Kiedy Marta skończyła szesnaście lat, w domu przy ulicy Szewskiej we Wrocławiu zrobiło się duszno od kłótni. Jej matka, pani Elżbieta, pracowała jako księgowa w przychodni na Ołbinie i wracała do domu wykończona. Ojciec, pan Janusz, prowadził warsztat samochodowy przy alei Kromera i też nie miał siły na rodzinne dramaty. Tymczasem ich jedyna córka zakochała się w chłopaku z technikum gastronomicznego, który przyjechał do Wrocławia aż z Legnicy. Sebastian miał dziewiętnaście lat, tatuaż na przedramieniu i wynajmował pokój na Psim Polu.
Marta ogłosiła przy niedzielnym obiedzie, że wprowadza się do Sebastiana. Pierogi z jagodami wystygły, nikt nie sięgnął po dokładkę.
— Nawet nie próbuj — powiedział pan Janusz i odłożył widelec. — Jesteś niepełnoletnia. On za to odpowiada. Chcesz mu zniszczyć życie?
— Kochamy się — odparła Marta. — I nie musicie nas rozumieć.
Pani Elżbieta płakała w kuchni nad zlewem, odkręciła kran, żeby zagłuszyć szloch. Marta spakowała torbę i wyszła, trzaskając drzwiami. Wyszła w rozpinanym swetrze, chociaż za oknem był już późny październik i wiatr od Odry ciągnął chłodem.
Sebastian dorabiał w pizzerii na Rynku, Marta rzuciła liceum i przeszła na zaoczne. Żyli skromnie, w kawalerce z kuchenką na korytarzu, sąsiedzi puszczali disco polo do północy, a oni i tak nie spali, tylko kłócili się o rachunki. Gdy Sebastian dostał wezwanie do wojska — wybrał służbę zasadniczą, bo mówił, że potem dostanie etat w straży miejskiej — Marta wróciła do rodziców. Miała już osiemnaście lat i cztery miesiące ciąży.
— No i gdzie ten twój mąż? — zapytał ojciec, nie podnosząc wzroku znad gazety.
— Wróci za rok — odpowiedziała Marta. — Będzie ślub. Będzie jak w bajce.
Listy z jednostki w Giżycku przychodziły coraz rzadziej. Najpierw co tydzień, potem co dwa, a na koniec co miesiąc — i to zdawkowe. Marta za każdym razem biegła do skrzynki na parterze, stawała pod rzędem metalowych przegródek, a potem wracała z niczym. Sąsiadka z drugiego piętra, pani Kazia, za każdym razem zaglądała przez judasza — Marta słyszała jej ciężki oddech za drzwiami.
Gdy urodziła się Hania, Marta miała już zupełnie inne spojrzenie na świat. Nie było w nim miejsca na romanse. Wstawała o piątej rano, odciągała pokarm, biegła na zajęcia w szkole policealnej na kierunku opiekunka dziecięca, a popołudniami dorabiała w żłobku przy Traugutta. Rodzice pomagali, babcia Helena, która mieszkała piętro wyżej, przynosiła rosół w słoiku i przewijała Hanię, kiedy Marta padała na kanapę bez sił.
Pewnego dnia Marta zobaczyła Sebastiana przez szybę autobusu linii 145, na przystanku przy placu Grunwaldzkim. Stał z torbą z Biedronki i rozmawiał przez telefon, śmiejąc się. Miała ochotę wysiąść, podejść, uderzyć go tą torbą, ale zamiast tego zostały jej tylko mokre ślady na szybie.
Spotkali się dwa dni później, przypadkiem, w galerii handlowej na Dworcu Głównym. Hania biegła do sklepu z zabawkami, Marta szła za nią, potrącając wózek. Sebastian stał przy stoisku z telefonami.
— Wróciłeś — powiedziała Marta, chociaż to było oczywiste.
— Na przepustkę — mruknął. Na jego palcu błyszczała srebrna obrączka. — Ożeniłem się w zeszłym roku. Z dziewczyną z Mazur. Nie planowałem tego spotkania.
Hania podbiegła do mamy i złapała ją za nogawkę płaszcza. Sebastian popatrzył na dziecko, a potem na zegarek — jakby się spieszył na pociąg i ta scena burzyła mu rozkład jazdy.
— Ona ma twoje oczy — powiedziała Marta cicho. — I twój upór. Na szczęście nazwisko nosi moje.
— Przykro mi — wykrztusił Sebastian. — Nie powinienem był tak znikać. Ale teraz mam już inne życie.
— Wiem — Marta złapała Hanię za rękę. — I nawet nie wiesz, jak bardzo mi to pasuje. Bo ja też mam inne.
Odwróciła się i poszła w stronę przejścia podziemnego na perony. Nie obejrzała się. Hania coś gadała o pluszowym misiu, a Marta myślała tylko o tym, że buty jej uwierają i że jutro musi wcześniej wstać do pracy.
Jej życie zmieniło się pół roku później, gdy w żłobku pojawił się nowy dostawca żywności. Krzysztof przyjeżdżał granatowym dostawczym mercedesem z lokalnej piekarni „Bułka i Spółka”. Był spokojny, nosił okulary w stalowych oprawkach i zawsze odkładał na bok najładniejsze drożdżówki, mówiąc: „dla Hani, bo rosnąć musi”. Nie naciskał, nie przyspieszał, nie wywierał presji. Któregoś dnia przyszedł z tulipanami i powiedział, że chciałby się umówić na kawę, ale bez zobowiązań.
Marta długo się wahała. W końcu zapytała wprost:
— Wiesz, że mam dziecko? I że nie szukam wakacyjnej przygody?
— Wiem — odparł Krzysztof. — I właśnie dlatego przyszedłem.
Ślub wzięli cicho, w Urzędzie Stanu Cywilnego przy placu Nowy Targ. Hania szła w białej sukience i trzymała bukiecik frezji, który wybrała sobie sama w kwiaciarni na rogu. Pan Janusz, który od lat nie płakał, wycierał oczy chusteczką. Pani Elżbieta niosła tort orzechowy upieczony przez babcię Helenę.
Po roku urodził się Szymon, a wtedy Krzysztof wziął tydzień urlopu i przez siedem dni nie odstępował żony na krok. Piekarnia radziła sobie bez niego, wspólnik rzucił tylko przez telefon: „nie wracaj za szybko, dajemy radę”.
Nikt nie spodziewał się, że Sebastian odezwie się po pięciu latach. Przyszedł list, a właściwie kartka pocztowa z Giżycka. Pisał, że rozwiódł się, że jest mu ciężko, że myśli o Hani i chciałby ją poznać. Dołączył zdjęcie dziewczynki z poprzedniego małżeństwa — Oliwii — i zaproponował spotkanie w kawiarni.
Marta przeczytała kartkę i położyła ją na parapecie, przy doniczce z żółtym kalanchoe. Potem usiadła do komputera i napisała odpowiedź jednym zdaniem: „Hania ma już ojca, a ja nie mam już czasu.”
Pocztówka trafiła do szuflady z rachunkami.
Krzysztof, który wrócił wieczorem z piekarni i zobaczył żonę przy biurku, zapytał tylko:
— Zupa była dobra? Hania zjadła?
— Zjadła — powiedziała Marta. — A zupa była wyśmienita. Kupiłam też jutro bilety do teatru lalek. Dla was trzech. Ja w tym czasie pójdę do notariusza.
— Do notariusza? — zdziwił się Krzysztof, zdejmując marynkę.
Marta wyjęła z szuflady stare dokumenty, które od tylu lat czekały na ten właśnie dzień. Działka pod Świdnicą, którą babcia Helena przepisała jej w testamencie — ta sama, na której Marta kiedyś, w wieku szesnastu lat, planowała postawić dom dla siebie i Sebastiana. Działka, o którą Sebastian nigdy nie zapytał, bo nawet nie wiedział, że istnieje. Działka, która przez dekadę leżała odłogiem, porośnięta chwastami i wspomnieniami.
— Sprzedaję ją — powiedziała Marta. — Pieniądze pójdą na książeczkę mieszkaniową Hani, a reszta na fundusz dla Szymona. Niech mają start w dorosłość, a nie cudze długi i czekanie na kogoś, kto nigdy nie wróci.
Następnego dnia o dziewiątej rano weszła do kancelarii notarialnej przy ulicy Piłsudskiego. Notariusz, starszy pan o wyglądzie bibliofila, przejrzał dokumenty i pokiwał głową.
— Pani Marto — powiedział, zdejmując okulary — ta ziemia w ciągu dziesięciu lat potroiła wartość. Mówimy o ponad dwustu czterdziestu tysiącach złotych. Jest pani pewna?
— Jestem pewna — odparła Marta i położyła na biurku dowód osobisty.
Kiedy wyszła z kancelarii, słońce świeciło na wrocławski rynek, a tramwaj linii 33 dzwonił na zakręcie. Kupiła dwie drożdżówki — dla Hani i dla Szymona — i wróciła do piekarni po męża. W drzwiach minęła się z ekspedientką, która przytrzymała jej tacę i powiedziała:
— Pani mąż mówił, że pani dzisiaj coś ważnego załatwia. Udało się?
— Udało — uśmiechnęła się Marta. — Wszystko już załatwione.
