Myślałam, że tatuaże męża to dawne romanse. Prawda była gorsza niż najczarniejsze podejrzenia.

Zaczęło się od tego, że podążałam za fordem focusem Sebastiana przez mokry bruk Stradomia. Był wtorek, po ósmej wieczorem, latarnie odbijały się w kałużach. Sebastian powiedział, że jedzie na spotkanie służbowe w okolice Rynku. Ale od trzech tygodni wracał coraz później, telefon kładł ekranem do blatu, a w nocy wymykał się do kuchni i stukał w klawisze przy zgaszonym świetle. Więc kiedy znowu wziął kluczyki, włożyłam kurtkę i ruszyłam za nim swoim starym oplem.

Na wysokości mostu Dębnickiego zwolnił. Przy przystanku tramwajowym czekała dziewczyna w czerwonej kurtce przeciwdeszczowej. Podeszła do auta, Sebastian przywitał się jak ze starą znajomą, otworzył drzwi i odjechali razem w stronę Ludwinowa. Palce zesztywniały mi na kierownicy. Myślałam – kochanka. Może nawet nie pierwsza.

Dopiero gdy skręcili w nieoświetloną uliczkę za nasypem kolejowym, poczułam, że to nie będzie zwykła randka. Przejechał obok opuszczonej hali fabrycznej – pamiętałam jeszcze szyld „Zakłady Przemysłu Odzieżowego, oddział w likwidacji” – i zatrzymał się przy bramie. Zgasił silnik. Wysiedli, a on szarpnięciem otworzył boczne drzwi i gestem zaprosił dziewczynę do środka. W jej ruchach widziałam wahanie. Obróciła głowę, jakby szukała wzrokiem czegoś znajomego, ale on pchnął ją delikatnie w głąb budynku i zamknął drzwi od wewnątrz.

Stanęłam przy oknie, z którego wystawał kawał rozbitej szyby. W środku było ciemno, tylko jedna żarówka w starym kinkiecie rzucała chorobliwe światło na betonową podłogę. Dziewczyna stała tyłem do mnie. Sebastian odwrócił się w moją stronę i przez chwilę zobaczyłam grymas na jego twarzy – nie był to grymas złości, tylko skupienie, jak u mechanika przed rozebraniem silnika.

I wtedy przypomniałam sobie jego plecy. Dziesięć kobiecych imion wykłułych równym rzędem wzdłuż kręgosłupa. Monika, Katarzyna, Renata, Agnieszka, Sylwia, Beata, Marta, Joanna, Dorota, Ewa. Pierwszy raz zobaczyłam je podczas nocy poślubnej, w pensjonacie w Zakopanem. Leżał odwrócony, a ja palcem rysowałam litery na jego skórze. Zapytałam, czy to jego byłe. Spiął się, odepchnął moją dłoń i warknął: „To stare głupoty. Nigdy więcej o to nie pytaj.” Przez dwadzieścia lat milczałam. Nauczyłam się nie patrzeć.

Teraz, przy tym oknie, dotarło do mnie, że żadnej z tych kobiet nigdy nie spotkałam, żadnej nie znałam. Za to którąś z nich – Ewę – pamiętałam z plakatów na słupach ogłoszeniowych dziesięć lat temu. Ewa B. z Nowej Huty, zaginęła bez śladu. Zdjęcie w sepii, numer telefonu do komendy.

Wyjęłam telefon i wybrałam 112. Przycisnęłam aparat do ucha, szepcząc adres. Dyspozytorka kazała czekać za bramą, ale ja nie mogłam oderwać oczu od wnętrza hali. Sebastian podszedł do starej metalowej szafy, otworzył ją kluczem wyjętym z portfela i wyciągnął plik fotografii. Układał je na podłodze, jedną za drugą, jak karty w pasjansie. W szafie zobaczyłam damskie torebki, kilka łańcuszków, puderniczkę z pajacykiem. Obok leżał czerwony szalik w kropki, identyczny jak ten, który nosiła zaginiona Ewa na zdjęciu z plakatu.

Dziewczyna w kurtce cofnęła się o krok i uderzyła plecami o regał. Usłyszałam jej głos, piskliwy i urywany:

— Mówiłeś, że jedziemy na kolację, a nie…

— Cicho – uciął, nie podnosząc wzroku znad zdjęć.

Dzwoniłam drugi raz. Z podłogi wyłapywałam znajome twarze: Monika z jasnym bobem, Katarzyna z pieprzykiem nad brwią, Renata w okularach w grubej oprawie. Wszystkie uśmiechnięte, wszystkie młode. Nagle Sebastian wstał i wyjął zza pazuchy kawałek drutu. Nie czekałam dłużej. Wzięłam z ziemi kamień i rzuciłam nim w okno, krzycząc, że policja już jedzie.

Odwrócił się błyskawicznie. W oczach miał coś, czego nie widziałam przez dwadzieścia lat wspólnego mieszkania – absolutną pustkę. Rzucił się do drzwi, ale na zewnątrz zapiszczały już opony radiowozu. Zatrzymali go na betonowej rampie, przyciśniętego do ziemi, z kajdankami na nadgarstkach.

Na komendzie, po przesłuchaniu, śledczy pokazał mi akta. Dziesięć kobiet przed naszym ślubem, potem przerwa, bo – jak zeznał – „stabilność go uspokajała”. Ostatnimi miesiącami założył profile na portalach randkowych. Dziewczyna w czerwonej kurtce miała na imię Lena i była jedenastą z listy. Tatuaż był trofeum, a nie wspomnieniem. Każde imię to czyjeś przerwane życie.

Wróciłam do pustego mieszkania na Kazimierzu nad ranem. W kuchni stał niedopity kubek herbaty. Na parapecie, za szybą, sąsiadka zapomniała konewki, a wiatr poprzewracał pędy pelargonii. Przez otwarte okno słyszałam dźwięk dzwonka tramwaju numer osiemnaście. Zdjęłam z haczyka klucze od mieszkania Sebastiana – miałam je na wypadek, gdyby zgubił swoje – i położyłam na stole obok metryki ślubu.

Potem otworzyłam szafę, wyjęłam album z fotografiami i znalazłam zdjęcie z Zakopanego. On w rozpiętej koszuli, odwrócony do obiektywu plecami. Litery na skórze układały się w równy szereg, który teraz znaczył coś zupełnie innego. Przypaliłam róg zdjęcia zapalniczką i wrzuciłam do zlewu. Czekałam, aż ogień dojdzie do tatuażu.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: