Otworzyłam drzwi wejściowe do mieszkania teściowej i od progu usłyszałam ten śmiech. Perlisty, dziewczęcy, zupełnie jakby ktoś przed chwilą wygrał los na loterii. Przeszłam przez przedpokój, minęłam wieszak, na którym wisiał płaszcz Wioli w kolorze butelkowej zieleni, i stanęłam w progu salonu.
Siedziały przy rozłożonym stole. Walentyna, moja teściowa, kroiła sernik na porcelanowych talerzykach z Włocławka. A obok niej Wiola, jej córka, moja szwagierka. I w uszach Wioli — moje kolczyki.
Srebrne, z oprawą w kształcie łezki, a w środku chabrowe szafiry. Mąż dał mi je dwa lata temu, w rocznicę ślubu. Zamówił u złotnika z Sopotu, rysunek wzoru trzymał w biurku przez trzy tygodnie, żebym nie zobaczyła. Kosztowały wtedy trzy i pół tysiąca złotych, ale nie chodziło o pieniądze. To była pierwsza rzecz w moim życiu, której nikt przede mną nie nosił.
Wiola wyprosiła je ode mnie na wesele koleżanki. „Tylko jeden wieczór, obiecuję, oddam zaraz po powrocie”. Odmówiłam raz, potem drugi. Za trzecim razem mąż powiedział: „No weź, Magda, przecież to rodzina, co się może stać”.
Minął miesiąc. Kolczyki nadal były w uszach Wioli.
— Wiola — powiedziałam, starając się, żeby głos mi nie drżał. — Moje kolczyki oddasz?
Szwagierka odwróciła się powoli, jakby dopiero teraz zauważyła, że ktoś wszedł. Uśmiech został jej na twarzy przez ułamek sekundy, a potem zjechał w dół.
— Ojej, Magda! No cześć. Jak miło, że wpadłaś.
— Wiola. Kolczyki.
— Jakie kolczyki?
Stałam w progu i czułam, jak zaciśnięta pięść robi mi się wilgotna. Wiola podniosła rękę do ucha, dotknęła srebra i zaśmiała się sztucznie.
— A, te! Zapomniałam na śmierć. Wiesz, wyglądam w nich tak dobrze, że aż głupio oddawać. Wszyscy pytali, gdzie kupiłam.
— Brałaś je na jeden wieczór. Minął miesiąc.
— Naprawdę miesiąc? — Wiola zrobiła minę dziecka przyłapanego na kłamstwie. — Jak ten czas leci. No dobra, oddam. Kiedyś.
— Nie kiedyś. Teraz.
Walentyna odłożyła nóż do ciasta na spodek. Zrobiła to ostrożnie, jakby odkładała broń. Potem wstała i stanęła za krzesłem córki, kładąc rękę na jej ramieniu.
— Magda, co to za ton? Wiola powiedziała, że odda.
— Kiedy?
— Jak będzie gotowa. Nie poganiaj dziewczyny.
Popatrzyłam na teściową. Sześćdziesiąt osiem lat, fryzura z zakładu fryzjerskiego na rogu, paznokcie w kolorze perłowym. I ta mina, którą widywałam przy każdej okazji: „ty zawsze musisz coś zepsuć”.
— Pani Walentyno, Wiola ma dwadzieścia cztery lata. To dorosła kobieta.
— Dla matki dziecko zostaje dzieckiem. Nawet jak ma czterdzieści. Nie masz dzieci, to nie wiesz.
To było celne i obie o tym wiedziałyśmy. Trzy lata starań, jedna ciąża zakończona w szóstym tygodniu. Walentyna zawsze znajdowała sposób, żeby wtrącić to do rozmowy.
— Nie chodzi o to, czy mam dzieci — odpowiedziałam cicho. — Chodzi o to, że Wiola wzięła moją własność i nie oddaje.
Wiola zrobiła to, co zwykle, kiedy przestawało iść po jej myśli. Zaczęła płakać.
— Mamo, ona na mnie krzyczy! — zaszlochała, chowając twarz w rękawie bluzki.
— Nie krzyczę.
— Krzyczysz! I oskarżasz mnie o kradzież! Ja tylko zapomniałam!
— Miesiąc to nie zapomnienie. To przywłaszczenie.
— Proszę! — Walentyna wzięła się pod boki. — Słyszysz siebie? Moja córka, złodziejka? W tej rodzinie?
— W tej rodzinie — powtórzyłam. — I proszę nie podnosić głosu.
Wiola zerwała się z krzesła. Szarpnęła kolczyki z uszu i rzuciła nimi o stół. Srebro zadzwoniło o porcelanę. Jeden talerzyk się przesunął, sernik spadł na obrus.
— Masz, bierz! Skoro ci tak strasznie żal tych świecidełek!
Podeszłam do stołu i podniosłam kolczyki. Oba. Sprawdziłam zapięcia, przetarłam o rękaw bluzki i schowałam do kieszeni spodni.
— Sknera — syknęła Wiola, a łzy ciekły jej po policzkach, rozmazując tusz.
— Nie sknera. Właścicielka.
— O co tu chodzi? — usłyszałam za plecami głos Andrzeja.
Mój mąż stanął w drzwiach salonu. Wracał ze służbowego spotkania, krawat rozluźniony, w ręku teczka z laptopem. Popatrzył na płaczącą siostrę, na matkę, która gładziła Wiolę po plecach, na rozsypany sernik. A potem na mnie.
— Twoja żona doprowadziła Wiolę do łez! — zaatakowała teściowa. — Przez jakieś badziewie za grosze, którego normalnemu człowiekowi żal by nie było!
— To nie badziewie — powiedziałam. — To moje kolczyki. Które Wiola przetrzymała miesiąc.
— Miesiąc? — Andrzej spojrzał na siostrę. — Wiola, naprawdę?
— Zapomniałam! — zawyła Wiola. — A ona od razu awanturę!
— Nie było awantury. Była prośba.
Andrzej otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale podniosłam rękę. Wystarczyło.
— Wychodzę. Kolczyki zabieram. Wioli już nigdy niczego nie pożyczę. To wszystko.
— Magda, nie przesadzaj… — zaczął Andrzej.
— Nie przesadzam. Twoja siostra jest dla mnie skończona. Daruję ci, że masz takich krewnych, ale ja już nie mam wobec nich żadnych zobowiązań.
Wyszłam na klatkę, nie czekając na windę. Andrzej dogonił mnie przy schodach.
— Magda, chwila.
— Co?
— Może faktycznie zapomniała…
Zatrzymałam się i popatrzyłam na niego. Przez chwilę nie poznawałam tego mężczyzny. Ten sam, który trzymał rysunek kolczyków w biurku przez trzy tygodnie, ten sam, który obiecał mi, że zawsze będziemy po tej samej stronie.
— Andrzej. Ona codziennie je zakładała. Codziennie patrzyła w lustro, zanim wyszła z domu. Codziennie wybierała je do bluzki. I przez trzydzieści dni ani razu nie pomyślała, że to nie jest jej własność?
Nie odpowiedział. To była ta chwila, kiedy zrozumiałam, że mój mąż nie umie stanąć po niczyjej stronie, dopóki nie zobaczy, która strona wygrywa.
Wróciłam do domu sama.
Kolczyki zamknęłam w szkatułce z drewna różanego, którą dostałam od babci. Klucz położyłam na dnie puszki po herbacie. Już nigdy nikomu niczego nie pożyczę. Nigdy.
Przez pół roku miałam spokój.
Andrzej dwa razy próbował poruszyć temat pojednania. Powiedziałam mu, że to nie jest temat, tylko decyzja. Przestał próbować.
Nie dzwoniły. Nie przyjeżdżały. Nie pisały na WhatsAppie. Walentyna zablokowała mnie na Facebooku, ale to akurat przyjęłam jak nagrodę.
Zajęłam się swoim życiem. Praca w biurze rachunkowym w centrum Szczecina, spotkania z przyjaciółką, joga we wtorki i piątki, wieczory z Andrzejem, podczas których oglądaliśmy seriale i milczeliśmy trochę więcej niż wcześniej. Ale to milczenie nie było ciężkie. Było zwykłe. Jak spokój w mieszkaniu, z którego wynieśli starą, cieknącą lodówkę.
W sobotę, w połowie marca, zadzwonił dzwonek.
Otworzyłam drzwi. Na wycieraczce stały obie. Walentyna w długim wełnianym płaszczu, z torbą wypełnioną słoikami. Wiola w jasnym swetrze, z włosami zebranymi w niski kucyk. Wyglądała na zmęczoną. Wyglądała na… mniejszą, niż ją zapamiętałam.
— Dzień dobry, Magda — zaczęła teściowa, a jej głos brzmiał jak drzwi nienaoliwione. — Można wejść?
Cofnęłam się o krok i przepuściłam je bez słowa.
Usiadły w pokoju na kanapie. Wiola od razu zajęła się skubaniem nitki z rękawa swetra. Walentyna rozejrzała się po mieszkaniu, jakby chciała znaleźć coś, co można by skrytykować.
— A gdzie Andrzej? — zapytała.
— W delegacji. Wróci w poniedziałek.
— Szkoda. Chciałyśmy porozmawiać w rodzinnym gronie.
Woda w czajniku zaczęła się gotować. Poszłam do kuchni, zalałam herbatę i wróciłam z dwiema filiżankami. Swoją zostawiłam na blacie. Nie chciałam siadać z nimi przy jednym stole.
— O czym chciałyście porozmawiać? — zapytałam, opierając się o framugę.
Teściowa trąciła córkę łokciem. Wiola podskoczyła, jakby ktoś wcisnął przycisk.
— Magda… — zaczęła, a jej wzrok błądził po podłodze. — Chciałam cię przeprosić. Za te kolczyki. Naprawdę zapomniałam. To się nie powtórzy.
Patrzyłam na nią i szukałam czegoś w jej twarzy. Szczerości? Skruchy? Cokolwiek by pasowało do tych słów.
Nic.
— W porządku — powiedziałam. — Przyjęłam do wiadomości.
— No to świetnie! — Walentyna klasnęła w dłonie, jakby przed chwilą ogłoszono koniec wojny. — Teraz wszyscy jesteśmy znowu rodziną! A skoro tak, Magdo, mam do ciebie prośbę.
Serce mi przyspieszyło. Zaczęło się.
— Jaką?
Teściowa złożyła dłonie jak do modlitwy, a na jej twarzy pojawił się uśmiech, którego nie znałam. Zbyt szeroki. Zbyt miękkie zęby.
— Wiola jest w trudnej sytuacji. Została przyjęta na studia podyplomowe do Poznania. Psychologia stosowana. Prawda, jak pięknie?
Wiola kiwnęła głową, nie podnosząc wzroku ze swojego rękawa.
— Ale czesne kosztuje dwanaście tysięcy złotych za rok — ciągnęła teściowa. — A wiesz, jaka jest sytuacja finansowa naszego domu. Emerytura ledwo starcza na leki. Wiola pracuje na pół etatu. Źle się składa.
— Przykro mi to słyszeć — odpowiedziałam ostrożnie.
— No właśnie! I pomyślałam sobie, że jako rodzina moglibyśmy się złożyć. Andrzej dobrze zarabia. Ty też. Czworo pracujących, to realne, żeby co miesiąc dorzucić Wioli po pięćset złotych. Co wy na to?
Popatrzyłam na Wiolę. Ta nadal wpatrywała się w podłogę.
— To znaczy, że chcecie, żebyśmy z Andrzejem płacili za jej studia — upewniłam się.
— Nie „za jej studia”, tylko „wsparli rozwój członka rodziny” — poprawiła teściowa z uśmiechem, który miałam ochotę zdjąć jej z twarzy jak maseczkę.
— Nie — powiedziałam.
Zapadła cisza. Zegar w przedpokoju tykał jak odgłos obcasów na schodach. Woda z nieszczelnego kranu kapała miarowo do zlewu.
— Co? — Walentyna wyprostowała się.
— Nie. Nie zapłacę.
— Magda… — zaczęła Wiola, podnosząc wzrok. — Ja naprawdę przepraszam. To się więcej nie powtórzy…
— Wierzę, że się nie powtórzy. Bo nie dostaniesz ode mnie ani złotówki. Skończyłam z pożyczaniem ci czegokolwiek. Pół roku temu powiedziałam o tym Andrzejowi. Powtarzam teraz wam.
— Ty… — Głos teściowej się zmienił. Z miodowego zrobił się chropowaty jak dno garnka. — Ty skąpa, zimna…
Walentyna wstała, poprawiła poły płaszcza, jakby zaraz miała wyjść, ale się zatrzymała. Popatrzyła na mnie z góry na dół, jakby pierwszy raz w życiu zobaczyła kogoś takiego jak ja.
— Myślisz, że jesteś lepsza od nas? — wycedziła. — Myślisz, że twój ślub z Andrzejem dał ci prawo, żeby nami pogardzać?
— Nie pogardzam wami. Po prostu nie płacę za cudze decyzje.
— To była prośba rodzinna!
— To była zbiórka — odparłam. — A ja nie jestem fundacją charytatywną dla dorosłej kobiety, która potrafi wyprosić cudzą biżuterię i „zapomnieć” ją oddać przez miesiąc.
Wiola w końcu wstała. Podeszła do mnie na odległość wyciągniętej ręki. Jej twarz była blada, a w kącikach ust zebrała się biała ślinka, jakby od kilku minut mówiła zbyt szybko.
— Jesteś potworem — powiedziała cicho. — Wiesz o tym? Wszystko masz. Męża, mieszkanie, pracę. A ja muszę walczyć o każdy grosz. I ty…
— I ja nie muszę ci nic dawać — dokończyłam.
Wtedy Wiola zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Sięgnęła do swojej torebki, wyjęła z niej mały kartonik i rzuciła nim we mnie. Kartonik odbił się od mojej piersi i upadł na podłogę.
Schyliłam się i podniosłam go.
Był to test ciążowy.
Dwie kreski.
— Jestem w ciąży — powiedziała Wiola. — Ósmy tydzień. Nie stać mnie na te studia, ale nie stać mnie też na to, żeby zostać z niczym. Ojciec dziecka powiedział, że mnie zostawi. Więc jeśli nie pomożecie, to…
Zamilkła. Ale nie musiała kończyć.
Walentyna podeszła do córki i objęła ją ramionami. Obie patrzyły teraz na mnie — jedna z zacietrzewieniem, druga z rozpaczą.
— Rozumiesz? — zapytała teściowa. — To nie jest moment na urazy. To jest moment, w którym rodzina powinna się zjednoczyć.
Stałam w swoim przedpokoju, w kapciach z pomponami, z testem ciążowym w dłoni. Za oknem przejeżdżał tramwaj, szyby w kuchni zabrzęczały.
Przez moment żal wychynął jak woda przez szczelinę. Ale potem popatrzyłam na kartonik w mojej ręce i na twarze przed sobą.
— Gratuluję — powiedziałam. — To duża zmiana.
— To nie koniec! — Walentyna podniosła palec. — Jeśli nie pomożecie, to Wiola będzie musiała…
— To nie zmienia mojej decyzji — przerwałam. — Nie dam ani złotówki.
Wiola zaczęła płakać naprawdę. Bez teatru. Zgarbiła się, jakby ktoś położył jej na plecach worek ziemniaków. Łzy kapały na sweter.
— Zabieram córkę. — Teściowa pociągnęła Wiolę do wyjścia. — Nie zostaniemy tam, gdzie nas tak traktują.
Otworzyłam im drzwi.
— Miło, że wpadłyście — powiedziałam.
Na progu Walentyna odwróciła się z ostatnim spojrzeniem.
— Powiem Andrzejowi, jak się zachowałaś. O wszystko mu powiem. I o dziecku Wioli, i o tym, jak nas potraktowałaś.
— Proszę powiedzieć. On też nic nie da.
— Zobaczymy — syknęła teściowa i zeszła po schodach, ciągnąc za sobą płaczącą córkę.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami.
W kuchni czajnik jeszcze stygł. Nalałam sobie herbaty, usiadłam przy rozłożonym stole i patrzyłam na kartonik, który nadal trzymałam w ręce. Dwie kreski. Ósmy tydzień.
To nie była moja sprawa. I nie była to sprawa Andrzeja.
Następnego dnia rano poszłam do oddziału banku na placu Rodła i zamknęłam osobiste konto oszczędnościowe, na którym trzymałam osiemnaście tysięcy złotych. Nie z powodu Wioli. Z powodu Andrzeja. Wiedziałam, że po rozmowie z matką weźmie moją kartę, albo poprosi o przelew, albo powie „to tylko pożyczka, oddamy”. Znałam go już zbyt dobrze.
A ja nie chciałam, żeby zrobił to za moimi plecami.
W poniedziałek wieczorem Andrzej wrócił z delegacji. Zastał mnie na kanapie, z tabletem na kolanach i kubkiem w dłoni.
— Wiem o wszystkim — powiedział od progu, zanim zdążył zdjąć płaszcz. — Byłem u matki. Magda, jak mogłaś?
— A co dokładnie ci powiedziała?
— Że Wiola jest w ciąży. Że chciały się pogodzić. Że poprosiły o pomoc. A ty je wyzwałaś od złodziejek i wyrzuciłaś za drzwi.
— Tak ci powiedziała?
— Tak mi powiedziała. — Położył klucze na szafce. — I że Wiola dostała ataku paniki po twojej wizycie. Wiozły ją na SOR, bo myślały, że to poronienie.
Odstawiłam kubek na stół.
— Posłuchaj mnie teraz raz — powiedziałam powoli. — Nie wyzywałam ich od złodziejek. Nie wyrzucałam ich za drzwi. Nie dotknęłam żadnej z nich. Poprosiły o pieniądze, a ja odmówiłam. Reszta to wersja twojej matki.
Andrzej stał bez ruchu. Jego twarz stężała, jakby próbował zdecydować, komu wierzyć.
— Ile chciały? — zapytał.
— Pięćset miesięcznie od nas dwojga. Na studia Wioli. Dwanaście tysięcy za rok.
— To przecież… to nie jest wielka kwota.
— Nie jest. Ale nie o kwotę chodzi. Chodzi o to, że twoja siostra kłamie, a twoja matka kłamie razem z nią. I żadna z nich nie przyszła się pogodzić. Przyszły po pieniądze, a przeprosiny były monetą przetargową.
Andrzej usiadł ciężko na krześle. Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać.
— A wiesz — powiedział cicho — że Wiola naprawdę jest w szpitalu? Dostała plamienie. Lekarz powiedział, że ciąża jest zagrożona. Matka siedzi przy niej całą dobę.
To mną wstrząsnęło. Ale nie na tyle, żebym zapomniała, jak nazywa się to, co działo się wokół mnie.
— Przykro mi — powiedziałam. — I naprawdę współczuję Wioli. Ale to nie zmienia faktu, że nie zapłacę za jej studia. Ani za nic innego.
— Magda, ona jest w ciąży…
— Wiem. Test widziałam. Ósmy tydzień. Ojciec odszedł. To wszystko bardzo smutne.
— I nic cię to nie obchodzi?
— Obchodzi mnie o tyle, o ile obchodzi mnie los obcej osoby. Bo po tym, co zrobiły przez ostatnie miesiące, Wiola i twoja matka są dla mnie obcymi osobami. Nie życzę im źle. Ale nie zamierzam za nie płacić.
Andrzej wstał i podszedł do okna. Zapadł typowy dla naszego małżeństwa zmierzch, gdy oboje wiemy, że rozmowa jest skończona, ale żadne nie ma odwagi pójść spać.
— Zamknęłam nasze wspólne konto oszczędnościowe — powiedziałam cicho.
Obrócił się gwałtownie.
— Co?!
— Nie chcę, żebyś pod nieobecność podjął pieniądze i dał im, żeby był święty spokój. Jeśli chcesz im pomóc, rób to z własnych zarobków. Ale wtedy pomyśl, że za każde pięćset złotych kupujesz kłamstwo.
— Chyba oszalałaś.
— Przeciwnie. Pierwszy raz od dawna widzę wszystko wyraźnie.
W czwartek zadzwonił dzwonek domofonu. Popatrzyłam na wyświetlacz. Stała przed nim Wiola. Sama.
Nie otworzyłam.
Rozległ się dzwonek drugi, potem trzeci. Wiola podniosła twarz do kamery, jakby wiedziała, że patrzę.
— Magda! — usłyszałam przez brzęczyk. — Proszę, otwórz. Ja już nie wiem, co robić.
Stałam przy domofonie, palec uniesiony nad przyciskiem.
— Mama kazała mi przyjść i przeprosić. Znowu. Tak jak trzeba. Ale ja nie wiem jak. Nie umiem tak, jak ona chce. Proszę. Otwórz.
Nie otworzyłam.
Zeszła po schodkach, usiadła na murku przed klatką. Widziałam ją z okna kuchni. Siedziała z torbą na kolanach, z głową opuszczoną, jak bezpański pies, którego nikt nie wpuszcza do bramy.
Zapaliłam światło w kuchni i nastawiłam wodę na herbatę.
Wiola siedziała przed domem do wieczora. Gdy zapadł zmrok, wstała, otrząsnęła spódnicę i poszła w stronę przystanku.
W piątek rano usiadłam do komputera i przelałam pięć tysięcy złotych na konto fundacji „Muminki bez Tajemnic”, która zajmuje się pomocą samotnym matkom i kobietom w kryzysie. Bez adnotacji. Bez wiadomości. Z tytułem przelewu wpisałam tylko: „darowizna”.
Po południu zadzwoniła Walentyna. Nie odbierałam. Wysłuchałam nagrań. Na pierwszym wiadomość była tkliwa. Na drugim — napięta. Na trzecim — wściekła. Na czwartym Andrzej.
„Magda, oddzwoń, matka mówi, że jakaś fundacja dostała od ciebie pieniądze zamiast Wioli. To prawda?”
Nie oddzwoniłam.
Wieczorem usiadłam z Andrzejem w kuchni. Postawiłam przed nim kubek z herbatą i położyłam na stole wydruk potwierdzenia przelewu.
— To twoja odpowiedź? — zapytał, patrząc na papier.
— To moja decyzja. Nie daję pieniędzy ludziom, którzy kłamią. Daję je wtedy, gdy wiem, dokąd idą.
— Ale to wciąż nasze pieniądze…
— Nie. To moje pieniądze. Z twoich zarobków nic nie ruszyłam. Możesz pomóc Wioli ze swoich dochodów, jeśli chcesz. Ale ja swoje pieniądze przekazałam tam, gdzie nie ma teatru i szantażu.
Andrzej długo milczał.
— Wiesz co? — powiedział w końcu. — Chyba pierwszy raz w życiu nie umiem cię za to winić.
W niedzielę rano usłyszałam pukanie.
Otworzyłam drzwi. Przed nimi stała Walentyna, tym razem sama. Bez słoików, bez płaszcza. W palcie narzuconym niedbale, z rozpiętym guzikiem.
— Oddaj to, co ukradłaś mojej córce — powiedziała cicho, a jej oczy wyglądały jak zamarznięte kałuże.
— Co takiego?
— Pieniądze. Te, które wpłaciłaś na tę swoją fundację. To powinno pójść na studia Wioli. Na jej dziecko. Ty to ukradłaś.
— Nie ukradłam niczego. To były moje pieniądze. Wpłaciłam je na fundację, o której poinformowałam was wczoraj przez Andrzeja. Jeśli Wiola potrzebuje wsparcia, niech się ubiega o pomoc tam. I niech złoży wniosek jak każdy.
— Ty… — Twarz teściowej pociemniała. — Ty przeklęta żmijo.
Zrobiłam krok do przodu i położyłam dłoń na framudze. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Może żeby nie zatrzasnąć drzwi.
— Pani Walentyno — powiedziałam spokojnie. — Zanim powie pani następne słowo, proszę pamiętać, że nagrywam naszą rozmowę.
Teściowa znieruchomiała. Popatrzyła na moją drugą rękę, w której trzymałam telefon z włączonym dyktafonem.
— To… ty… zobaczysz jeszcze…
Odwróciła się i zeszła po schodach. Słychać było, jak przeklina pod nosem.
Wieczorem usiadłam przy stole i napisałam list.
Dwa zdania. Wolałam list niż rozmowę, bo w rozmowach kłamstwa giną szybciej, niż zdążysz je złapać.
„Wiola. Otrzymałam informację, że potrzebujesz pomocy. Nie udzielę Ci jej z moich prywatnych środków. Twoja matka powinna wiedzieć, dlaczego. Magda.”
Wysłałam go na jej adres, zwykłym listem, z potwierdzeniem odbioru.
Miesiąc później dowiedziałam się od Andrzeja, że Wiola znalazła pracę w kawiarni na Starym Mieście. Na studia nie poszła. Ciążę na razie donosiła. Matka przestała bywać u nas w domu.
A kolczyki z szafirami nadal leżały w szkatułce z drewna różanego, na dnie puszki po herbacie, tuż obok klucza, którym otwierałam wieczko, gdy chciałam je przymierzyć — coraz rzadziej, bo coraz mniej mi to było potrzebne.
