą łyżeczką w dłoni.
— Nie. Ja nie liczę. Ja się rozliczam.
W samochodzie padało jeszcze mocniej. Wycieraczki chodziły na najszybszym biegu. Krzysiek w końcu zapytał, czy wiem, że ona chciała tej wycieczki bardziej niż czegokolwiek od śmierci swojej matki.
— Wiem — powiedziałam. — Dlatego oddałam te pieniądze na nasz kredyt, zamiast zostawić jej nadzieję.
Nie odzywaliśmy się do Piły. Przed wjazdem na ekspresówkę zjechałam na stację benzynową. Krzyś wysiadł, nie patrząc na mnie. W środku, przy kasie, stałam za mężczyzną, który kupował parówki na ciepło i pokazywał kasjerce coś na telefonie. Pamiętam, że ketchup wypłynął mu na papier i poplamił paragon. Zapłaciłam za dwie kawy. Jednej z nich Krzysiek nie tknął.
W poniedziałek rano w naszej skrzynce znalazłam kopertę bez znaczka. W środku była kartka, że Wiesia przeprasza za te słowa o dzieciach. Że chce, żebyśmy przyjechali za tydzień. Że zrobi żurek, bo ja lubię żurek.
Krzysiek przeczytał pierwszy. Czekał, aż coś powiem.
— Podpisała się w tym tygodniu, w którym biją rachunki — powiedziałam i poszłam do kuchni zrobić dzieciom kanapki.
Na kredyt wpłynęło cztery tysiące dwieście złotych. Ostatnia rata wyszła w czwartek. W piątek dostałam SMS z banku: saldo 280 złotych. Więcej, niż zostało Wiesi po opłaceniu prądu.
W sobotę Krzyś pojechał do niej sam. Powiedział, że porozmawia z ojcem, sam. Wrócił po pięciu godzinach. W kieszeni miał serek topiony, który ona wkłada wszystkim na wyjazd. Położył go na blacie.
— I jak? — zapytałam.
— Zjadłem żurek — odpowiedział. — Był za słony.
To wszystko.
Tego wieczora usiadłam w kuchni z telefonem i usunęłam z kalendarza przypomnienie „Wiesia – 60. urodziny, Albania”. Potem przestawiłam hulajnogę syna, bo stała pod drzwiami i blokowała przejście. Zrobiłam herbatę w kubku, który dostałam od siostry. Na dnie pękała glazura. Piłam powoli. Za oknem sąsiadka z parteru podlewała pelargonie, chociaż padało. Patrzyłam na nią dość długo, zanim zgasiłam światło w kuchni. Światła w przedpokoju nie gasiłam w ogóle. Zostawiłam je na noc, tak, jak zostawiałam, kiedy dzieci chorowały i bałam się, że nie usłyszę, jak wołają z drugiego pokoju.
