Pielęgniarka i dwa różańce w sejfie

Słyszałam to od kobiety, która przez jedenaście lat prowadziła dom opieki w Częstochowie — nieduży, osiemnaście łóżek, zapach kapuśniaku na parterze i ta jedna klatka schodowa, po której stukot obcasów było słychać aż w kaplicy.

Nie powiem nazwiska tej podopiecznej. Niech będzie siostra Marianna.

Przyjechałam tam w środę, bo akurat zwalniał się etat nocnej pielęgniarki, a ja szukałam czegoś bliżej domu. Kierowniczka — pani Wiesława, drobna, z kluczami przy pasku jak sznur korali — oprowadzała mnie po budynku. Pachniało pastą do podłóg i trochę wilgocią. W kaplicy paliła się jedna lampka, pod którą stał wazon ze sztucznymi liliami.

I wtedy zobaczyłam siostrę Mariannę.

Siedziała na ławce pod oknem, z dzieckiem na kolanach. Może ośmiomiesięcznym. Drugie, trochę starsze, raczkowało po posadzce i ciągnęło za frędzel jej habitu. Siostra miała twarz spokojną jak woda w misce i patrzyła na niemowlę tak, jakby poza nim nic na świecie nie istniało.

— To siostra Marianna — powiedziała pani Wiesława i ściszyła głos tak, że poczułam jej oddech na uchu. — Trzecie w trzy lata.

— Co trzecie? — nie zrozumiałam.

— Dziecko. Ona znowu jest w ciąży.

Zamarłam z torbą w ręku. To był dom opieki dla starych księży i sióstr. Mężczyźni mieli tam wstęp tylko do kaplicy w niedzielę, i to za zgodą matki przełożonej. A ta młoda zakonnica — miała może dwadzieścia osiem lat — siedziała przede mną z dwójką dzieci i trzecim pod sercem.

— I co, nikt nie wie, jak to się dzieje? — spytałam.

Pani Wiesława tylko pokręciła głową i poprawiła pęk kluczy.

Przez pierwszy tydzień przyglądałam się siostrze Mariannie z daleka. Karmiła, przewijała, śpiewała dzieciom cienkim głosem, który odbijał się od ścian jak od studni. Kiedy przełożona — matka Bogdana — wchodziła do sali, Marianna wstawała, a dzieci chowały się za jej habitem. Starszy chłopiec, Antoś, nie powiedział przy mnie ani słowa przez pierwsze trzy dni. Tylko patrzył spod grzywki, ssąc rękaw swetra.

Matka Bogdana nie wyglądała na kobietę, która cokolwiek znosi spokojnie. Twarz miała wąską, brwi ciemne, a różaniec owijała sobie wokół dłoni tak, jakby chciała go udusić. Słyszałam, jak raz mówiła do księdza z parafii przez telefon:

— Zbadajcie tę sprawę, bo ja już nie odpowiadam za to, co ludzie gadają.

Ale nikt nic nie badał. Bo co tu było badać? Drzwi na noc zamykała na zasuwę sama matka Bogdana. Okna w celach były zakratowane od zewnątrz, bo to był stary budynek po szpitalu. A Marianna nie wychodziła poza ogród ani na chwilę.

Nie rozumiałam. I może dlatego zaczęłam zostawać po nocnej zmianie pół godziny dłużej, udając, że piję herbatę w dyżurce.

Pewnej nocy usłyszałam, jak Marianna rozmawia z niemowlęciem.

Nie, nie z dzieckiem. Do dziecka. Ale odpowiedź, którą usłyszałam, nie należała do dziecka.

Był początek grudnia, trzecia nad ranem. Szłam korytarzem po cichu, bo skończyło mi się mleko w termosie. I wtedy z pokoju Marianny dobiegł mnie niski, męski głos.

— Jeszcze tylko ten jeden raz — mówił. — Obiecuję. Potem się zamknie.

Zatrzymałam się. Serce mi waliło, a ręka sama powędrowała do klamki. Drzwi były uchylone na szerokość dłoni. Zajrzałam.

Marianna klęczała przy łóżku. Przed nią leżał otwarty sejf — mała, żelazna skrzynka, jak do przetrzymywania dokumentów. W środku nie było pieniędzy. Były dwa różańce. Jeden czarny, splątany, z pękniętym krzyżykiem. Drugi z jasnego drewna, z medalikiem, który błyszczał w świetle nocnej lampki.

I ten drugi różaniec… Marianna trzymała go przy ustach i mówiła coś, czego nie zrozumiałam. Głos, który przed chwilą słyszałam, ucichł.

Cofnęłam się o krok. Deska podłogowa skrzypnęła.

Marianna nie spojrzała w moją stronę. Tylko zamknęła sejf na klucz, schowała klucz za dekolt habitu i wróciła do łóżka, jakby nic się nie stało.

Następnego dnia poprosiłam panią Wiesławę o chwilę rozmowy.

— Czy w tym domu jest jakikolwiek mężczyzna? — spytałam wprost.

— Jest. Ksiądz Henryk przychodzi we wtorki i piątki. Spowiada. — Pani Wiesława postukała długopisem w blat. — Ale on ma osiemdziesiąt jeden lat i ledwo widzi.

— A ten sejf w pokoju Marianny? Kto jej go dał?

Pani Wiesława popatrzyła na mnie dłużej, niż trzeba.

— Ten sejf stoi tam od dwudziestu lat. Należał do siostry Weroniki. Tej, co umarła, zanim ty się tu zjawiłaś.

— A co z nią było?

— Rak. Zjadł ją w siedem miesięcy. A wiesz, co trzymała w tym sejfie?

Pokręciłam głową.

— Dokumenty. Akty urodzenia. Trzy sztuki.

Poczułam, jak robi mi się zimno w palcach.

Wieczorem, po kolacji, matka Bogdana wezwała mnie do swojego gabinetu. Na biurku leżały akta, a na nich — zdjęcie młodej zakonnicy z niemowlęciem na ręku. Z tyłu zdjęcia napisano ołówkiem: „Weronika, 1998”.

— Pani pyta o rzeczy, które do pani nie należą — zaczęła. — Ale skoro już pani zobaczyła sejf, niech pani wie, jak to wyglądało naprawdę.

I opowiedziała.

Siostra Weronika dwadzieścia lat temu też zaczęła „zachodzić w ciążę”. Bez mężczyzny. Bez wyjaśnienia. Dwa porody, potem trzeci. Za każdym razem to samo: zawroty głowy, mdłości, brzuch. I za każdym razem ta sama spokojna twarz, jakby dziecko spadało z nieba razem z deszczem. Kiedy urodziła trzecie, zmarła przy porodzie. Dziecko przeżyło.

— To dziecko to była Marianna — powiedziała matka Bogdana.

Zabrakło mi powietrza.

— Więc to dziedziczne? — spytałam głupio, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

— Siostra Weronika zachodziła w ciążę, bo miała męża — matka Bogdana wypowiedziała to słowo, jakby parzyło jej usta. — Nie zakonnika. Zwykłego mężczyznę, elektryka z Kłobucka. Wzięli ślub cywilny w tajemnicy. On zostawiał jej pieniądze w tym sejfie, ona rodziła dzieci i oddawała je ciotce do Kłobucka. Tylko że trzecia ciąża była za ciężka. Zmarła, a Marianna trafiła do sierocińca, bo nikt nie chciał powiedzieć, czyj to podrzutek.

— To skąd te wszystkie „cudowne poczęcia” u Marianny?

Matka Bogdana wstała i podeszła do okna. Za szybą padał pierwszy śnieg.

— Bo Marianna nie jest w ciąży, proszę pani. I nigdy nie była.

Zamarłam.

— Te dzieci? — spytałam.

— Nie są jej biologicznymi dziećmi. To dzieci jej brata. Tego, którego Weronika urodziła jako pierwsze i oddała ciotce. Antoś, dziecko, które pani widzi, i to niemowlę — to jego potomstwo. On jest chory, po wypadku. Nie ma żony. Marianna zgodziła się wychować dzieci, żeby nie trafiły do domu dziecka. Przywozi jej je nocą przez furtkę w murze, o której wiedzą tylko dwie osoby.

— A ciąża?

— Opuchlizna, mdłości, zawroty głowy. Cukrzyca, nerki, tarczyca — nieważne. Liczy się to, co ludzie widzą. A ludzie widzą zakonnicę z brzuchem, nie pytają, skąd dziecko.

Wróciłam do swojego pokoju i długo siedziałam na łóżku, patrząc na okno. Za szybą śnieg zasypywał ślady na podwórzu. Tej nocy nikt nie przyszedł.

Rano zobaczyłam, że sejf w pokoju Marianny stoi otwarty. Był pusty. Na dnie leżał tylko klucz i kartka złożona na cztery części. Nie zajrzałam do niej. To był ostatni dzień mojej próbnej zmiany.

Wieczorem złożyłam wypowiedzenie, nim jeszcze podpisałam umowę. Pani Wiesława podsunęła mi długopis, nie pytając o powód.

— To dobrze — powiedziała tylko. — Nie każdy umie nosić cudze tajemnice.

Wyszłam na przystanek. Autobus linii 17 przyjechał punktualnie o 20:14. W oknie na piętrze paliło się światło — to był pokój Marianny. Widziałam, jak podnosi niemowlę do ramienia i stoi tak bez ruchu, patrząc w ciemność.

Nie machałam. Nie odwróciła się.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: