# Dzień pierwszy. Notatki własne świeżo upieczonej emerytki
Plan idealny
7:00 — pobudka, szklanka ciepłej wody z cytryną, potem siłownia na świeżym powietrzu, bo przecież teraz mam czas.
8:00 — śniadanie: owsianka na wodzie, garść borówek, żadnego cukru.
9:00 — spacer z kijkami po Parku Reagana, nad morze i z powrotem. Minimum osiem kilometrów.
11:00 — godzina dla siebie: maseczka z glinki, nowa fryzura, może w końcu nauczę się robić porządny makijaż.
12:30 — obiad: gotowana pierś z indyka, kasza gryczana, surówka z kapusty kiszonej.
14:00 — porządki w szafie. Wyrzucę wszystko, czego nie założyłam w ciągu roku. Zero sentymentów.
16:00 — kawa zbożowa z mlekiem owsianym, potem kurs włoskiego online. W końcu nauczę się tego języka.
18:00 — kolacja: twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem.
19:30 — książka, a nie telewizor. Potem sen o 22:00.
Tak to sobie rozpisałam na kartce z zeszytu, którą przykleiłam na lodówce magnesem z Zakopanego. Pierwszy dzień reszty mojego życia. Wszystko pod kontrolą.
Co z tego wyszło
Otworzyłam oczy o 10:20. Telefon leżał na poduszce, a na ekranie wciąż świecił się odtworzony do trzeciej w nocy serial. Kartka z planem czekała na lodówce, kiedy wlokłam się do kuchni w kapciach z pomponami.
Najpierw kawa. Prawdziwa, z mlekiem, z cukrem. Jedna łyżeczka. Dobra, dwie. Organizm potrzebuje energii po tak ciężkiej nocy.
Na śniadanie zrobiłam placki, bo mleko się zważyło. Dorzuciłam do tego śmietanę, która stała w lodówce od świąt, i dokończyłam słoik dżemu porzeczkowego po mamie. Przecież nie wyrzucę jedzenia. To byłoby rozrzutne. A ja jestem oszczędna.
Zamiast siłowni — przewijałam TikToka. Jedna kobieta pokazała, jak zrobić odświeżacz do łazienki z sody i cytryny. Inna — jak w dziesięć minut uporządkować szufladę z bielizną. Obejrzałam dwadzieścia siedem filmików. Żadnego nie zapamiętałam. Mieszkanie było tak ciche, że słyszałam, jak lodówka mruczy w kuchni, a zegar w przedpokoju odmierza sekundy, których teraz miałam za dużo.
Po obiedzie, który składał się z pierogów z zamrażarki polanych resztką boczku, położyłam się na kanapie. Tylko na chwilę, żeby odpocząć po tych pierogach. Obudziłam się o 16:00 z odciśniętą poduszką na policzku i myślą, że nikt by nawet nie zauważył, gdybym przespała cały dzień. Andrzej dzwonił raz w tygodniu, w niedzielę, o dwudziestej. Kasia pisała esemesy, krótkie, z pracy. Nikt nie potrzebował mnie od siódmej rano.
Emerytura jest strasznie męcząca.
Poszłam do Biedronki po wodę mineralną. Wróciłam z hot dogami z promocji, sernikiem z karmelem i paluszkiem suchym dla psa sąsiadów, żeby nie czuł się pominięty. Przy kasie pani w fioletowym fartuchu zapytała, czy to wszystko. — To wszystko — skłamałam, choć w koszyku leżała jeszcze paczka krakersów. Idąc do domu, pomyślałam, że to jedyna rozmowa, jaką odbyłam z drugim człowiekiem na żywo od trzech dni. Trzydzieści osiem lat chodziłam codziennie do biura, gdzie ktoś pytał, jak minął weekend, czy chcę kawy, czy widziałam nowy odcinek czegoś tam. Teraz pytania zadawała mi kasjerka.
Wieczorem zadzwoniła Grażyna z dawnej pracy. Rozmawiałyśmy godzinę. Poleciła mi turecki serial, mówiła, że główny bohater to przystojniak, że trzecia seria najlepsza, bo tam się w końcu całują. W pewnym momencie zapytała, jak mi mija ten pierwszy tydzień na emeryturze, czy już się urządziłam. Powiedziałam, że świetnie, że w końcu mam czas dla siebie, że robię plany na każdy dzień. Nie powiedziałam, że plan wisi na lodówce jak wyrzut sumienia i że boję się poranka bardziej niż kiedykolwiek bałam się poniedziałkowej odprawy. Że w pracy przynajmniej wiedziałam, po co wstaję.
Po rozmowie obejrzałam pierwszy odcinek serialu. Potem drugi. Potem trzeci, bo w sumie nie chciało mi się wstawać po pilota.
W trakcie pierwszego zjadłam hot dogi. W trakcie drugiego — pół sernika. W trakcie trzeciego — resztę. Popiłam kefirem i wróciłam do telefonu, żeby zobaczyć, co dalej z tą parą z serialu.
O 1:15 sięgnęłam po zeszyt, żeby napisać plan na jutro, i zatrzymałam się na chwilę z długopisem nad kartką. Pomyślałam, że ten plan to nie tyle lista zadań, ile próba udowodnienia komuś — sobie, dzieciom, Grażynie — że dam sobie radę bez telefonu z pracy, bez korytarza, bez ludzi, którzy o coś pytają. Że pustka po ośmiu godzinach dziennie nie jest dziurą, tylko wolnością. Popatrzyłam na starą kartkę na lodówce, wciąż tam wiszącą, nietkniętą od rana, i przez chwilę miałam ochotę jej nie zdejmować, tylko usiąść na podłodze kuchni i pozwolić sobie się rozpłakać nad tym, że nikt nie zadzwonił dziś oprócz Grażyny, że dom jest tak wielki, odkąd nikogo w nim nie ma prócz mnie.
Ale wzięłam długopis i napisałam: pobudka 7:00, marsz z kijkami, sałatka z komosą. Przykleiłam nową kartkę obok starej, magnesem z Zakopanego, tym samym, który trzymał tamten pierwszy, dumny plan.
Jutro na pewno się uda. A jeśli nie uda się jutro, to spróbuję pojutrze, i będę próbować tak długo, aż ten dom znowu stanie się dla mnie miejscem, do którego chce się wracać, a nie z którego nie ma dokąd wyjść.
