Kamila obudził dźwięk wiertarki sąsiada. Siódma rano, sobota. Zerknął na zegarek i już wiedział — ten dzień będzie długi. Natalia spała jeszcze zwinięta w kłębek po drugiej stronie łóżka, zmęczona po całym tygodniu dyżurów w szpitalu na Józefowie w Radomiu.
Telefon zawibrował na szafce. Matka.
— Kamil, dobrze, że nie śpisz. Potrzebuję pięciuset złotych. Weterynarz, rozumiesz. Mój Fafik ma chore nerki, trzeba zrobić USG. Wyślij do południa, bo inaczej zapiszą mnie na koniec kolejki.
Przetarł twarz dłonią. W zeszłym tygodniu wysłał jej tysiąc dwieście. Na czynsz, leki i nową obrożę dla psa. Tydzień wcześniej — osiemset, bo telewizor się zepsuł i nie miała co robić wieczorami.
— Mamo, dopiero co przelewałem…
— Kamil, czy ty słyszysz, co mówię? Pies choruje. Pies, który był z tobą dziesięć lat. Naprawdę każesz mi wybierać między weterynarzem a żarówką w przedpokoju?
Natalia poruszyła się w łóżku. Nie otworzyła oczu, ale Kamil wiedział, że już nie śpi. Że słucha.
— Dobrze. Wyślę. Przed dwunastą — powiedział cicho i rozłączył się.
W kuchni nastawił czajnik. Wyjął z szafki jeden kubek, potem drugi. Nasypał kawy do zaparzacza, ale ręka mu drgnęła i fusy rozsypały się po blacie. Stał i patrzył na ten brązowy proszek, aż Natalia weszła boso, w jego starej koszulce, i bez słowa wytarła blat ścierką.
— Dużo? — zapytała.
— Pięćset.
— Kamil… W środę mamy ratę za samochód. I ubezpieczenie do końca miesiąca. Pięć tysięcy z hakiem.
— Wiem.
— Naprawdę wiesz? Bo ja czasem mam wrażenie, że ty tylko kiwiesz głową, a potem i tak robisz swoje.
— To moja matka.
— A ja to kto? Sąsiadka?
Wyszła z kuchni. Kamil został sam z niedopitą kawą i widokiem na blokowisko na osiedlu Ustronie. Za oknem szarówka, typowy radomski listopad.
Matka, Jolanta, mieszkała sama w dwupokojowym mieszkaniu na Gołębiowie. Ojciec zostawił jej całkiem przyzwoitą emeryturę po trzydziestu latach w ZNTK, ale Jolanta uważała, że to grosze. Że jej się należy. Że syn programista, to stać go na więcej. I na matkę, i na żonę, i jeszcze na wczasy nad Bałtykiem raz do roku.
Tydzień później Jolanta pojawiła się bez zapowiedzi. Wtorek, godzina ósma wieczór. Natalia akurat wróciła po szesnastogodzinnym dyżurnie i dosłownie przed chwilą zdjęła fartuch.
— Synu, otwieraj! Torby mam ciężkie!
Na klatce schodowej stała z dwiema siatami. W jednej puszki dla psa, w drugiej jej własne rzeczy — szlafrok, kapcie, kosmetyczka.
— Mamo, co to?
— Jak to co? Wpadłam z wizytą. Herbaty mi zrób.
Weszła do przedpokoju, omiotła wzrokiem półkę na buty i westchnęła teatralnie.
— Znów ten pył. Natalia chyba nie ma czasu sprzątać, co? Chociaż przy jej zarobkach moglibyście kogoś zatrudnić.
Natalia stała w drzwiach sypialni. Blada, z włosami spiętymi byle jak gumką recepturką, którą zdjęła z nadgarstka.
— Dzień dobry, pani Jolanto.
— Dzień dobry? Dla ciebie to wieczór, dziecko. Ja o tej porze już wszystkie okna umyte mam.
Kamil wziął matkę pod ramię i zaprowadził do kuchni. Małej, na pięć metrów, ze stołem ledwo mieszczącym dwa talerze.
— Mamo, co się stało? Dlaczego jesteś z rzeczami?
— A bo wiesz… — Jolanta upiła łyk herbaty i spojrzała na niego tym swoim wzrokiem, który zawsze oznaczał jedno: zaraz padnie coś, na co nie będzie umiał odpowiedzieć. — Pomyślałam, że czas nam się wprowadzić.
— Nam?
— No mnie i Fafikowi. Co się będę męczyć na tym czwartym piętrze bez windy. U was jest parter, blisko Biedronka, przychodnia za rogiem. Idealnie. A Natalia… no cóż, młoda jest, niech się uczy żyć z teściową.
— Mamo, my mamy trzydzieści siedem metrów.
— I co? Ja jestem skromna. Kanapa w dużym pokoju mi wystarczy. A Natalia przecież i tak ciągle w pracy, to nawet nie będzie nam przeszkadzać.
Kamil poczuł, jak coś mu zaciska się w gardle. Stara, dobrze znana mieszanina winy i złości. Przez dwadzieścia lat, odkąd ojciec zmarł, słyszał w głowie ten sam głos: matce należy się wszystko, matka cię wychowała, matka poświęciła ci życie. A teraz ten głos chciał zająć kanapę w ich salonie.
Nie odpowiedział od razu. Poszedł do łazienki, odkręcił kran i długo patrzył, jak woda leci do odpływu. Potem wrócił do kuchni.
— Mamo, porozmawiamy o tym w weekend. Teraz jestem zmęczony.
— Wiecznie jesteś zmęczony. Żonie to pewnie sił nie brakuje, co?
W piątek wieczorem Natalia położyła przed nim kartkę. Wyliczenia. Czynsz za mieszkanie matki — dziewięćset złotych. Prąd — trzysta. Jedzenie dla psa — dwieście pięćdziesiąt. Leki — sto osiemdziesiąt. Do tego comiesięczne "pożyczki", których nigdy nie oddawała, i te nagłe telefony o pięciuset złotych. Suma na dole: trzy tysiące dwieście miesięcznie. Średnio.
— To więcej niż rata naszego kredytu, Kamil.
Siedział i patrzył na te cyfry. Było w nich coś obezwładniającego. Nie kłótnia, nie łzy — tylko zimna arytmetyka, która mówiła: od pięciu lat płacicie za dwa domy, a stać was na pół jednego.
— Ona obiecała, że po Nowym Roku zacznie szukać pracy. Mówiła o jakiejś recepcji w przychodni weterynaryjnej.
— Kamil, mamy sierpień. Nowy Rok był osiem miesięcy temu.
Zadzwonił telefon. Jolanta. Kamil odebrał i włączył głośnik.
— Synu, a może byście wzięli kredyt? Nieduży, sto tysięcy. Kupiłabym domek pod Radomiem, w Pionkach albo gdzieś. Dla psa i dla mnie. A wy byście się wprowadzili do mojego mieszkania. Byłoby wam przestronniej.
— Mamo, my dopiero co wzięliśmy kredyt na to mieszkanie.
— To co? Weźmiecie drugi. Ty dobrze zarabiasz, Natalia też nie najgorzej. Nie przesadzaj.
Natalia wstała od stołu. Bez słowa wyszła na balkon i zapaliła papierosa. Nie paliła od trzech lat.
Tej nocy Kamil nie spał. Siedział przy kuchennym stole, przed sobą miał laptopa z otwartym arkuszem kalkulacyjnym. Patrzył na kolumnę "mama": czynsz, jedzenie, weterynarz, pożyczki, zachcianki. Obok kolumna "my": kredyt, rata za samochód, ubezpieczenie, jedzenie, oszczędności na przyszły rok. To druga kolumna była mniejsza. Znacznie.
Natalia podeszła cicho i stanęła za jego plecami.
— Wiesz, co jest najgorsze? — powiedziała. — Że ty nawet nie próbujesz jej odmówić. Nawet nie próbujesz powiedzieć "mamo, nie dam rady". Po prostu wysyłasz. I wysyłasz. I wysyłasz. Jakbyś miał nadzieję, że kiedyś ona nasyci się tymi pieniędzmi i przestanie. Ale ona nie przestanie, Kamil. Bo to nie są pieniądze. To jest twoja uwaga. Twoja wina. Twoje posłuszeństwo.
— To moja matka.
— To twoja matka, tak. Ale ja jestem twoją żoną. I mamy wspólny rachunek. I wspólne życie. I jeśli nie postawisz granicy, to ja ją postawię.
Rano Kamil wyszedł do piekarni po bułki. Kiedy wrócił, Natalii nie było. Na stole leżała kartka.
"Pojechałam do banku. Wrócę za godzinę."
Telefon Jolanty rozdzwonił się dwadzieścia minut później.
— Kamil! Co to ma znaczyć?! Dzwonię na infolinię, a tam mi mówią, że karta zablokowana! Że rachunek techniczny! Co to za bzdury?!
— Mamo, nie wiem o co…
— Wiesz! Twoja żona odcięła mi dostęp do konta!
Kamil odłożył słuchawkę i spojrzał na zegarek. Kwadrans po dziesiątej.
Natalia wróciła o wpół do jedenastej. W ręku trzymała teczkę z dokumentami. Położyła ją na stole i wyjęła dwie kartki.
— To jest nowa umowa. Od dzisiaj mamy osobne konta. Twoje, moje i wspólne na dom. To — wskazała palcem drugą — jest stałe zlecenie dla twojej matki. Tysiąc złotych miesięcznie. Na czynsz i jedzenie. Ani grosza więcej.
— Natalia…
— Nie skończyłam. — Wyjęła trzecią kartkę. — To jest lista wszystkich przelewów z ostatnich pięciu lat. Podliczyłam. Sto siedemdziesiąt cztery tysiące złotych. To są pieniądze, które mogliśmy przeznaczyć na nasze dzieci. Których nie mamy, Kamil, bo ciągle baliśmy się, że nie udźwigniemy.
Usiadła naprzeciwko niego. Nie było w niej złości. Było zmęczenie i coś, czego Kamil nie widział u niej od dawna — ulga.
— Od dzisiaj ja zajmuję się finansami. Ty możesz dzwonić do matki i mówić jej, co chcesz. Możesz jej tłumaczyć, że to konieczność, że czasy ciężkie, że samochód się zepsuł. Ale ani złotówki poza tym tysiącem. Rozumiesz?
Telefon znów się rozdzwonił. Tym razem domowy, stacjonarny. Jolanta najwyraźniej wypróbowała już wszystkie numery.
Kamil patrzył na aparat. Dzwonił i dzwonił, a on nie odbierał.
Natalia wzięła słuchawkę.
— Pani Jolanto? Tu Natalia. — Chwila ciszy. — Nie, Kamil nie podejdzie. Proszę posłuchać. Od dzisiaj przelewy będą przychodziły raz w miesiącu, w stałej kwocie. Jeśli chce pani domek pod Radomiem, proszę iść do pracy. W Biedronce szukają kasjerów. Do widzenia.
Odłożyła słuchawkę i spojrzała na męża. Kamil siedział blady, z dłońmi płasko na stole.
— I co teraz? — zapytał.
— Teraz — odpowiedziała Natalia, podsuwając mu kubek z kawą — teraz pójdziesz do łazienki, umyjesz twarz i zaczniemy sobotę. A potem pojedziemy do Leroy Merlin po farbę do przedpokoju. Od dwóch lat planowaliśmy to zrobić i ciągle nie było pieniędzy. Dzisiaj są.
