W sobotę padało od rana. Ola patrzyła przez brudne okno kuchni, jak woda zbiera się w kałużę na dachu sąsiedniej przybudówki. Obok czajnika, tego z uchwytem owiniętym szarą taśmą, leżał rachunek za gaz — trzysta dwadzieścia osiem złotych. Do pierwszego jeszcze tydzień. Przykręciła gaz na minimum, ale i tak czuła, jak ciepło ucieka gdzieś w ściany.
W pokoju obok spała babcia. A raczej udawała, że śpi, bo oddychała zbyt płytko, jak ktoś, kto podsłuchuje. Na rozłożonej wersalce leżały Hania i Maja. Osiem i sześć lat. Maja chrapała przez zatkany nos, Hania gadała coś przez sen — pojedyncze słowa, bez składu, jakby rozmawiała z kimś, kogo już tu nie ma.
Ola zdjęła z kaloryfera mokre rajstopy. Ktoś z dołu znów napalił w piecu, więc w całym mieszkaniu unosił się zapach węgla i smażonej cebuli z sąsiedniego mieszkania. Pani Bogusia, ta spod czwórki, codziennie o siódmej rano smażyła cebulę na śniadanie. Ola znała ten zapach lepiej niż zapach kawy, bo kawy w tym domu nikt nie kupował.
— Zasuwaj, dziewczyno, bo spóźnisz się do roboty — powiedziała babcia, nie otwierając oczu.
— Jeszcze chwila.
Przysiadła na krawędzi taboretu. Trzeciego, bo czwarty stał przy ścianie, z nogą związaną drutem. Trzeba będzie go w końcu wyrzucić, pomyślała, ale nie dziś. Dziś ma dwie zmiany w restauracji, a potem — może — jeszcze coś się trafi.
Ola pracuje w knajpie przy Starym Rynku. Nie tej dla turystów, tylko w bocznej, do której chodzą miejscowi, bo mają zniżki dla stałych klientów i dobre piwo z beczki. Nosi czarny fartuch, białą koszulę i uśmiech, którego nauczyła się przed lustrem w wąskim przedpokoju. Najpierw musiała go ćwiczyć, bo szybko się męczył. Teraz wchodzi do sali i twarz sama jej się ustawia jak trzeba.
Mężczyźni przychodzą różni. Ola wie, że każdy z nich mógłby coś zmienić. Nie chodzi nawet o miłość — o to, żeby ktoś wziął na siebie część tego, co się codziennie dźwiga. Ale większość patrzy na nią jak na element kelnerski, a nie jak na kobietę. I dobrze, bo z takimi nie ma co się zadawać.
W czwartek przyszedł ten w granatowej marynarce. Siadł przy oknie, zamówił tylko wodę i rack of lamb. Jadł powoli, bez apetytu, jakby odrabiał zadanie domowe. Ola postawiła mu talerz, a on dotknął jej dłoni — niby przypadkiem.
— Przepraszam — powiedział.
— Nic się nie stało.
— Pracuje pani tu długo?
— Trzeci rok.
— Pytam, bo ma pani w sobie coś… takiego, czego nie widuję na mieście.
Uśmiechnęła się tak, jak się uśmiecha do każdego. Ale wieczorem w szatni wyjęła z kieszeni fartucha dwa banknoty, które zostawił pod filiżanką. Było ich dokładnie sto sześćdziesiąt złotych. Przeliczyła dwa razy. Za to można kupić Hani nowe buty do szkoły i jeszcze zostało na bilet sieciowy. Włożyła pieniądze do podręcznej saszetki, którą nosi pod bluzką. Miała wrażenie, że wszyscy w autobusie widzą, ile przy sobie ma.
Marek pojawił się tydzień później. Wpadł tylnym wejściem, bo przywoził towar — świeże mięso i nabiał. Ola akurat wycierała blat, kiedy usłyszała za sobą krok, zbyt bliski jak na kogoś obcego.
— Ty to masz chód, co? — rzucił, nie przedstawiając się. — Jak po wybiegu, a nie po kuchni.
Ola odwróciła się i popatrzyła na niego. Stał w skórzanej kurtce, w jednej ręce trzymał skrzynkę z serem, w drugiej kask. Śmierdział paliwem i tanimi papierosami, ale patrzył prosto w oczy, jak ktoś, kto nie ma nic do ukrycia.
— Pan do kogo? — zapytała.
— Do szefa. A ty do kogo?
— Do pracy.
— To piękna praca, nie powiem. Z taką twarzą możesz nie nosić nic cięższego niż filiżanka.
— Z takim podejściem to pan może prędko przestać tu wjeżdżać.
— Oj tam, oj tam.
Został jeszcze dobre dziesięć minut, niby czekał na pokwitowanie, a potem pojawił się następnego dnia i jeszcze następnego. Za trzecim razem zaproponował jej kawę. Ola odmówiła. Za czwartym — gumę miętową. Wzięła. Żuła ją potem, aż zrobiła się jak guma balonowa, bez smaku.
Pocałowali się po dwóch tygodniach między taczkami z brudną pościelą. Wszystko było mokre od mydła i stęchlizny, a ona mimo to czuła, że serce wali jej tak, że nie może złapać oddechu. Marek pachniał jak droga, jak coś, co nie mieści się w mieszkaniu z kaloryferem, na którym suszą rajstopy. Ola odsunęła go, choć wcale nie chciała.
— Muszę wracać — wyszeptała.
— To uciekajmy stąd.
— Nie mogę.
Nie pytał dlaczego. Może właśnie to jej się w nim spodobało. Że nie drążył.
Tymczasem ten z granatowej marynarki przyszedł znowu. Tym razem z kwiatami. I z pytaniem, czy nie poszłaby z nim w piątek na kolację.
— Gdzie?
— Do tej nowej restauracji na dachu, z widokiem na miasto.
— Nie mam się w co ubrać — powiedziała pierwszy raz w życiu, zamiast grzecznie odmówić.
— To drobiazg. Najważniejsze, żeby pani była.
Paweł miał czterdzieści dwa lata, firmę budowlaną i był po rozwodzie. To powiedział od razu, jakby chciał skrócić formalności. Dobrze. Ola nie miała czasu na formalności. Kiedy zapytał, o czym marzy, odpowiedziała, że o własnym lokum. Nie o willi, nie o wycieczkach. O trzech pokojach, w których można zamknąć drzwi.
— Pani to jest inna — stwierdził.
— Nie wiem, jaka jestem.
— Prawdziwa.
Prawdziwa. Też coś. Ola myślała o Majce, która nie ma w co się ubrać do przedszkola. O Hani, która wstydzi się, gdy nauczycielka zbiera na wycieczkę. O babci, która coraz częściej nie podnosi się z łóżka. Prawdziwa to jest właśnie to. I mówienie tego Pawłowi nic by nie zmieniło.
Na występy i kolacje odzywała się rzadziej niż dzwonił, ale nie odmawiała. Czasem Marek czekał na nią po robocie, siedział na motocyklu przy zapleczu. Paliliśmy — on papierosa, ona nie — i patrzyli na samochody przejeżdżające po bruku.
— Może byś się ze mną zabrała nad zalew — rzucił kiedyś.
— Za zimno.
— To pod kocem.
— Za daleko.
— Zawsze wszystko nie tak.
— Nie znasz dnia ani godziny, Marek.
Nie rozumiał. I nie zrozumie, bo skąd. On sam mieszkał kątem u brata, w kawalerce przy cmentarzu. Też nic nie miał. Ola nie miała nic przeciwko. Ale jeśli nic ma spotkać się z niczym, to żadna z nich nie ruszy z miejsca.
Paweł zaproponował jej małżeństwo w sylwestra. W środku knajpy, przy wszystkich gościach, przy orkiestrze z Wrocławia. Wyciągnął pierścionek, a ona zobaczyła w tym pierścionku to, co widzą kobiety, które wiedzą, ile kosztuje kilogram pomidorów zimą. Wiedziała, że nie powinna myśleć w ten sposób. Ale pomyślała: rok czynszów. Wszystkie rachunki. Może nawet druga sypialnia.
— Zgodzisz się? — zapytał.
— Tak — powiedziała.
Marek został w drzwiach. Nie wszedł, nie zrobił awantury. Tylko patrzył. A potem wyszedł, i słychać było, jak kopnął w metalowy pojemnik na śmieci.
Wieczorem, kiedy goście już poszli, a kelnerki zbierały serwetki z podłogi, Ola wyszła na zaplecze i zadzwoniła do Marka.
— Jestem — powiedział.
Czekał przy furgonetce. Silnik pracował.
— Wychodzę za mąż — oznajmiła. — Za Pawła.
— Aha.
— Nie masz nic więcej do powiedzenia?
— A co mam powiedzieć? Gratuluję. Mogę jechać?
— Marek…
— Co, Marek? Przez pół roku wieszałaś mi makaron na uszach, a teraz nagle ślub. To ja mam być świadkiem?
Ola patrzyła, jak zaciska dłonie na kierownicy. Miał na kostce strup, jeszcze świeży. Chciała zapytać, czy pił. Nie zapytała.
W domu czekała ciemność. Ola położyła pierścionek na parapecie i usiadła przy oknie. Telewizor u sąsiadów grał na cały regulator program sylwestrowy. Ktoś na dole odpalił petardę, choć było już drugiego stycznia. Ola patrzyła na ulicę i układała plan.
Rano zebrała Hanię i Maję do szkoły. Babci zaniosła herbatę z termoforu. Właściwie herbatę, którą zostawił Marek — nagietkową, śmierdzącą jak siano. Wlała do tego miód, bo babcia lubiła słodkie. Postawiła szklankę przy łóżku, na wyciągnięcie ręki.
— Wychodzisz za tego bogacza? — zapytała babcia.
— Tak.
— To się nie spiesz z powrotem. A te małe niech śpią u mnie, po co mają się szwendać.
— Nie są małe.
— Dla mnie zawsze będą.
Ola poprawiła babci koc i wyszła. W autobusie sprawdziła konto na telefonie. Sto czterdzieści złotych. Do piątku. Paweł pisał coś o narzeczeństwie, o tym, że trzeba ustalić datę. „Jak najszybciej”, odpisała.
W restauracji minęło długie popołudnie. Wieczorem weszła na zebranie personelu i poprosiła o dwa dni wolnego. Kierowniczka, pani Sylwia, uniosła brew, ale się zgodziła. Plotki robiły swoje. Nikt już się jej nie sprzeciwiał.
W piątek po południu Ola pojechała do urzędu stanu cywilnego, żeby złożyć wniosek o wesele. Paweł czekał przed wejściem. Miał przy sobie teczkę z dokumentami.
— Chcę cię o coś prosić — powiedział, zanim weszli.
— O co?
— Żebym mógł zobaczyć, gdzie mieszkasz.
— Nie ma po co.
— Proszę. To dla mnie ważne. Przed ślubem.
Ola popatrzyła na niego. Stał prosto, w płaszczu z kaszmiru, z teczką skórzaną. Pomyślała, że nigdy nie odważył się wejść do starych kamienic, w których pracowali jego robotnicy. Może i lepiej.
— Dobrze — powiedziała. — Dzisiaj o osiemnastej.
— O osiemnastej — powtórzył, jakby to był egzamin.
W domu przygotowała mieszkanie. Pozmywała. Wyniosła wiadro z wodą po myciu podłóg. Poprosiła sąsiadkę, żeby wzięła dziewczynki do siebie na godzinę. Babci dała radio i kazała słuchać Trójki. „Będziesz miała gościa”, powiedziała. „A co to za jeden?” — zapytała babcia. „Mój narzeczony”. Babcia pokiwała głową, jakby chciała powiedzieć coś gorzkiego.
Paweł przyszedł punktualnie. Wszedł do domu i od progu poruszył nozdrzami. Ola widziała, jak się wzdrygnął, ale to ukrył.
— Ciasno tu — stwierdził.
— Trzy pokoje. Wystarczy dla całej rodziny.
— A ty myślisz, że…
— Że się ucieszysz.
— Oczywiście, że się cieszę. Tylko nie o to pytałem.
Usiadł na taborecie, tym z drutem. Nie zaproponowała mu tego dobrego, bo chciała zobaczyć, jak usiądzie na tym właśnie. Usiadł.
— Ile lat ma babcia? — zapytał.
— Osiemdziesiąt trzy.
— A dziewczynki?
— Osiem i sześć.
— Więc razem z tobą — urwał, licząc w myślach — cztery osoby.
— Pięć. Bo jeszcze ty.
— Tak. Pięć.
Zabrał ją do teatru. To była premiera, loża. Ola siedziała z twarzą ustawioną w sceniczną perspektywę, ale nie słyszała ani jednego słowa. W głowie obracała pieniądze: przedszkole dla Majki, korepetycje dla Hani, nowy piekarnik, bo ten dymi. I odłożone na wrzesień — opłaty szkolne, wyprawka, obiady. Przy Pawle wszystko to będzie proste. Nie: nie proste — znośne.
W lutym, w przeddzień próby sesji zdjęciowej, pojechała do urzędu po odpis skrócony aktu urodzenia. Babcia nie znalazła swojego dowodu, więc Ola musiała wyciągać z teczki te dokumenty, które leżały w bieliźniarce. Wyjęła teczkę z aktami i zaczęła przeglądać.
Na samym dnie znalazła wyrok sądu z 2015 roku. Nazwisko ojca dziewczynek, którego nigdy nie widziały. Adres. Paragrafy. I kwota: czterysta dwadzieścia tysięcy złotych zasądzonych na ich rzecz. Ojciec zmarł rok wcześniej, w 2014-tym. Spadkobierca — jego brat, który nigdy się nie ujawnił.
Ola usiadła na podłodze. Trzymała ten dokument obiema rękami, jakby to była krusząca się filiżanka. Nie płakała. Była wściekła. Na babcię, która to schowała. Na matkę, która wolała umrzeć, niż walczyć. Na siebie, że uwierzyła w to, że jedyna droga to ślub z człowiekiem, który patrzy na nią jak na eksponat.
Wieczorem przyszła do Pawła do mieszkania. Otworzył w koszuli i z kieliszkiem wina. — Co się stało? — zapytał. — Wychodzę — powiedziała. — To znaczy…? — Nie będzie ślubu. — Ale ja… — Nie kocham cię, Paweł. I ty mnie też nie kochasz. Chciałeś ładnej kobiety, która będzie ci wdzięczna do końca życia. A ja szukałam kogoś, kto zapłaci moje rachunki. To nie jest miłość. To transakcja. — Ola… — Nie mów do mnie tak. — Jak? — Jak do przedmiotu. Wyszła, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
Na klatce schodowej wyjęła telefon. Wybrała numer Marka.
— Musimy pogadać — powiedziała.
— Gdzie jesteś?
— Na Starym Mieście.
— Stój tam. Przyjadę.
Stała pod latarnią, z torebką na ramieniu. Mróz szczypał w policzki, ale nie chciała się ruszyć. Marek przyjechał w kwadrans.
— Co jest? — zapytał, zanim zdjął kask.
— Wiesz, ile jesteśmy razem?
— Od lipca. Pół roku.
— A jeśli powiem, że od poniedziałku mam szansę dostać dla sióstr czterysta dwadzieścia tysięcy?
— To powiem: załatwiaj to szybko, zanim ktoś inny dojdzie do tych pieniędzy.
Uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuła, że może oddychać.
Zadzwoniła do adwokata. Nazajutrz wstała o szóstej rano, pojechała do sądu pierwszym tramwajem, a potem do banku. Znalazła numer rachunku syndyka. Spadkobiercy szukali jej, bo co miesiąc komornik wysyłał zapytanie na stary adres matki. Wszystko się rozeszło. Trzeba było tylko złożyć wniosek.
Pieniądze przyszły w marcu, tuż przed urodzinami Hani. Czterysta dwanaście tysięcy czterysta siedemnaście złotych i groszy. Za tyle lat trwania w biedzie.
Ola kupiła trzypokojowe mieszkanie na peryferiach nowego osiedla. W piątek, kiedy wszystkie rzeczy stały jeszcze w kartonach pod ścianami, babcia położyła się na rozłożonej wersalce i powiedziała:
— Teraz to ja mogę umrzeć w spokoju.
— Nie umieraj. Dopiero zaczęłyśmy żyć.
Marek wniósł ostatni karton. Był w nim miś Hani, ten z urwanym uchem. Ola wyjęła misia, postawiła na parapecie i podeszła do Marka.
— Zostaniesz na noc? — zapytała.
— Przecież ja zawsze tak mieszkałem, że nie wiadomo, gdzie jestem — odpowiedział.
— To zostań.
Został.
A Paweł wydzwaniał do końca marca. Ola nie odebrała ani razu. Raz przyszedł pod osiedle, stał przy bramie jak krzak w płaszczu. Widziała go z okna. Nie wyszła. W końcu zjawił się policjant i Paweł zniknął, rozpuszczony w deszczu. Tylko bilet parkingowy został pod wycieraczką jego auta — dwadzieścia pięć złotych. Tyle mu po niej zostało.
