# Czy naprawdę ufasz swojemu Tymkowi?
— Ty poważnie myślisz, że on ci nie zdradza w tych swoich delegacjach? — Głos Nikoli dzwonił mi w uszach jeszcze długo po tym, jak się rozłączyłyśmy. — Wszyscy oni tacy sami. Mój Mariusz też przysięgał, a potem…
Nie chciałam tego słuchać. Odłożyłam telefon na szafkę i patrzyłam w sufit. Za oknem padał deszcz — taki listopadowy, co to siąpi bez końca i człowiek ma ochotę wlec się pod koc z kubkiem czegoś ciepłego. Ale nie tym razem.
Leżałam i myślałam. Tymek wrócił wczoraj z Katowic. Znowu zmęczony, znowu "nie dzisiaj, Elka, padam". Znowu odwrócił się do ściany, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. A przecież kiedyś gadał ze mną do trzeciej nad ranem. Kiedyś to on dzwonił pierwszy.
Telefon zawibrował. Spojrzałam na wyświetlacz — **Michał**.
Serce podskoczyło mi do gardła. Michał to mój przyjaciel jeszcze z podstawówki. Ten, z którym zdawałam maturę, ten, który trzymał mi włosy, jak pierwszy raz przesadziłam z winem na osiemnastce. Ten, o którego Tymek awanturował się chyba z pięć razy.
— Nie podoba mi się ten twój Michał. Coś w nim jest nienormalnego. Kręci się koło ciebie, jakby tylko czekał, aż się odwrócę — powiedział mi kiedyś, a ja dla świętego spokoju przestałam się z Michałem spotykać.
Zostały tylko telefony. Rzadkie. Ukradkowe. Bo przecież nie potrafiłam ot tak wymazać dwudziestu lat przyjaźni.
— Cześć, Elka. Przepraszam, że tak późno — głos Michała brzmiał inaczej. Zmęczony, ale nie tym codziennym zmęczeniem. — Wiem, że Tymek nie będzie zadowolony, ale… potrzebuję pomocy.
— Co się stało?
— Bolero nie wstaje. Od rana nie je, nie pije. Dzwoniłem do trzech weterynarzy, wszyscy mówią, żebym przywiózł, a ja nie mam jak. Auto w warsztacie, a taksówka z psem w tym stanie… sama rozumiesz. Ty pracujesz w gabinecie, znasz ludzi. Niech ktoś przyjedzie, zapłacę podwójnie, potrójnie, ile trzeba.
Bolero. Wielki, bury labrador, którego Michał wziął ze schroniska, kiedy miał jedenaście lat. Pamiętam, jak szczeniak sikał mu na buty, a on się śmiał, że to na szczęście. Trzynaście lat to dla takiego psa naprawdę dużo.
— Zaraz coś załatwię — powiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć.
Wybrałam numer do Anki. Pracuje w przychodni weterynaryjnej na drugim końcu Lublina, po dyżurach dorabia prywatnie. Odbierze, zawsze odbiera.
— Anka, potrzebuję kogoś na cito. Odwodnienie, stary labrador, nie wstaje. Adres wyślę SMS-em. Wiem, że późno, ale to naprawdę pilne.
— Elka, o tej porze? — ziewnęła. — Daj mi kwadrans, ogarnę się i zadzwonię do Krzyśka, on ma busa z klatką. Tylko wiesz, to kosztuje.
— Wiem. Nie szkodzi.
Rozłączyłam się i spojrzałam na zegarek: dwadzieścia dwie czterdzieści. Tymek wrócić miał jutro wieczorem. Zdążyłam.
Ale nie zdążyłam.
Drzwi wejściowe otworzyły się o pierwszej w nocy. Leżałam już w łóżku, ale nie spałam. Tymek wszedł cicho, jakby nie chciał mnie obudzić. Zdjął kurtkę, postawił torbę przy szafie.
— Wróciłeś wcześniej — powiedziałam, siadając.
— Firma odwołała drugi dzień targów. Nie było po co siedzieć.
Podszedł, pocałował mnie w czoło. Pachniał wodą po goleniu i czymś jeszcze. Nie potrafiłam tego rozpoznać. Może proszek do prania z hotelowej pościeli.
— Był telefon od Michała — wypaliłam.
Zatrzymał się w pół kroku. Powoli zdjął marynarkę i powiesił ją na oparciu krzesła.
— I co, nie wytrzymałaś? Dwa dni beze mnie i już dzwonisz do tego swojego…
— To on dzwonił. Jego pies umiera.
Tymek prychnął. W tym prychnięciu było wszystko, czego nie mówił na głos. Pogarda. Złość. Zazdrość, której nigdy nie potrafił nazwać po imieniu.
— Daj spokój, Elka. Każdy pretekst jest dobry, żeby się do ciebie zbliżyć. Nie bądź naiwna.
— Michał nie jest taki. Znam go dłużej niż ciebie.
— No właśnie. I to jest problem. Ja cię nie poznaję, rozumiesz? Siedzisz w domu, czekasz, aż jakiś facet zadzwoni, żeby cię wykorzystać. Bo powiedz mi, czego on naprawdę chce? Pomocy dla psa, czy żebyś w nocy do niego przyjechała?
Zacisnęłam dłoń na kołdrze. Czternaście lat małżeństwa. Dobrego małżeństwa, wbrew temu, co gadała Nikola. Ale ten ton — ten dokładnie ton — pojawiał się za każdym razem, kiedy w moim życiu był ktoś inny niż on. I za każdym razem ustępowałam.
Tym razem nie.
— Nie pojechałam do niego — powiedziałam. — Załatwiłam mu weterynarza przez Ankę. Siedzę w domu, widzisz. Siedzę i czekam na ciebie.
— I bardzo dobrze.
— Ale następnym razem, Tymek, pojadę. Bo to jest mój przyjaciel. Bo jego pies przeżył ze mną moje najgorsze dni, zanim ty w ogóle pojawiłeś się w moim życiu. I jeśli to ci się nie podoba, to musimy porozmawiać inaczej.
Popatrzył na mnie. Długo. A potem wziął telefon i poszedł do łazienki.
Następnego dnia rano zadzwoniła Anka.
— Pies przeżył. Krzysiek powiedział, że jeszcze kilka godzin i mogłoby być pozamiatane. Michał pytał o ciebie. Chciał podziękować.
— Podziękuje, jak będzie mógł.
— Elka… — Anka zawahała się. — Nie chcę nic mówić, ale wczoraj na mieście widziałam twojego męża. W Lublinie. Po południu.
Poczułam, jak robi mi się zimno.
— Co masz na myśli?
— Nic. Po prostu mówię. Był na Starym Mieście, z kimś rozmawiał przy bramie. Jakaś kobieta, brunetka. Może koleżanka z pracy. Nie wnikam. Po prostu… uważaj na siebie.
Odłożyłam telefon i długo siedziałam bez ruchu. W mieszkaniu było cicho, tylko lodówka pomrukiwała w kuchni. Ta sukienka, którą prałam tydzień temu, zanim Tymek wyjechał. Pachniała perfumami, których nie używam. Powiedział wtedy, że to klientka go oblała próbką w galerii.
Teraz nie mogłam przestać o tym myśleć.
Wieczorem Tymek wrócił z pracy. Padł na kanapę, włączył mecz. Ja stałam w progu kuchni, z kubkiem wystygłej herbaty w dłoni, i patrzyłam na niego.
— Tymek, musimy porozmawiać.
— Nie teraz, Elka. Daj mi chwilę odpocząć.
— To ważne.
Westchnął i ściszył telewizor. Spojrzał na mnie niechętnie.
— Co znowu? Znowu Michał dzwonił?
— Nie. Dzwoniła Anka. Widziała cię wczoraj w Lublinie. Z brunetką.
Zapadła cisza. Taka, w której słychać tykanie zegara z korytarza. Tymek patrzył na mnie nieruchomo.
— Głupia jesteś — powiedział. — To była klientka.
— Klientka, którą spotykasz po pracy, na Starym Mieście?
— A niby gdzie mam spotykać klientów? W naszym salonie? Elka, zastanów się, co ty w ogóle insynuujesz. To praca. Moja praca. Dzięki której mamy na rachunki, na twoje zachcianki, na to wszystko.
— Ja też pracuję.
— Tak? A myślałem, że tylko odbierasz telefony od weterynarzy i umawiasz wizyty. Bo to, co robisz, to nie jest praca. To hobby.
Słowa uderzyły mocniej, niż powinny. Osiem lat w gabinecie weterynaryjnym. Rejestracja, umawianie wizyt, pomoc przy zabiegach, dyżury nocne. I wszystko to "hobby", bo zarabiam mniej niż on.
A potem przypomniałam sobie o jednej rzeczy. O kopercie, którą znalazłam dwa miesiące temu w jego torbie. O wyciągu z konta, na które przelewał co miesiąc tysiąc dwieście złotych. Nie pytałam wtedy. Schowałam kopertę z powrotem i powiedziałam sobie, że to pewnie na spłatę samochodu.
— Pokazałbyś mi, co masz w telefonie? — spytałam.
— Nie ma mowy.
— Dlaczego?
— Bo to jest moja prywatność.
Pokiwałam głową. Wzięłam z szafki swoją torebkę, wyjęłam z niej kopertę. Tę samą. Położyłam ją na stole.
— W takim razie ja pokażę ci, co znalazłam. I nie jest to moja prywatność.
Tymek otworzył kopertę. W środku był wyciąg z banku i zrzut z portalu aukcyjnego. Trzy transakcje po tysiąc dwieście złotych, comiesięczne, na konto, którego nie znałam. Plus zdjęcie. I wiadomość z podpisem: "Do zobaczenia w piątek, jak zwykle".
— Skąd to masz? — Głos mu się zmienił.
— Znalazłam w twojej torbie. Szukałam rachunku za pralkę. A znalazłam to.
Przez chwilę patrzył na papiery. Potem zaczął się śmiać. Nerwowo, głośno, jakby chciał zagłuszyć to, co miało za chwilę paść.
— To nie tak, jak myślisz — powiedział.
— To jak?
— To jest… wsparcie. Dla córki mojego brata. Ona studiuje, jest sama, matka ją zostawiła. Pomagam jej, bo Paweł nie ma z czego. Wstydziłem się powiedzieć, bo wiedziałem, że będziesz robić z tego aferę. Że nie zgodzisz się na obcą osobę w naszym życiu.
Dziecko brata. Znałam jego brata, Pawła. Samotny ojciec, córka — Julianka. Miła dziewczyna, czasem przysyłała mi zdjęcia z wakacji. Nie widziałam jej na oczy od trzech lat, ale przecież wiedziałam, że istnieje.
Tylko że zrzuty mówiły co innego. "Do zobaczenia w piątek, jak zwykle" — to nie była wiadomość od studentki do wujka. To było coś innego. Coś, co bolało bardziej, niż chciałam przyznać.
— Zadzwoń do Pawła — powiedziałam.
— Po co?
— Chcę usłyszeć, że Julianka potrzebuje pieniędzy. Od niego.
Tymek zbladł. Albo może to ja sobie wyobraziłam. Wziął telefon, popatrzył na ekran. Odłożył go z powrotem na stół.
— Paweł nie będzie zadowolony, że wiemy.
— Wiemy co?
Złapał się pułapki, którą sam zastawił. Westchnął. Potarł czoło.
— Elka, posłuchaj. To nie jest… to jest dorosła osoba, która potrzebuje pomocy. Dobrze jej z tym, że może się do kogoś odezwać. Ja nie robię nic złego. Pomagam.
— Pomagasz, przelewając jej co miesiąc tysiąc dwieście złotych i spotykając się w piątki? To się nazywa inaczej, Tymek.
— Jak?
— Romans.
Zaprzeczył. Oczywiście, że zaprzeczył. Potem zaczął krzyczeć. A potem — najgorsze — zaczął mówić o Michale. Że to wina moja, że trzymam z obcym facetem, że nigdy nie odcięłam przeszłości, że on czuł się samotny. Że gdybym była lepszą żoną, nie szukałby niczego na mieście.
Nie płakałam. Siedziałam i patrzyłam na blat stołu, na wyciąg z banku, na jego palce, którymi uderzał o stół, podkreślając każde słowo. Liczyłam w myślach do dziesięciu. Potem do dwudziestu. Potem do stu.
I kiedy skończył, powiedziałam:
— Wyprowadź się.
— Co?
— Masz tydzień. Zabierz swoje rzeczy, zamknij konto, z którego robisz przelewy, i wyprowadź się. A jak nie, to ja wyprowadzę się z dziećmi… z psem. Z czymkolwiek. Ale nie zostanę z tobą w jednym domu.
Tymek nie wyprowadził się. Zamiast tego następnego dnia wrócił z kwiatami. Z kolacją z restauracji. Z obietnicą, że to był błąd, że on to zakończy, że przecież mnie kocha.
I przez chwilę chciałam mu uwierzyć. Chciałam wrócić do tamtej Eli, która czekała na niego w kuchni, która wierzyła, że delegacje to tylko delegacje. Ale tamtej Eli już nie było.
W piątek rano wzięłam wolne. Pojechałam do banku. Zamknęłam wspólne konto oszczędnościowe, wypłaciłam swoją część — czterdzieści trzy tysiące złotych. Przez jedenaście lat odkładałam z każdej pensji, bo Tymek mówił, że to na naszą starość. Teraz wiedziałam, że starość będę planować sama.
Potem pojechałam do notariusza. Przepisałam samochód — ten, który kupiliśmy razem — na moją matkę. Tymek nim jeździł, ale samochód był na mnie. Miałam prawo.
Zadzwonił w sobotę. Gdy zobaczyłam jego numer, odebrałam.
— Elka, coś ty zrobiła z kontem?
— Zabrałam swoją część. Tak, jak mówiłam.
— Chyba oszalałaś. To nasze wspólne pieniądze!
— Wspólne, Tymek? Tak samo wspólne, jak twoje piątki na Starym Mieście. Wspólne, jak tamto konto, o którym zapomniałeś mi powiedzieć przez ile — rok? Dwa?
Zamilkł. Słyszałam, jak oddycha. Czekałam.
— Ja to naprawię — powiedział cicho.
— Nie musisz naprawiać. Musisz wyprowadzić się. Do końca miesiąca. Potem wymieniam zamki.
Nie sądził, że to zrobię. Ale zrobiłam. W ostatnią niedzielę miesiąca, kiedy wychodził do pracy, stał w drzwiach i patrzył, jak wkładam nowy klucz do torebki.
— Elka, to chore.
— Chore było to, że przez dwa lata kłamałeś. A teraz idź już, bo się spóźnisz.
Wyszłam na balkon. Patrzyłam, jak odjeżdża. Dół ulicy Grunwaldzkiej tonął w porannej mgle, a na chodniku stał sąsiad z psem, czekając, aż zwierzę skończy obwąchiwać latarnię. Zwykły poranek. A ja stałam w środku swojego życia, które właśnie przestało być cudze.
Wieczorem zadzwonił Michał.
— Słyszałem, że się rozstałaś.
— Ktoś ci powiedział?
— Anka. Jak Bolero się czuje?
— Dobrze. Wstał. A ty?
— Też. Wiesz, cały czas się zastanawiam, czy nie wtrącam się w nie swoje sprawy. Ale jesteś moją przyjaciółką, Elka. Pamiętaj, że masz u mnie dach, jeśli trzeba. I spokój.
Nie pocieszał. Nie mówił, że wszystko będzie dobrze. Po prostu zostawił otwarte drzwi. Tak samo jak ja zostawiłam mu wtedy, trzynaście lat temu, kiedy Bolero po raz pierwszy zachorował, a ja pożyczyłam mu pieniądze na operację.
Tylko że tym razem to ja potrzebowałam pomocy.
Nie skorzystałam od razu. Zostałam w mieszkaniu. Tymek wyprowadził się dwa tygodnie później. Zabierał rzeczy po cichu, bez słowa. Zostawił pilota od telewizora, ale zabrał koc, pod którym oglądaliśmy filmy. Nie mogłam przestać się śmiać z własnej głupoty — płakać mi się nie chciało.
W szufladzie znalazł wtedy klucze. Od starych drzwi, te zapasowe. Położył je na parapecie w kuchni.
— Nie będę wracał — powiedział.
— Wiem.
I nie wrócił.
Nie żałowałam. Ani przez jeden dzień. Bo byłam zmęczona. Bo przez jedenaście lat złościłam się na siebie za to, że nie jestem taka, jak trzeba. A okazało się, że nigdy nie chodziło o mnie.
Zadzwoniłam do matki. Powiedziałam jej, że Tymek się wyprowadził. Zapytała, czy mam co jeść. Zawsze to samo.
— Mam, mamo. I mam czterdzieści trzy tysiące na koncie. I swoje życie.
Pokiwała głową, chociaż nie mogłam tego widzieć. Zawsze wiedziałam, kiedy kiwa głową.
A potem, zupełnie spokojnie, zadzwoniłam do Nikoli.
— Miałaś rację — powiedziałam. — Nie powinnam ufać mu ślepo.
Nikola nie odpowiedziała od razu. W słuchawce słyszałam, jak przełyka ślinę.
— Elka, ja… nie chciałam, żeby tak wyszło.
— Nie szkodzi. Mi wyszło na dobre.
Odłożyłam telefon. W kuchni zgasła świetlówka, a ja mogłam tylko westchnąć i pójść po zapasową żarówkę z szafki pod zlewozmywakiem. Życie szło dalej. Z drobiazgami włącznie.
