Stałam przy szatni krakowskiego Uniwersytetu Medycznego, przyciskając do siebie kopertę, a obok przepływał tłum rodziców z bukietami i balonami. Ktoś robił zdjęcia przy fontannie przed budynkiem głównym. Pachniało rozlanym winem musującym i perfumami — dokładnie tymi, które podarowałam Maćkowi na zeszłe święta, bo oszczędzałam na wszystkim innym, żeby je kupić.
Nazywam się Ola. Mam trzydzieści jeden lat. Osiem lat temu siedzieliśmy z Maćkiem w jednej ławce na pierwszym roku — oboje chcieliśmy zostać lekarzami, oboje kuliśmy anatomię do trzeciej w nocy, dzieliliśmy jeden podręcznik na dwoje, bo na drugi nie było nas stać. Pamiętam, jak kłóciliśmy się o budowę serca w barku studenckim przy kawie rozpuszczalnej, i wydawało mi się — to jest moja przyszłość, to jest człowiek, z którym się zestarzeję.
A potem rodzinny biznes Maćka padł. Jego ojciec prowadził niewielki warsztat samochodowy pod Krakowem, i kiedy zbankrutował dostawca części, wszystko posypało się w pół roku. Maciek przyszedł do mnie wieczorem — pamiętam, że lało tak, że musieliśmy iść pod jednym parasolem od przystanku — i powiedział, że wypisuje się z uczelni, bo nie ma za co płacić czesnego.
Nie spałam tamtej nocy. A rano poszłam do dziekanatu i złożyłam podanie o skreślenie z listy studentów.
— Jeden lekarz w rodzinie wystarczy — powiedziałam mu wtedy, stojąc w kuchni wynajętej kawalerki na Podgórzu, gdzie tapeta odklejała się w rogu, a szparę pod drzwiami zimą zatykaliśmy starym ręcznikiem. — Ja znajdę pracę. Ty dokończysz studia.
Płakał. Obiecywał, że to tymczasowe, że jak tylko dostanie dyplom — otworzymy razem prywatny gabinet, kupimy mieszkanie, w końcu weźmiemy tego rudego kota, o którym marzyłam od dziecka. Wierzyłam w to tak, jak wierzy się w modlitwę przed operacją.
Przez kolejne sześć lat pracowałam jako kasjerka w Biedronce od ósmej rano, a wieczorami jako recepcjonistka w prywatnym gabinecie stomatologicznym na Alei Pokoju. Do domu wracałam o jedenastej, odgrzewałam kaszę gryczaną z poprzedniego dnia, sprawdzałam, czy Maciek zjadł, prałam mu białe koszule na praktyki w szpitalu. Sąsiadka pani Krysia, u której na podwórku mieszkał wyliniały pies o imieniu Bruno, zawsze zostawiała dla mnie zapalone światło na klatce — mówiła, żeby „dziewczyna się nie potknęła w ciemności po zmianie”.
Pobraliśmy się rok po tym, jak rzuciłam studia. Wesele było skromne — kawiarnia na dwadzieścia osób, suknia pożyczona od koleżanki. Mama nie płakała ze szczęścia, tylko cicho pytała: „Olu, na pewno nie ciągniesz go na plecach za darmo?”. Machałam ręką, że wszystko gra.
Egzaminy Maćka znałam na pamięć lepiej niż kiedyś swoje własne. Każdy termin poprawkowy przeżywałam jak własny. I w końcu — staż podyplomowy za nim, przydział otrzymany, nadszedł dzień absolutorium.
Aula uniwersytecka była wypełniona po brzegi. Siedziałam w trzecim rzędzie, kupiłam bukiet piwonii — zwyczajnych, różowych, innych nie było w przejściu przy Dworcu Głównym o tej porze roku — i czekałam, aż wyczytają jego nazwisko. Wyczytali. Maciek wyszedł na scenę w todze, odebrał dyplom, uśmiechnął się gdzieś w kierunku sali — nie do mnie, ponad głowami.
Po ceremonii podszedł. W rękach trzymał grubą białą kopertę. Pomyślałam — niespodzianka, może bilety w Bieszczady, o których mówiliśmy jeszcze trzy lata temu i nigdy tam nie pojechaliśmy. Uśmiechnęłam się, wyciągnęłam ręce, żeby go objąć.
Wcisnął mi kopertę do dłoni i powiedział beznamiętnie, jakby czytał protokół:
— Ola, składam wniosek o rozwód. Dokumenty są w środku. Przykro mi, ale wyrosłem z tego życia.
I odszedł. Po prostu odwrócił się i poszedł do grupki kolegów z roku, którzy już otwierali szampana przy wyjściu.
Zostałam z bukietem piwonii w jednej ręce i kopertą w drugiej. Ludzie omijali mnie jak słup. Ktoś z rodziców absolwentów popatrzył dziwnie, ktoś zapytał, czy wszystko w porządku. Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Nogi same poniosły mnie do wyjścia, obok szatni, obok tablicy z terminami poprawek, którą znałam na pamięć przez te wszystkie lata.
Przy samych drzwiach dogonił mnie chłopak — Bartek, zdaje się, studiował z Maćkiem w tej samej grupie, widziałam go parę razy na rodzinnych spotkaniach. Był blady, jakby sam nie mógł się zdecydować, czy podejść.
— Pani Olu… niech pani zaczeka. Zanim pani odejdzie — musi pani coś wiedzieć.
Zatrzymałam się, ocierając policzek wierzchem dłoni — czy to od deszczu, czy już nie.
— Maciek nie złożył dziś wniosku o rozwód bez powodu — powiedział Bartek, rozglądając się, jakby bał się, że ktoś usłyszy. — On od dawna spotyka się z panią profesor Regina Wolską. Kierowniczką katedry. Tą samą, która pisała mu rekomendację na rezydenturę w Warszawie.
Milczałam. Coś się we mnie urwało, ale nie tak jak w filmie — nie ostro, tylko głucho, jakby pękła struna w rozstrojonej gitarze.
— Dostał miejsce w warszawskiej klinice dzięki niej. I… mieszkanie też ona pomogła załatwić. Na siebie. Już miesiąc temu. Przeprowadza się jutro.
Stałam i patrzyłam na kopertę w dłoniach. Piwonie dziwnym trafem nadal pachniały — głupio, ale właśnie ten zapach zapamiętałam na całe życie.
— Dzięki, że powiedziałeś — wykrztusiłam i poszłam na przystanek, gdzie akurat podjeżdżał tramwaj linii osiemnaście, ochlapując chodnik po niedawnym deszczu.
W domu, na Podgórzu, w tej samej kawalerce z odklejoną tapetą, nie płakałam przez trzy dni. Czwartego dnia wyjęłam teczkę z dokumentami — tę samą, niebieską, sfatygowaną, gdzie trzymałam wszystkie rachunki z sześciu lat: paragony za jego podręczniki, umowę o opłacie czesnego, przelewy na konto dziekanatu, nawet pokwitowanie od korepetytora z patofizjologii, którego opłacałam z drugiej pensji.
Zaniosłam tę teczkę do adwokatki — znajomej mamy, mecenas Danuty Kowalskiej, która prowadziła prywatną kancelarię w starej kamienicy przy Rynku. Rozłożyła dokumenty na biurku, przekartkowała, gwizdnęła.
— Olu, tu udokumentowanych nakładów na jego edukację jest prawie sto siedemdziesiąt tysięcy złotych. Przez sześć lat. Przy rozwodzie może to zostać uwzględnione jako pani wkład we wspólny majątek i w jego wykształcenie zawodowe. Ma pani wszystkie paragony?
— Wszystkie — powiedziałam. — Zbierałam każdy świstek, sama nie wiem czemu. Może przeczuwałam.
Rozwód załatwiono szybko — Maciek się nie opierał, spieszył się do Warszawy. Ale kiedy doszło do podziału majątku, mecenas Kowalska złożyła pozew o zwrot nakładów poniesionych na utrzymanie studiującego partnera w trakcie małżeństwa i przed nim, z uwzględnieniem wcześniejszego wspólnego pożycia. Maciek musiał zapłacić odszkodowanie — nie całą sumę, sąd ją obniżył, ale sto tysięcy złotych i tak przelał, bo inaczej groziło mu postępowanie z zajęciem nowej pensji w warszawskiej klinice.
Nie cieszyłam się złośliwie, gdy te pieniądze wpłynęły na konto. Po prostu zamknęłam stare lokaty, które kiedyś zakładałam „na nasze przyszłe mieszkanie”, i otworzyłam nową — już tylko na swoje nazwisko. A jeszcze zapisałam się na kurs przygotowawczy do wznowienia studiów medycznych, w trybie wieczorowym, dla tych, którzy przerwali naukę więcej niż pięć lat temu.
Pani Krysia, widząc mnie z teczką dokumentów tego wieczoru, gdy wracałam od adwokatki, tylko przytaknęła i powiedziała:
— Bruno też już stary, a codziennie chodzi na spacer. Znaczy, i tobie jeszcze spacerować wypada, Olu.
Uśmiechnęłam się i pierwszy raz od dawna się nie sprzeczałam.
