On stał z boku i obserwował tłum przy warzywniaku. Miałam go przed sobą jakieś dziesięć minut. Od razu poznałam, że nie jest stąd, bo nie wiedział, że przy tej budzie zawsze ustawiają się trzy rzędy babć z Chojnego i że biorą wszystko, zanim facet zdąży wyciągnąć portfel.
Dziewczyna za kasą, taka młoda, z warkoczem przerzuconym przez ramię, akurat krzyknęła: — Zostaw pan tę paprykę, bo ja ważę! — i wymieniła z gościem spojrzenie pełne paniki. On kiwnął, że rozumie. Potem odłożył paprykę z powrotem na wielką wagę, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, spomiędzy dwóch starszych kobiet przepchnęła się trzecia, w beżowej chustce, z torbą wielkości opony. Jej łokieć wylądował mu pod żebrem.
— Ja tylko po ziemniaki! — powiedział głośno, ale nikt nie zareagował.
Pamiętam, bo wyciągnęłam telefon, żeby zrobić zdjęcie ceny selera, i akurat miałam go w kadrze. Facet stał w samym środku tej ciżby, a kobiety dookoła mówiły jedna przez drugą o weku i o wnukach. Wyglądał jak człowiek, który czeka na autobus, a tymczasem wszyscy dookoła grają w jakieś zawody, o których on nie został poinformowany.
I wtedy kasjerka zrobiła coś, czego nie widziałam na tym targu od lat. Przestała ważyć. Wyszła zza lady, podeszła do faceta i odgarnęła ręką jedną z kobiet. — Proszę przepuścić, ten pan wziął numer. — Żaden numer nie istniał, stałam blisko. Ale w jej głosie było coś, co sprawiło, że dwie kobiety cofnęły się o krok, a on w końcu dotarł do lady.
Obserwowałam go wtedy, bo w kolejce za mną ktoś sapnął. On wyciągnął dłonie po siatki. Kasjerka wrzucała mu ziemniaki, potem ogórki, na końcu — całą wiązkę zielonej cebuli. — To od nas, za cierpliwość — powiedziała. On podziękował, ale głos uwiązł mu gdzieś w gardle, bo znowu zaczęły piszczeć te baby z tyłu.
Dokładnie wtedy pomyślałam po raz pierwszy, że na tym bazarze dzieje się coś dziwnego: ceny rzeczywiście spadły o połowę i może dlatego ja też pchałam się w ten tłum.
Kilka dni później zobaczyłam go znowu. Szedł ulicą Lipową, niósł tę samą reklamówkę, ale tym razem w środku miała coś w innym kształcie. Nie wiem, po co wracał do śródmieścia. Szedł szybko, jakby chciał przeskoczyć przez kałużę, chociaż chodnik był suchy. Przystanął przed wystawą sklepu z obuwiem i poprawił siatkę w dłoni.
To, co zrobił, zaskoczyło mnie. Nie wszedł do środka. Otworzył torbę, wyjął pęczek cebuli i położył go pod ścianą, obok kwiatów w doniczce. Zostawił. Nie rzucił, nie biegł. Po prostu postawił i odszedł.
Gdy znalazłam się przy sklepie, cebula leżała dokładnie na wycieraczce, a z boku wystawała łodyga. Pachniała, jakby dopiero co wyjęto ją z piasku. Obejrzałam się, ale on już zniknął na przejściu przy galerii.
Wieczorem wróciłam na targ. Chciałam kupić jabłka do szarlotki, bo moja córka dzwoniła rano, że przyjedzie z dziećmi. Przy tej samej budzie, już zamykanej, usłyszałam, jak mężczyzna w roboczej kurtce mówi do kasjerki: — Pani mi wtedy darowała te warzywa, a ja nie zdążyłem powiedzieć, że to nie ja. — Dziewczyna zdjęła z wieszaka plandekę. — Jak to nie pan? — To ja stałem z boku, ten drugi pan tylko wziął wszystko. — A ten drugi? — Nie znam go. Przyniosłem zwrot za cebulę. — I położył na ladzie dwie monety, dwa złote sześćdziesiąt groszy.
Nie czekałam na dalszy ciąg. Zabrałam swoje jabłka i poszłam w stronę przystanku. Szłam obok płotu, za którym działki, i cały czas myślałam o tym facecie z rynku. O tym, że kasjerka dała mu dodatkowy pęczek, bo myślała, że jest tym kimś, kto rano był zbyt cicho i za grzecznie, by się dopchać. A on ten pęczek zostawił pod sklepem, jakby ani przez chwilę nie chciał przyjąć czegoś, co należało się komu innemu.
Rano, przed przyjazdem córki, poszłam po bułki. Na murku przy piekarni siedziała bezdomna pani, która zawsze prosi o drobne. Tym razem nie prosiła. Przed nią stała reklamówka z zieloną cebulą, a w środku kartka, na której ktoś napisał drukowanymi literami: „świeże, bierzcie". Stałam chwilę przy drzwiach piekarni i patrzyłam, jak pani wyciąga jeden pęczek i wącha, i śmieje się, i chowa go do rękawa.
Nie wiem, kto tę torbę tam zostawił. Ale wracałam do domu i wszystko układało się w jedną prostą historię: facet nie chciał cebuli, bo cebula była za darmo. A za darmo to znaczy za kogoś.
Wieczorem córka spytała, czemu szarlotka ma więcej jabłek niż zwykle. Wzruszyłam ramionami. — Bo taniej na targu. — A cebula? — A cebuli nie było w cieście.
Tydzień później dostałam od sąsiadki spod siódemki zdjęcie z miejskiego portalu. Ktoś znalazł na rynku mężczyznę, który zostawia warzywa pod ławkami. Tytuł brzmiał: „Anonim z cebulą". Nie zdziwiło mnie. Ludzie na tym targu biorą o połowę taniej, ale czasem ktoś po prostu oddaje.
