Osiemnasta wiosna Magdy

Przez trzy godziny Mirek czekał przy oknie, chociaż obiecał sobie, że nie będzie patrzył. Czajnik zdążył ostygnąć, a ser zrobił się ciepły na talerzu, którego nie tknął. Magda miała wrócić przed piątnastą, bo w sobotę basen zamykają o czternastej trzydzieści. Była szesnasta dwanaście. Telefon milczał, a za szybą padał deszcz, który od rana wisiał nad Wrocławiem jak mokra szmata.

Znał Magdę osiem lat, z czego przez trzy byli małżeństwem. Mieszkali w bloku na Ołbinie, trzecie piętro, okna na podwórko z czterema śmietnikami i starą lipą, która co czerwiec zasypywała balkon lepkimi listkami. To Mirek wyszukał to mieszkanie. To on powiedział, że lipa to dobry znak, bo pachnie w czerwcu jak u babci. Magda wzruszyła wtedy ramionami i wstawiła do kuchni najtańszy regał z IKEI, chociaż on chciał kupić dębową szafkę za sześćset osiemdziesiąt złotych na targu. Kłócili się o to cały wieczór. Potem pierwszy raz się pocałowali w tym mieszkaniu — na podłodze, przy kaloryferze, bo mebli jeszcze nie złożyli.

Teraz siedział w tej samej kuchni i patrzył na niebieską płytkę nad zlewem, którą Magda wybrała w markecie budowlanym, bo była tańsza o dziewięć złotych za metr. Płytka odłaziła przy oknie. Mirek co miesiąc mówił, że trzeba poprawić, a Magda mówiła, że przecież nie spada. Więc nie poprawiał. Czekał, aż spadnie, i zastanawiał się, czy wtedy powie jej, że miała rację.

O siedemnastej nie wytrzymał i zadzwonił. Sześć sygnałów, potem poczta głosowa. Kobieta w słuchawce powiedziała, żeby zostawić wiadomość po sygnale. Mirek rozłączył się i poszedł do przedpokoju. Kurtka wisiała na haczyku, ale buty były na miejscu. Kluczyki od renault leżały w misce z drobniakami. A jej czarna torebka z Dworca Wschodniego zniknęła z półki.

Wrócił do kuchni i zrobił herbatę, chociaż nie chciało mu się pić. Chciał, żeby Magda weszła i zobaczyła go, jak spokojnie pije herbatę, jakby wcale nie czekał, jakby miała do tego pełne prawo. Taki miał plan. Tyle zostało mu z planów na tę sobotę.

Kiedy usłyszał zamek w drzwiach, było już ciemno. Magda weszła w mokrej kurtce i zdjęła buty, stawiając je palcami do ściany, czego Mirek nie znosił. Postawiła torbę na pralce i przeszła do kuchni.

— Kupiłam sok — powiedziała. Postawiła na stole butelkę z czarnego bzu, którą oboje pili tylko wtedy, gdy jedno z nich zawiniło.

— To ty kupujesz sok, jak masz coś do powiedzenia — powiedział Mirek. — A ja zazwyczaj robię herbatę.

— Wiem — odpowiedziała. — Dlatego masz teraz przed sobą wystudzoną herbatę. I to jest cała rozmowa.

Mirek zacisnął palce na kubku. Nie chciał pytać, gdzie była. Chciał, żeby to ona zaczęła, bo czuł, że cokolwiek powie, przegra. Ale Magda milczała. Wyjęła z torby mandarynkę i zaczęła ją obierać. Skórka pękała z cichym trzaskiem. Zapach rozszedł się po kuchni i Mirek pomyślał, że nie cierpi tego zapachu, i że przez osiem lat ani razu jej tego nie powiedział.

— Basen zamykają o piętnastej — powiedział w końcu.

— Nie byłam na basenie.

— A gdzie?

— W centrum. Na placu Solnym. Siedziałam pod parasolem i piłam kawę z mlekiem.

— Trzy godziny?

— Rozmawiałam.

— Z kim?

Magda podniosła wzrok. W dłoni trzymała mandarynkę obraną do czysta, bez jednej białej niteczki. Położyła ją na talerzu, przy serze, którego Mirek nie tknął.

— Poznałam dwa lata temu na wyjeździe z biura. Z Białegostoku. Przyjechał dzisiaj. Chciał się spotkać.

Mirek powiedział coś, czego potem nie mógł sobie przypomnieć. Chyba zapytał, czy to jego sok, czy jej. Magda odpowiedziała, że już nie wie, i wyszła do pokoju.

Wtedy zrobił coś, co wydawało mu się najlepsze: wziął butelkę z sokiem i wylał całą do zlewu. Powoli, do ostatniej kropli. Musująca ciecz spływała po niebieskiej płytce, tej samej, która odłaziła przy oknie. Postawił pustą butelkę na stole i poszedł spać do drugiego pokoju.

Noc w mieszkaniu na Ołbinie ciągnęła się jak kolejka do paczkomatu po świętach. Mirek obracał się z boku na bok na starej wersalce, a każde skrzypienie sprężyn brzmiało jak wyrzut. O trzeciej usłyszał, jak Magda wstaje do łazienki. Spuściła wodę. Potem przez długą chwilę nie słyszał nic, a potem ona zapukała do drzwi drugiego pokoju.

— Mirek — powiedziała, nie otwierając. — Ja nie pojechałam do Białegostoku. Ja tylko z nim siedziałam.

— A co to zmienia?

— Nie wiem. Dlatego pukam.

Rano znalazł na stole jej telefon. Leżał ekranem do góry, a na ekranie czekała wiadomość. Mirek zrobił jedyną rzecz, którą do tej pory uważał za niehonorową. Przeczytał.

Wiadomość była krótka: «Dziękuję, że się spotkałaś. Wyjazd mam w piątek. Odpisz, to chcę zdążyć z biletem.»

Mirek odłożył telefon. Potem nalał wody do czajnika i postawił na gazie. Wszedł do sypialni. Magda spała na boku, z dłonią pod policzkiem. Na nocnej szafce leżała jej obrączka. Nie ta z ołtarza, bo Mirkowi pękła wina, tylko srebrna obrączka z grawerem, którą zamienili trzecią wiosnę, gdy okazało się, że pierwsza złota pękła. Tę srebrną widział codziennie. Ale tej nocy leżała na szafce, nie na palcu.

Nie obudził jej. Zgarnął kluczyki z miski, papiery do auta z szuflady, wziął kurtkę. Wyszedł.

Dojechał na plac Solny w dwadzieścia minut. W sobotę rano nie było tam jeszcze nikogo oprócz gołębi i ekipy rozstawiającej ogródek piwny. Mirek zaparkował pod pręgierzem i wysiadł. Dopiero wtedy zorientował się, że zamiast butów włożył klapki, a na koszulę — sweter odwrotną stroną. Zawrócił do auta i stał tak z kluczykami w dłoni, patrząc na zegar przed sobą. Była dziewiąta czterdzieści.

Wiedział, co musi zrobić. Tylko nie miał pojęcia, jak to wygląda w praktyce.

Wrócił do domu przed południem. Magda siedziała przy kuchennym stole, przed nią stał ten sam kubek herbaty, którego on nie wypił wczoraj. Odgrzany w mikrofalówce. Na stole nie było ani butelki po soku, ani mandarynki. Tylko kubek i dokumenty, które Mirek położył na stole.

— To akt własności — powiedział. — Mieszkanie przepisane na ciebie. Wczoraj myślałem, żeby je spieniężyć i zabrać swoją część. Ale to by znaczyło, że lipa pachnie w czerwcu tylko przez remanent.

Magda złożyła dokument na pół. Palce jej lekko drżały, bo zawsze drżały, gdy czytała coś ważnego i nie mogła zrozumieć. Nawet w sklepie, gdy patrzyła na paragon z długopisem w dłoni.

— Przepisz na mnie — powiedziała. — A potem będę miała wszystko, a ty nic.

— Nie. W piątek musisz zdążyć z biletem. Jakikolwiek wybierzesz. A sok ja wylam. Oboje wiemy, za co.

Magda sięgnęła po dokument. Mirek podszedł do okna. Na parapecie leżały jeszcze jej skarpetki z piórkiem, bo wczoraj wbiegła do domu i zdjęła je przy kaloryferze. Dotknął ich. Były wilgotne. Wtedy po raz pierwszy od wczoraj zrobiło mu się ciepło, i to wcale nie przez kaloryfer.

— W środę — powiedziała, nie patrząc na niego — zadzwonię do notariusza.

— We wtorek — poprawił Mirek. — W środę masz dentystę, pamiętasz?

— Ty zawsze pamiętasz za nas dwoje.

— A ty zawsze kupujesz sok.

Magda przeszła przez kuchnię i otworzyła lodówkę. Stała tak chwilę, trzymając się drzwi, jakby szukała czegoś, czego tam od dawna nie było. Potem wyjęła jajka i zrobiła jajecznicę. Dwie patelnie, bo ona jadła z boczkiem, a on bez. Osób cztery, sól tylko na jednej. Mirek patrzył, jak rozbija jajka o brzeg zlewu, tuż przy miejscu, gdzie wczoraj wylał sok.

Po śniadaniu poszła do przedpokoju i wyjęła z torby klucz, którego Mirek nie znał. Położyła go na misce z drobniakami.

— To od jego mieszkania — powiedziała. — Dał mi go wczoraj, na wszelki wypadek, gdybym chciała zobaczyć, jak mieszka. Nie chcę. Widziałam już, jak mieszkasz ty.

Mirek sięgnął po klucz. Przez chwilę ważył go w dłoni. Aluminiowy, lekki jak pinezka. Zaniósł do kuchni i wrzucił do kartonu z makulaturą, gdzie leżały stare rachunki i ulotka z lokalnej pizzerii. Potem położył na wierzch gazetę. Na gazecie, na zdjęciu, trwała akurat zbiórka na schronisko pod Wrocławiem.

— Wychodzimy — powiedział. — Po kawę.

— Jest niecała dziesiąta.

— To po herbatę. I tak wyleję sok.

Kiedy zamykał drzwi, spojrzał jeszcze na niebieską płytkę przy oknie. Odłaziła. Pomyślał, że po powrocie weźmie wiertarkę i przykręci ją porządnie, choćby nie wiem co.

Winda zjechała na parter. Wiatr od Oławy pachniał mokrą zielem. Magda poprawiła czapkę i poszła przodem, stawiając buty trochę za mocno na krawędzi chodnika. Mirek nie wiedział, czy idzie z nią od wczoraj, czy dopiero teraz. Wiedział tylko, że na stole został akt własności podpisany jego nazwiskiem, a obok srebrna obrączka, której nikt nie ruszył.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: