Siedemnasty lipca. Dzień, w którym Halina Dowgiałło z Milejowa zrozumiała, że starość to nie jest powolne gaszenie, tylko chwila, w której człowiek zostaje sam.
Wyszła przed furtkę z wiadrem obierek dla kur. Niosła je ostrożnie, bo od wczoraj dokuczało jej biodro, a po podwórzu kręcił się Burek, który na widok wiadra zawsze robił się szalenie pomocny i plątał pod nogami. Na końcu ulicy, pod piątką, stała karetka. Tylne drzwi otwarte na oścież, dwóch ratowników w pomarańczowych kamizelkach wnosiło nosze bokiem, ostrożnie, jakby wieźli szafę z kryształem.
Wiadro postawiła wprost w piach. Nie w trawę, nie pod płotem — w piach, gdzie kury natychmiast się zbiegły i zaczęły grzebać.
Od pół roku nie rozmawiały z Jadwigą. Pół roku — przez krzak porzeczki, który rósł dokładnie na miedzy i z równą hojnością sypał jagody w oba ogródki. Jedna powiedziała za dużo, druga odpowiedziała ostrzej, niż chciała, i każda wróciła do siebie, trzaskając furtką tak, że słychać było na drugim końcu wsi.
Dwie kobiety, które od podstawówki siedziały w jednej ławce, a potem całe życie pożyczały sobie sól, drożdże i wiadomości — nagle zaczęły chodzić obok siebie, odwracając twarz.
Karetka zatrzasnęła drzwi i ruszyła.
— Stójcie! — krzyknęła Halina. — Stójcie, słyszycie!
Nie biegała od dwudziestu lat. A tu pobiegła — po rozgrzanym piachu, w gumowych klapkach, przyciskając dłonią bok, w którym coś się rwało i paliło. Maszyna oddalała się, zostawiając za sobą jasny tuman, i Halina już miała przystanąć, już miała się poddać, kiedy karetka szarpnęła i stanęła. Kierowca zerknął we wsteczne lusterko.
— Do nas? — wysiadł ratownik z przednich drzwi.
— Co z nią? Co z Jadwigą?
— Serce.
— Przeżyje?
— W tym wieku nikt pani tego nie obieca. Zrobimy, co w naszej mocy.
Halina przełknęła ślinę. W ustach miała sucho i gorzko, jakby najadła się niedojrzałej porzeczki.
— Wpuśćcie mnie. Na chwilę. Na jedną minutę.
— Rodzina?
— Sąsiadka — powiedziała. A potem ciszej: — Przyjaciółka.
Ratownik potarł kark, zerknął na kierowcę i bez słowa otworzył drzwi.
Jadwiga leżała pod cienkim szarym kocem, z rurą w nosie, z opaską na ramieniu. Halina najpierw zobaczyła nie twarz, tylko ręce. Pod paznokciami — ziemia. Zdążyła z rana wyjść na grządki. Zdążyła robić swoje, zanim przyszło.
Halina ujęła tę dłoń — suchą, lekką, z wystającymi żyłami — i ścisnęła tak, jakby mogła zatrzymać nią cały świat.
— Jadzia — powiedziała cicho. — Jadzia, wybacz mi. Słyszysz? Wybacz mi tę porzeczkę.
Powieki nawet nie drgnęły.
— Przepraszam, musimy jechać — powiedział cicho ratownik. — Czas tu znaczy wszystko.
— Tak, tak — Halina cofnęła się i złapała go za rękaw. — Tylko ją uratujcie. Słyszycie? Tylko ją uratujcie.
— Zostawi pani numer. Zadzwonię, jak coś się będzie działo.
Stała na środku drogi w słońcu, wzbijając bosymi stopami biały kurz, dopóki karetka nie zniknęła za zakrętem na szosę do Lublina.
—
Do domu wróciła nie wiedząc jak. Przymknęła furtkę, oparła się o nią plecami i poczuła, że deska jest ciepła, bo słońce praży od samego rana. Pod ścianą, na nagrzanej cegle, leżał Tytus. Szary, z białą mordką i żółtymi oczami, które kiedyś świeciły w ciemności jak latarenki. Szesnaście lat. Kiedyś siedział na słupku ogrodzenia jak strażnik i żadna kura nie przeszła obok niego bez kontroli. Teraz tylko leżał. Mrużył oczy i udawał, że nie widzi świata.
— Tytusek — powiedziała. — Chodź tu, biedaku.
Kot niechętnie wstał, podszedł, otarł się o nogę — raz, z obowiązku — i znowu się położył. Starość przyszła do niego cicho, tak jak on sam kiedyś podkradał się do wróbli. Najpierw przestał wskakiwać na płot. Potem na ławkę. Potem przestał wychodzić z podwórka.
Halina patrzyła na niego i myślała, że w zasadzie nic nie trzeba tłumaczyć. W niej samej było to samo.
—
We wsi wiadomości rozchodzą się szybciej niż jaskółki przed burzą. Do południa w sklepie przy głównej drodze stała już kolejka po chleb, a kolejka huczała jak ul.
— Mówiłam jej: rzuć ten ogród — perorowała kobieta w wełnianej kamizelce, choć żar lał się z nieba. — Zdrowie jest ważniejsze.
— A jak go rzucisz, skoro cię karmi? — nie zgadzała się druga.
— No i komu tym zrobiła lepiej?
Drzwi skrzypnęły, weszła Mariola — ta, która zawsze o wszystkim dowiaduje się ostatnia — i kobiety machnęły na nią rękami.
— Mariolka! Słyszałaś, co u nas dzisiaj?
— Mówcie wreszcie.
— Jadwigę zabrali. Karetką. Serce.
— Którą Jadwigę? U nas są trzy.
— Tę z Ogrodowej, spod piątki. Na końcu.
— Aaa. Tę, co z Haliną się przyjaźniła.
— Przyjaźniła — powtórzyła znacząco pierwsza. — Od pół roku się nie witały.
— Dziewczyny, przecież ona ma pod dziewięćdziesiątkę — Mariola postawiła siatkę na ziemi. — Może i nie wrócić. A jak wróci — kto przy niej posiedzi? Dzieci nie ma, rodziny nie ma.
— Przecież mówiła, że ma odłożone. I na wszystko, i jeszcze ludziom na stypę starczy.
Kobiety zerknęły na siebie i jakoś dziwnie odetchnęły z ulgą, a potem zawstydziły się tego oddechu. Każda osobno poprawiła włosy albo torbę, żeby tylko czymś zająć ręce.
Przy półce z kaszami stał chłopak, może dwadzieścia pięć lat, w jasnej wiatrówce i ciemnych okularach. Udawał, że wybiera kaszę gryczaną, chociaż trzymał w ręku cały czas tę samą torebkę. Nikt na niego nie patrzył. A co się patrzeć? Latem na Lubelszczyźnie kto tylko nie przyjeżdża: truskawki tanie, sezon w pełni, a słońce takie, że obcy w ciemnych okularach to widok normalniejszy niż bocian na łące.
Sprzedawczyni przeliczała bochenki i myliła się co chwila. Kobiety mówiły dalej.
Chłopak dosłuchał do końca, wyszedł, przed sklepem zapytał jakiegoś rowerzystę, którędy na Ogrodową, i ruszył tam szybkim krokiem. Oczu nie było widać. Za to uśmiech — tak.
—
Przy furtce rozejrzał się. Ulica pusta, jak to bywa tylko w upał, kiedy nawet psy leżą pod werandami i nie mają siły szczekać. Furtka była przymknięta, ale nie zamknięta: zamiast zasuwy z deski sterczał wygięty, zardzewiały gwóźdź. Chłopak pchnął ją nogą, przecisnął się w szparę i zaczepił rękawem. Materiał trzasnął krótko i sucho.
„Kupię nową — pomyślał. — Tylko żeby znaleźć kasę”.
Drzwi do domu też stały otworem. Ludzie na wsi jeszcze nie nauczyli się zamykać w biały dzień.
Naciągnął rękawiczki — takie cienkie, z lateksu, z apteki — i zaczął przewracać wszystko do góry nogami. W sekretarzyku pieniędzy nie było. W walizce pod łóżkiem też nie. Przetrząsnął książki: między stronami tkwiły wyłącznie zasuszone liście klonu i fotografia dwóch dziewczynek w fartuszkach i kokardach. W kuchennej szafce stały cukier, sól i słoik z kaszą perłową.
Została szafa. Wielka, trzydrzwiowa, z lustrem pośrodku. Otworzył pierwsze skrzydło i zaczął wyrzucać na podłogę ubrania. Sukienki, swetry, bluzki, fartuchy — wszystko, co kobieta zbierała przez pół życia, spadło na deski kolorowym stosem. Pachniało naftaliną i czymś jeszcze, czymś starym, co kojarzyło się z kościołem i wielkanocnym ciastem.
I wtedy coś dotknęło jego nogi. Raz. Drugi. Trzeci — już mocniej.
Zamarł. Obejrzał się — za plecami nikogo. Spuścił oczy.
Na podłodze, przy jego stopie, siedział szary kot z białą mordką. Ocierał się o kostkę, jakby chciał się przywitać. A potem otworzył pysk, cicho miauknął — tak cicho, że ledwo było słychać — i przeszedł na sam stos ubrań, kładąc się na nim całym ciężarem, tak że chłopak musiał odsunąć rękę, żeby go nie przygnieść.
Chłopak popatrzył na kota. Kot popatrzył na niego. W żółtych oczach nie było ani strachu, ani agresji. Było coś, czego złodziej nie potrafił nazwać.
— Wynocha — szepnął, ale wargi mu drgnęły.
Kot nie uciekł. Leżał na stosie ubrań i mruczał. Cicho, miarowo, jak stary silnik, który jeszcze nie zgasił.
Chłopak cofnął się o krok. Potem jeszcze o krok. W gardle zrobiło mu się sucho. W domu nie było nikogo, ale nagle poczuł się tak, jakby ktoś patrzył mu na ręce. Odwrócił się gwałtownie. Lustro. W szafie, zza rozrzuconych wieszków, patrzył na niego on sam: blady, spocony, z głupią miną.
— Głupoty — mruknął i pochylił się, żeby odsunąć kota i sięgnąć głębiej, pod warstwę swetrów, tam, gdzie deska szafy miała szparę.
I wtedy poczuł pod palcami coś twardego. Wyciągnął. Skórzana saszetka. Stara, wytarta na zgięciach, z metalowym zamkiem. Otworzył.
W środku — pieniądze. Zwinięte w rulon, przewiązane gumką recepturką. Grubaśne. Banknoty po sto i dwieście, poukładane równo, jak w banku. Do tego dowód osobisty. „Jadwiga Kozioł” — przeczytał, i w tym momencie coś w nim drgnęło, bo nazwisko pamiętał z kolejki.
Był już prawie zamknął saszetkę, kiedy zauważył, że pod dowodem jest jeszcze coś. Złożona we czworo, pożółkła kartka, wyjęta chyba dawno temu z jakiejś koperty i schowana tu na wszelki wypadek — tak, jak stare kobiety chowają rzeczy ważne razem z pieniędzmi, żeby nikt nie znalazł jednego bez drugiego. Rozwinął ją. To był fragment jakiegoś pisma urzędowego, kopia, niedokończona, z nagłówkiem kancelarii notarialnej w Lublinie i datą sprzed kilku miesięcy. Wśród urzędowych zdań rzucało się w oczy jedno nazwisko, wypisane odręcznie na marginesie, jakby sama Jadwiga to sobie zanotowała: „Szymon — syn Zenona, mojego brata stryjecznego. Kraśnik.”
Chłopak stał z tą kartką w ręku dłużej, niż trzeba było, żeby ją przeczytać. Bo miał na imię Szymon. Bo ojciec jego, Zenon, nigdy mu nie mówił o żadnej Jadwidze, o żadnej wsi pod Lublinem, o żadnym domu z porzeczką pod płotem — powiedział tylko raz, pijany, że „mieli kiedyś rodzinę pod Milejowem, ale się rozeszli po kościach”. Szymon nie wiedział, czy to zbieg imion, czy coś więcej. Ale ręce mu zadrżały tak, że musiał odłożyć kartkę na stół.
Kot tymczasem wstał, przeciągnął się i podszedł do niego znowu. Obrócił się wokół jego nóg, potem stanął przed nim i uniósł głowę. I wtedy Szymon zobaczył, że kot kuleje. Jedna tylna łapa była skrzywiona, chodził, podciągając ją, jakby od dawna. Mimo to nie przestawał ocierać się o nogę złodzieja.
— No co? — syknął. — Czego chcesz?
Kot zamruczał. Tym razem głośniej.
Szymon usiadł na taborecie, zdjął ciemne okulary i rozejrzał się po kuchni.
Stał tu teraz — w tym cudzym domu, wśród cudzych ubrań, z cudzym kotem u stóp i z kartką, na której było jego własne imię, tylko nie wiadomo, czy naprawdę o niego chodziło. I zrozumiał, że to wszystko — ta kuchnia, ta cerata, ten zapach wielkanocnego ciasta — że to jest czyjś cały świat. A teraz ten świat wisi na włosku, gdzieś na oddziale w Lublinie, podłączony do maszyny, która pika.
Nie zabrał pieniędzy. Nie zabrał kartki. Wziął tylko z rulonu cztery banknoty po dwieście — na wiatrówkę, którą rozdarł na furtce, i na drogę powrotną — a resztę, razem z dowodem i pożółkłą kartką, schował z powrotem do saszetki i postawił ją na stole, obok ceratowego obrusa w kratkę.
Zanim wyszedł, oderwał róg jakiejś gazety leżącej na parapecie i napisał kilka słów. Kartkę zostawił pod saszetką, żeby jej nie przewiało.
Potem poszedł pieszo na przystanek. A na przystanku, przy kiosku, zapytał kioskarkę, czy zna adwokata albo notariusza w Lublinie, bo ma sprawę rodzinną. Kioskarka wzruszyła ramionami i podała mu wizytówkę kancelarii, która zajmowała się takimi sprawami — bo w tej wsi, jak się okazało, każdy kogoś znał.
—
Trzy dni później na Ogrodową podjechała srebrna Skoda. Wysiadła z niej kobieta w czarnej chustce na głowie.
— Halinka? — zapytała.
— No.
— Ja w sprawie Jadwigi. Zgłosił się do nas młody mężczyzna, twierdzi, że jest synem jej stryjecznego brata. Sprawdzamy dokumenty, ale wygląda na to, że rzeczywiście jest spokrewniony. Chce się dowiedzieć, czy istnieje testament.
Halina otworzyła usta.
— Jakiemu bratankowi? Jadzia mówiła, że rodziny nie ma. Wszyscy pomarli.
— A jednak ktoś się znalazł. Powiedział, że znalazł u niej w domu jakąś kartkę z nazwiskiem, jeszcze zanim wiedział, że to w ogóle jego rodzina, i dopiero to go skłoniło, żeby sprawdzić w urzędzie. Sam sobie chyba nie dowierzał.
— To dlatego dopiero teraz się odezwał.
— Tak, dzień czy dwa po tym, jak Jadwigę zabrali karetką. Zgłosił się do nas wczoraj, dopytać, czy testament w ogóle istnieje. My nic mu nie powiedzieliśmy, bo taki testament jest u nas w depozycie, spisany piętnaście lat temu. Ale to, komu Jadwiga zapisała dom, to już inna sprawa — trzeba będzie otworzyć kopertę przy niej, jak wróci ze szpitala.
Halina poczuła, jak coś jej się zaciska w środku. Odwróciła się w stronę furtki, ale tam nikogo nie było. Tylko Tytus leżał na ścieżce i patrzył na nią żółtymi oczami.
— A gdzie on teraz jest, ten… Szymon?
— Powiedział, że pojedzie do szpitala, jak tylko się dowie, w którym leży. Prosił, żebyśmy nikomu nie mówili, dopóki sam się nie przedstawi.
Halina wróciła do domu i długo siedziała w kuchni, zanim wykręciła numer do szpitala.
Jadwiga leżała na oddziale kardiologii, czwarte piętro, sala numer osiem. Halina nie była u niej ani razu. Wstydziła się. Bała się. A może po prostu nie umiała wejść po tych pół roku milczenia.
Ale telefon — telefon wytrzymała.
— Jadzia — powiedziała, kiedy pielęgniarka podała słuchawkę. — To ja.
Po drugiej stronie cisza. Taka, w której słychać tylko oddech i pikanie monitora.
— Ty, Halina? — głos słaby, jakby dobiegał spod wody.
— Ja.
— A ja myślałam, że już nigdy.
— No widzisz. Przyjechałam.
— Kłamiesz. Siedzisz w domu, znam ja ciebie. Pewnie patrzysz teraz na Tytusa.
Halina roześmiała się — krótko, sucho, jak ktoś, kto dawno nie miał z czego się śmiać.
— Patrzę. Leży mi na kapciach.
— A wiesz, Halina, że ja go karmiłam? Twój Tytus u mnie jadł, jak ciebie w domu nie było. Zostawiałam mu na ganku. Przychodził i jadł tak, jakby mi robił łaskę.
Halina oparła czoło o framugę.
— To czemu mi nie powiedziałaś, głupia?
— Bo się obraziłam.
Obie zamilkły. Tylko monitor pikał, a gdzieś na korytarzu wózek z obiadem stukał kółkami o posadzkę.
— Jadzia — powiedziała w końcu Halina. — Ja ci coś muszę.
— No?
— Wiesz, że to było tylko przez tę porzeczkę? Ty mi powiedziałaś, że ja podlewam miedzę, żebyś ty nie miała owoców. A ja po prostu lałam wodę na trawę, bo wąż mi się rwał.
— A ty mi powiedziałaś, że ja podłączyłam się pod twój prąd.
— Bo się wkurzyłam.
— I ta porzeczka, co nas pogodziła na siedem lat, teraz nas pogniewała.
— Głupio wyszło.
— Głupio.
— To co? — zapytała Halina. — Wracasz?
— A wrócę. Tylko… — Jadwiga zawiesiła głos. — Tylko nie wiem, po co. Ten dom, ten ogród… Komu to wszystko?
— Mnie.
— Tobie?
— No. Mnie. Bo ja tu jestem. I będę. Dopóki obie nie pomrzemy, to nie będzie tak, że jedna z nas zostaje sama.
Jadwiga długo milczała.
— To dobrze — powiedziała w końcu. — Bo ja się już bałam, że umrę, zanim ktoś znowu do mnie zwyczajnie zadzwoni.
—
Dwa tygodnie później Jadwiga wróciła do domu. Halina czekała na nią z obiadem i z koszem porzeczek. Stała przy furtce, a Tytus siedział na słupku ogrodzenia — pierwszy raz od trzech lat.
— Rusz się, stary — powiedziała do kota. — Nasza sąsiadka wraca.
Kot zeskoczył i powoli, dostojnie, poszedł przez drogę.
Halina weszła do domu Jadwigi pierwsza. I to, co zobaczyła, zmroziło jej krew.
Szafa otwarta. Ubrania na podłodze. Saszetka leżała na stole, otwarta, z gumką recepturką obok, a pod nią kartka wyrwana z gazety.
— Jadzia — powiedziała cicho. — Było włamanie. Dzwonię po policję.
Jadwiga podeszła do stołu, otworzyła saszetkę i przeliczyła pieniądze. Potem podniosła wzrok na Halinę.
— Nie trzeba.
— Jak to?
— Brakuje ośmiuset. Reszta jest.
— To tym bardziej trzeba! Złodziej ci część zostawił?!
Jadwiga wzięła kartkę spod saszetki i przeczytała ją po raz drugi, chociaż już wiedziała, co tam jest napisane. Podała ją Halinie.
„Znalazłem u Pani w szafie coś, co mnie dotyczy. Nazywam się Szymon. Nie wiem jeszcze, czy to, co myślę, jest prawdą. Sprawdzę to legalnie, u notariusza. Pieniędzy nie biorę, tylko tyle, ile musiałem na drogę. Niech Pani wyzdrowieje. Wtedy przyjdę i się przedstawię jak człowiek, nie jak złodziej.”
— Ten sam dzień, kiedy mnie zabrali — powiedziała Jadwiga cicho. — Musiał tu być, kiedy ty siedziałaś przy mnie w karetce.
— I co, poszedł prosto do notariusza?
— Widocznie. Bo trzy dni później zgłosił się do kancelarii z pytaniem o testament. Ta kobieta w chustce mówiła ci o tym, nie?
Halina usiadła, bo nogi jej zmiękły.
— Jadzia, ty jesteś… on cię okradł, a potem sam poszedł to prostować?
— Zostawił mi trzydzieści tysięcy. Wiesz, ile osób by zabrało wszystko? Ja wiem. Bo ja zaczynałam od zera i wiem, jak pachnie kradzione.
Jadwiga wstała, podeszła do okna i wyjrzała na ogród.
— Halina, ja nie mam dzieci. A on przyszedł, żeby kraść, i znalazł zamiast tego siebie samego w mojej rodzinie. To już nie jest kradzież. To jest coś, na co nie mam nawet słowa.
Halina patrzyła na nią długo. A potem wzięła z koszyka porzeczkę i położyła ją na parapecie.
— Wiesz co, Jadzia — powiedziała. — Ty to masz jednak coś z tej porzeczki.
— Co?
— Narwaną sąsiadkę, która przez ciebie wybiegła na drogę w szlafroku.
Jadwiga roześmiała się. Pierwszy raz od pół roku. Tak głośno, że Tytus podniósł łeb i miauknął z podwórka.
—
Jesień przyszła szybko. Jadwiga znowu miała atak. Tym razem Halina nie wyjrzała przez okno — była w środku, bo właśnie odnosiła sąsiadce weki z kompotem. Trzymała ją za rękę, kiedy karetka przyjechała. Sama podała ratownikom torbę z dokumentami i listę leków.
— Jedzie pani z nami? — zapytał młody ratownik.
Tym razem się nie zawahała.
— Jadę.
W szpitalu siedziała na korytarzu do rana. Nie wpuszczali jej, ale siedziała. Bo wiedziała, że tam, za drzwiami z szybą i metalową klamką, ktoś na nią czeka. A to czekanie — to była jedyna rzecz, na którą w życiu miała jeszcze czas.
Nad ranem wyszedł lekarz.
— Stabilna. Proszę wracać do domu, odpocząć.
— Nie wrócę. Dopóki ona nie wyjdzie.
Lekarz popatrzył na nią, ale nie zaprotestował.
Halina zadzwoniła do kancelarii kobiety w czarnej chustce, umówiła się na następny dzień i zapisała sobie w kalendarzyku: notariusz, godzina dziesiąta. Testament sprzed piętnastu lat leżał tam w depozycie od dawna, a Halina chciała się dowiedzieć, jak brzmi, zanim Jadwiga wróci do domu i zapyta o niego wprost — żeby móc jej to spokojnie wytłumaczyć, nie stojąc bezradnie z otwartymi ustami jak wtedy przy furtce.
W kancelarii dowiedziała się tylko tyle, ile mogła: że dom Jadwiga zapisała jej, Halinie, piętnaście lat temu, a dopisek na marginesie, dotyczący Szymona, dotyczył nie domu, lecz części oszczędności — na wypadek, gdyby kiedyś odnalazła się rodzina po stronie brata. Kobieta w chustce powiedziała to wszystko cicho, jakby czytała coś świętego, a Halina wyszła z kancelarii i długo stała na chodniku, zanim wsiadła do autobusu.
—
Dwa dni później w drzwiach sali numer osiem stanął młody mężczyzna w jasnej wiatrówce. Był nieogolony, zmęczony, ale trzymał w ręku siatkę z mandarynkami.
Jadwiga uniosła się na łóżku.
— Ty.
— Ja.
— Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
— Pani Halina zadzwoniła do kancelarii, a kobieta, co prowadzi sprawę, dała mi numer szpitala.
Jadwiga pokiwała głową.
— Siadaj.
Usiadł. Na brzegu łóżka, ostrożnie, jakby bał się, że je zepsuje.
— Nazywam się Szymon — powiedział. — I nie wiem, co mam robić.
— Jak to?
— Bo ja nigdy nie miałem rodziny. A tu nagle jest ciotka, dom, jakieś pieniądze, których nie chciałem… ja nie wiem, czy jestem gotów.
Jadwiga wzięła z szafki szklankę wody i podała mu.
— Napij się. Rodziny nie trzeba być gotowym. W rodzinę się wchodzi jak do zimnej rzeki. Najpierw boli, potem przywykasz.
Szymon wypił łyk. Wody, nie rzeki.
— A co będzie z tymi pieniędzmi, które wtedy wziąłem?
— Oddasz, jak będziesz miał. Nie wszystko naraz. Po trochu. Tak, żebyś wiedział, ile kosztuje cudza starość.
Szymon skinął. Potem sięgnął do kieszeni i wyjął kocie chrupki.
— Przywiozłem Tytusowi.
— To jedziemy do Milejowa — powiedziała Jadwiga. — Jak tylko mnie wypuszczą.
—
Wypisali ją w piątek.
Pod furtką czekała Halina. A obok niej Tytus, z białą mordką uniesioną wysoko, jakby wypatrywał gościa.
Szymon pomógł Jadwidze wysiąść. Potem pochylił się, pogłaskał kota po łbie i spojrzał na dom.
— I co, Tytus? — zapytała Halina. — Teraz go pilnujesz przed złodziejami?
Tytus, nie zaszczyciwszy jej odpowiedzią, szybkim, niemłodym już krokiem ruszył w stronę furtki sąsiadki. Przeszedł na drugą stronę drogi tak, jakby robił to od zawsze.
Jadwiga popatrzyła na Halinę.
— No. Widzisz. Wrócił.
— Wrócił — powtórzyła Halina.
Weszły do domu. Na stole stał obiad — barszcz ukraiński i pierogi z jagodami. Jadwiga zatrzymała się i dotknęła obrusa.
— Pamiętasz, jak żeśmy się ostatnio o ten obrus kłóciły?
— Pamiętam. To był twój.
— A teraz?
— A teraz to jest nasz. Jak wszystko.
I wtedy Jadwiga zrobiła coś, czego Halina nie widziała nigdy: zdjęła z szyi łańcuszek z medalikiem i podała go sąsiadce.
— Połóż go w szafie, tam, gdzie Tytus spał.
— Co ty, Jadzia, nie mogę…
— Możesz. To jest mój. A skoro wszystko jest nasze, to znaczy, że i on twój.
Halina wzięła łańcuszek i podeszła do szafy. Otworzyła trzecie, nieotwarte wtedy skrzydło — to z lustrem, w którym Szymon zobaczył wtedy własną twarz.
Na półce leżał pożółkły list. Z datą sprzed piętnastu lat. Od Jadwigi. Tak, jakby napisany do kogoś, kto miał go kiedyś znaleźć.
Halina wyjęła go z koperty i zaczęła czytać na głos.
„Moja kochana. Jeżeli to czytasz, znaczy, że mnie nie ma. Nie płacz. Wiesz, że nigdy nie umiałam płakać przy tobie, bo ty zawsze płaczesz za nas dwie. Dom zapisuję tobie. Tytusa też. Porzeczkę wybacz mi. Zostawiam też trochę na bok — gdyby kiedyś odnalazła się rodzina po stronie Zenona, niech dostaną, ile im się należy, nie za dom, tylko za krew. I wiesz co? Czasami myślę, że przez te pół roku chciałam się z tobą nie kłócić. Tylko nie umiałam wrócić. Bo duma to taka roślina, co jak się zapuści, to korzenie ma głębiej niż porzeczka.”
Jadwiga stała przy oknie i patrzyła, jak Szymon sadzi pod płotem nową porzeczkę. Czerwoną. Obiecał, że na wiosnę będzie owocować.
— I co tam w tym liście? — zapytała, nie odwracając się.
— Głupia jesteś — powiedziała Halina.
Ale list schowała do kieszeni. Tylko na chwilę. Potem złożyła go na pół i położyła z powrotem do szafy, pod medalik.
Tytus tymczasem wszedł do kuchni, obwąchał stół, wskoczył na ławkę i położył się na poduszce, której nie widział od pół roku. Tak jakby nigdy nic się nie stało.
A wieczorem obie siedziały na ganku i patrzyły, jak Szymon zamyka furtkę. Jeszcze raz się obejrzał i pomachał.
Jadwiga odmachnęła mu w odpowiedzi, a potem odwróciła się do okna, jakby chciała zapamiętać, jak wygląda dom z zapaloną lampą w kuchni.
— Zostanie — powiedziała.
— Skąd wiesz?
Jadwiga nie odpowiedziała od razu. Nalała sobie kompotu, popatrzyła na porzeczkę pod płotem, jeszcze bez owoców, i dopiero wtedy wzruszyła ramionami.
— Bo wrócił po chrupki dla kota, a nie po pieniądze.
Halina nalała jej kompotu.
— Pij. I nie mądruj się.
A potem obie, nie wiadomo czemu, jednocześnie spojrzały na krzak porzeczki. Stał cichy, nieruchomy, jakby czekał, aż któraś z nich pierwsza podejdzie i zerwie jagodę.
Nie zerwała żadna. Po prostu siedziały tak do zmroku, a Tytus mruczał im pod ławką, aż wreszcie pierwsza gwiazda zapaliła się nad dachem.
I było to pierwsze lato od pół roku, które nie pachniało kurzem.
