Koszmar w sali balowej

Pracuję w hotelu Bristol we Wrocławiu od dwunastu lat. Jestem technikiem oświetlenia. Tego wieczoru miałem wolne, ale zadzwonił kierownik zmiany — awaria sterownika, bankiet za czterdzieści minut, nikt inny nie odbierze. Wziąłem torbę z narzędziami i przyjechałem autobusem 145, wkurzony, że ominie mnie finał skoków w telewizji.

Salę balową na pierwszym piętrze szykowano na zamkniętą kolację dla jakiegoś dewelopera. Dwa tysiące złotych za talerzyk, kelnerzy w wykrochmalonych koszulach, florystka poprawiała anturium przy wejściu. Stałem na drabinie przy ścianie wschodniej i kalibrowałem reflektor. Z góry widać było całą salę jak z opery.

Ta dziewczyna, Laura, zaczęła u nas trzy dni wcześniej. Nie znałem jej prawie wcale. Mówiła mało, kroki stawiała tak, jakby bała się, że podłoga jest z lodu. Na apelu ktoś powiedział, że wzięła zmianę po znajomej, bo potrzebuje pieniędzy. Każdy tu ma swoją wersję tej historii.

Zauważyłem ją, bo trzymała tacę inaczej niż reszta. Prawą rękę miała wolną, nie podpierała nią blachy. A jeden z kelnerów — nowy, którego wcześniej nie widziałem — szedł przez salę z tacą, ale nie patrzył na gości. Patrzył na drzwi. I miał buty za ciężkie na pracownika hotelu.

Zszedłem z drabiny, bo coś mi nie grało. Kierownik mruczał przez krótkofalówkę o dostawie szampana. Wtedy ten pierwszy postawił tacę na stole numer dziewięć, przy którym siedział sam deweloper, facet po sześćdziesiątce, w dopasowanym garniturze, z pierścieniem na małym palcu.

— Panie Zieliński.

Deweloper uniósł kieliszek. Nawet nie drgnął.

— Kornel. Kopę lat.

Znali się. To było gorsze niż myślałem. Trzech facetów podeszło do ochroniarzy. Dwóch wyjęło broń. Jeden zasunął rygle w drzwiach. Szóste, ostatnie, czego nie zapomnę do końca życia: ten niby-kelner chwycił Laurę od tyłu i przyłożył jej lufę pod żebro.

— Klęknij — powiedział do Zielińskiego.

Laura opadła. Najpierw wyglądało to jak ugięcie kolan ze strachu. Dopiero potem dotarło do mnie, że ona schodzi niżej, by dosięgnąć jego nadgarstka. Zrobiła to bez dźwięku. Obrót, chwyt, łokieć w szyję. Pierwszy strzał poszedł w marmur, odprysk przeleciał obok stołu z ciastkami. Ludzie zaczęli krzyczeć.

Kopnęła broń pod krzesła. Chwyciła kubeł z szampanem — mosiężny, ciężki, nasz hotelowy — i rzuciła go w drugiego napastnika, który właśnie wyciągał pistolet. Trafiła go w ramię. Mężczyzna runął na stół, nakrycie rozjechało się pod jego ciężarem.

Trwało to może dziewięć sekund. Ja stałem przy drabinie z kluczem imbusowym w dłoni, jakbym chciał nim kogoś odkręcić od tej sceny.

Potem zrobiło się cicho. Tylko syk rozlanego wina i czyjś płacz gdzieś pod ścianą. Laura poprawiła mankiet, który się naderwał, i wyprostowała się powoli. Z nosa leciała jej krew — nie poczuła, kiedy dostała z główki.

Zieliński patrzył na nią, a jego twarz nie wyrażała nic. To było najdziwniejsze. Nie wdzięczność, nie szok. Coś jak rachunek, który ktoś w myślach przelicza.

Ochrona obezwładniła trzech. Kornel leżał twarzą do parkietu z ręką wykręconą na plecach. Krzyczał coś o działce na Krzykach, o tym, że Zieliński obiecał mu udziały w galerii handlowej i oszukał go na jedenaście milionów. Nie słuchałem za bardzo.

Wezwano policję. Laura usiadła na schodku przy zapleczu z ręcznikiem przy nosie. Podałem jej wodę. W hotelu mamy taką butelkowaną, z niebieską etykietą, kosztuje osiemnaście złotych. Wypiła trzy łyki i oddała mi butelkę, jakby bała się, że dostanie za nią rachunek.

— Skąd pani to umie? — spytałem.

— Długo płaciłam za lekcje, których nigdy nie chciałam — powiedziała i zaczęła sznurować czarny but, który rozwiązał się jej w szamotaninie.

Wtedy zauważyłem na jej przedramieniu bliznę. Starą, szeroką na dwa palce, wyglądała jak po poparzeniu. Nie pytałem więcej.

Policja spisywała świadków do trzeciej nad ranem. Zieliński ani razu nie podszedł do Laury. Siedział w gabinecie dyrektora i pił whisky z hotelowego barku. Jego prawnik przyjechał po dwudziestu minutach, chociaż sąd jest po drugiej stronie miasta.

Laura dostała od kierownika taksówkę do domu. Ja zostałem, bo musiałem wyłączyć reflektory i zabezpieczyć kable. Na stole znalazłem jej notatnik kelnerski. Cienki, czarny. Na pierwszej stronie ktoś napisał długopisem: „Dziadek — 17 400 zł. Do wtorku.” Reszta kartek pusta.

Mój ojciec zmarł rok temu na oddziale onkologii przy Borowskiej. Zostawił dług wobec szpitala, który spłacam do dziś. Trzynaście tysięcy czterysta osiemdziesiąt złotych. Wiem, jak wygląda pismo kogoś, kto liczy cudze życia w ratach.

Laura zniknęła. Nie przyszła następnego dnia ani kolejnego. Kierownik wciskał wszystkim, że sama zrezygnowała. Ale ja widziałem, jak w jej szafce w szatni wisi jeszcze czarny fartuch.

Dwa tygodnie później zobaczyłem ją na przystanku przy Arkadach. Stała z reklamówką z Biedronki i patrzyła w rozkład jazdy, chociaż tablica elektroniczna działała. Nie podszedłem od razu. W środku nie chciałem się narzucać, bo nie jestem bohaterem z filmu. Ale potem ruszyłem, bo autobus miała za światłami i pewnie by uciekł.

— Pani Lauro — powiedziałem.

Zauważyła mnie i zrobiła krok w tył, taki mały krok do ucieczki, zanim się zatrzymała. Fartuch już miała inny — granatowy, z napisem „Smaki Targowej”. Bistro na parterze starej kamienicy, trzy przecznice stąd.

— Nie wróciłam po odbiór — powiedziała, patrząc na reklamówkę, jakby rachunek za szafkę był tam schowany. — Mogę podać numer konta, żeby oddać kaucję za identyfikator.

Stałem z kluczami w dłoni. Autobus podjechał, otworzył drzwi. Laura wsiadła. Odwróciła się na stopniu i dodała:

— Ten dług za dziadka… już nieaktualny. Zamknęłam wczoraj konto sejfowe. Ale niech pan nikomu w hotelu nie mówi, gdzie pracuję.

Drzwi się zamknęły. Autobus ruszył w stronę placu Grunwaldzkiego. Zostałem na przystanku z tym zdaniem, jak z paragonem, którego nie da się wyrzucić, bo coś na nim nadal jest napisane.

Tydzień temu znalazłem na portierni kopertę. Bez nazwiska, adresowana na „Technik oświetlenia, piętro pierwsze”. Podał mi ją nocny portier, mruknął, że ktoś zostawił rano przy kartach magnetycznych. W środku była nowa oprawka żarówki halogenowej do naszego modelu reflektora. Taka kosztuje trzysta złotych. I karteczka: „Żeby nie gasło. L.”

Włożyłem ją do kieszeni kombinezonu, ale nie wymieniłem od razu. Teraz leży w moim warsztacie obok klucza imbusowego. Może wymienię, kiedy będę musiał wejść na drabinę.

Albo może nie wymienię wcale. Niech sobie leży. Póki leży, wiem, że ktoś tu wrócił po coś więcej niż tylko po odbiór.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: