Bigos dymił na stole. Prawdziwy, z suszonymi śliwkami i żeberkiem, taki, co to go się gotuje trzy dni, żeby smaki przegryzły się nawzajem. Krysia, moja teściowa, nabrała łyżkę, przeżuła teatralnie i odłożyła sztućce z takim brzękiem, jakby ktoś gwóźdź na podłogę upuścił.
— U nas w domu bigosu z kwaśnej kapusty się nie jadło. Zawsze tylko ze słodkiej. To jest jakieś nieporozumienie.
Widziałam, jak Tomek wbija wzrok w talerz. Liczyłam w głowie do pięciu. Dwa lata małżeństwa, a jego matka wciąż urządzała mi casting na synową, za każdym razem znajdując nową konkurencję — to zupę, to pranie, to mój zarobek z agencji reklamowej.
— Mamo, nie dzisiaj — mruknął pod nosem, ale Krysia już weszła na scenę.
— Co „nie dzisiaj”? Człowiek ma prawo do swojego zdania. Pół życia przepracowałam w szpitalu, wiem, co to porządne jedzenie. A to… — machnęła ręką nad stołem — zostawię dla gołębi.
Moja córka Hania spojrzała na mnie znad talerza, mrugnęła szybko trzy razy — nasz tajny znak: „babcia znowu swoje”.
— Dosyć — odstawiłam szklankę z herbatą. Głos nie drżał, chociaż czułam, jak pod obojczykiem węzeł zaciska mi oddech. — Skończyły się pani występy w mojej kuchni.
— W twojej kuchni? — Krysia uniosła brwi. — Synu, słyszysz?
Tomek milczał. Nie pierwszy raz. Gdy jego matka przyjechała z Gdyni na „tydzień”, który przeciągnął się do dwóch miesięcy, też milczał. Gdy przestawiła całą kuchnię, bo „tak jest funkcjonalniej”, wzruszył ramionami. Gdy powiedziała Hani, że jej rysunki są brzydkie, wyszedł na balkon zapalić. Liczyłam, że w końcu coś powie. W końcu.
— Tak, w mojej — wstałam od stołu. — Mieszkanie jest moje. Kredyt spłacam ja. Remont robiłam ja. Pani syn od roku dorzuca się tylko do rachunków, i to jak sobie przypomnę.
— Kasia, nie rób sceny — Tomek wreszcie podniósł głowę. Zobaczyłam w jego oczach nie obronę, tylko irytację. Że psuję niedzielny obiad.
— To nie scena — odpowiedziałam cicho. — To koncert po dwóch latach prób.
Podeszłam do wieszaka w przedpokoju. Zdjęłam płaszcz Krysi — ten bordowy z wielkimi guzikami, który śmierdział naftaliną i pretensjami. Położyłam go na krześle przy drzwiach. Potem wróciłam po jej torebkę. Krysia patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
— Oszalałaś? Gdzie ja się podzieję o dwudziestej pierwszej?
— Do koleżanki. Do hotelu. Na dworzec. To już nie mój kłopot.
— Synu! — głos Krysi przeszedł w wysoki rejestr. — Zobacz, co ona wyprawia!
Tomek wstał. Myślałam, że podejdzie do mnie. Ale on zrobił dwa kroki w stronę szafki z alkoholami i nalał sobie whisky. Wypił pół szklanki jednym haustem.
— Zawsze tak — powiedział do mnie, jakby jego matki tu w ogóle nie było. — Najpierw zapraszasz, potem robisz awanturę. Mówiłem ci, że mama jest wymagająca, ale rodzina to rodzina.
— Rodzina — powtórzyłam powoli. — A ja i Hania? My to kto?
Nie odpowiedział. Krysia już zbierała swoje rzeczy, mamrocząc pod nosem coś o „nierozsądnych dziewczynach z miasta”, które „nie znają szacunku”. Trzasnęła szufladą w przedpokoju, gdzie trzymała swoje leki. Potem huknęły drzwi.
Hania podeszła do mnie i wzięła za rękę. Jej palce były zimne od soku, który piła przed chwilą.
— Mamo, a tata?
Spojrzałam na Tomka. Stał przy oknie, plecami do nas, i patrzył na podwórko. Znałam tę pozę. Czekał, aż burza przejdzie, a potem wszystko samo wróci do normy. Tyle że tym razem nie wracało.
— Zostajesz czy idziesz? — zapytałam.
Odwrócił się powoli. W dłoni wciąż trzymał szklankę po whisky, obracał ją w palcach.
— Kasia, daj spokój. Rano ją przeprosisz i będzie dobrze.
— Nie będzie. I nie przeproszę.
Sięgnął po telefon. Zobaczyłam, jak otwiera aplikację bankową i przez chwilę wpatruje się w ekran. Sprawdzał saldo. W tym momencie wszystko stwardniało. On nie sprawdzał, czy ma dość pieniędzy, żeby się wyprowadzić. On liczył, czy może beze mnie przeżyć ten miesiąc.
— Pół roku — zabrałam głos. — Pół roku sama mówiłam, prosiłam, tłumaczyłam. Ty jadłeś. Ty milczałeś. Ty czekałeś, aż się zużyję i przestanę walczyć.
— Nieprawda.
— Prawda. Wychodzę z Hanią na spacer. Jak wrócę, chcę zastać puste mieszkanie. Twoje rzeczy i jej rzeczy. Walizki są w pawlaczu. Masz godzinę.
Hania już wkładała buty, nawet nie pytając dokąd idziemy. Znała trasę — do parku Jordana, gdzie można było karmić kaczki i udawać, że świat jest prosty.
Wróciłyśmy po dziewięćdziesięciu minutach. Mieszkanie było ciche. Zajrzałam do sypialni — szafa Tomka stała otwarta i pusta, zostało tylko kilka wieszaków. W łazience brakowało jego maszynki do golenia. W kuchni na stole leżała kartka z jednym zdaniem: „Zadzwoń, jak ochłoniesz”.
Nie zadzwoniłam. Zamiast tego podeszłam do okna, otworzyłam je na oścież i wciągnęłam zimne, krakowskie powietrze. Z podwórka pachniało mokrym asfaltem i dymem z czyjegoś kominka. Wyjęłam z szuflady bloczek z rachunkami i znalazłam ofertę ślusarza — tego samego, który rok temu wymieniał zamki w piwnicy. Mówił wtedy, że jakby co, to robi też mieszkania.
Następnego dnia rano, gdy Hania była w szkole, a Tomek z matką — jak się później dowiedziałam — koczowali u znajomego na Dębnikach, w drzwiach mojego mieszkania zamontowano nowy zamek. Gerda, czterysta złotych z robocizną. Stare klucze wyrzuciłam do kosza na śmieci razem z pustymi butelkami po whisky i bordowym szalikiem, który Krysia zapomniała na kaloryferze.
Potem usiadłam do komputera. Otwarłam konto bankowe. Zobaczyłam, że Tomek już przelał swoją część za czynsz — osiemset dwadzieścia złotych, jak co miesiąc, tyle że tym razem z opóźnieniem. Przekierowałam te pieniądze na konto domu dziecka przy ulicy Pszczelej, skąd co roku brałyśmy z Hanią listy do Mikołaja. W tytule przelewu wpisałam: „od tych, co przestali czekać”. Potem zamknęłam laptopa.
Telefon zaczął dzwonić o siedemnastej. Numer Tomka. Nie odebrałam. Za drugim razem też nie. Za trzecim przyszła wiadomość: „Jesteśmy pod drzwiami, otwórz”.
Nie musiałam podchodzić do judasza, żeby wiedzieć, że Krysia stoi za jego plecami i rozgląda się po klatce schodowej z miną kobiety, która za chwilę zażąda księgi skarg i wniosków. Usłyszałam, jak ktoś naciska klamkę. Raz. Drugi. Potem pukanie — najpierw nieśmiałe, potem głośniejsze, z otwartą dłonią.
— Kasia, przestań się wygłupiać! — głos Tomka przez drzwi.
Nie odpowiedziałam. Stałam w przedpokoju, oparta o ścianę, i patrzyłam na nowy zamek. Miał trzy rygle i atest. Hania w dużym pokoju odrabiała matematykę, słychać było, jak przesuwa linijkę po papierze. Z kuchni dochodził zapach świeżo zaparzonej mięty.
Pukanie ustało po dziesięciu minutach. Potem cisza, kroki na schodach starej kamienicy i trzask drzwi wyjściowych na dole. Pojechali.
W kuchni zdjęłam z suszarki czysty obrus — biały, lniany, ten który dostałam od cioci Marylki na nowe mieszkanie i nigdy go nie używałam, bo Krysia mówiła, że biel jest niepraktyczna. Nakryłam stół dla dwóch osób. Postawiłam talerz dla siebie i talerz dla córki. Pośrodku umieściłam wazonik z zasuszonym wrzosem, który Hania przyniosła z ostatniej wycieczki w góry.
Wieczorem, gdy dziewczynka już spała, wyjęłam z portfela paragon za wymianę zamka i przykleiłam go magnesem do lodówki. Czterysta złotych. Tyle kosztował spokój. I ani złotówki więcej.
