Dwa węgielki i koperta z Gdyni

Do odjazdu autokaru zostało dwanaście minut, a Kuba już żałował, że nie zatrzymał Mai na dworcu.

— Mówiłem ci, zostaw je! No mówiłem przecież. Zaraz odjadą bez nas i cały urlop diabli wezmą.

Na małym skwerku przy dworcu PKS w Gdyni bawiły się dwa czarne kocięta. Bracia. Dwie sadzawki cienia na wrześniowym bruku, które w porannym słońcu wyglądały jak coś, co spadło z nieba przez pomyłkę. Obok, na słupie, wisiał jeszcze plakat po festynie z lipca, wypłowiały od deszczu. Z budki z zapiekankami dobiegał zapach smażonej cebuli, ktoś włączył radio na cały regulator i leciała stara piosenka Maanamu.

Nikt na kocięta nie patrzył. „Bezpańskie, co się gapić" — myśleli przechodnie, ludzie z torbami, ludzie ze słuchawkami w uszach, ludzie, którzy akurat nigdzie się nie spieszyli, a i tak biegli. A przecież wystarczyłoby przystanąć.

Za każdym razem, gdy słyszały kroki, kocięta zamierały i patrzyły z nadzieją, jakby czekały, że ktoś się w końcu schyli. Kiedy kroki cichły w hałasie odjeżdżających autobusów, wracały do zabawy, ćwicząc pazurki na sobie nawzajem. Potem szły na pobliskie śmietniki — coś tam zawsze pachniało. Wcześniej matka przynosiła im jedzenie, ale tydzień temu poszła i nie wróciła. Ostrzegała je chyba na swój sposób, że tak może być. I było.

Ludzie mówili im różne rzeczy. Właściwie to samo, w kółko. „Nie dotykaj, bo pecha przyniosą". Najpierw starsza pani chwyciła wnuczkę za rękę i odciągnęła szybkim krokiem. Potem młoda matka klapnęła synka po dłoni, gdy ten wyciągnął palce do futerka. Inni po prostu zmieniali trasę, szli szerokim łukiem, jakby te dwa kłębki miały zaraźliwą chorobę.

— Zostaw je, mówię ci, pecha przyniosą! — krzyknął Kuba za dziewczyną.

Ale Maja nic nie mogła na to poradzić. Najpierw stanęła, popatrzyła, jak bawią się ze sobą. Potem odstawiła torbę na ławkę i podeszła prosto do nich, jakby ją przyciągały na sznurku. Własnych dzieci jeszcze nie miała, ale coś w niej — jakiś odruch, którego nie umiała nazwać — mówiło jej, że te maluchy też potrzebują, żeby ktoś je wziął na ręce.

— Maja, ty mnie w ogóle słyszysz? — krzyknął Kuba, tym razem głośniej, z wyraźną irytacją. Postawił torbę z plecakiem na ławce i podszedł szybkim krokiem. — Nie dotykaj, proszę cię. Chodź, bo na bus się spóźnimy!

Ale Maja zrobiła po swojemu. Pogłaskała jedno, potem drugie, uśmiechnęła się do nich i — drugi raz tego ranka nic nie mogła poradzić — wzięła oba na ręce, przytuliła do siebie, słuchając ich cichego mruczenia.

— Co ty wyprawiasz? Po co ich dotykasz? Nie wiesz, że…

— Że co dokładnie mam wiedzieć?

— Że pecha przynoszą. Teraz na pewno coś się nam przytrafi.

— Bzdury. Jak koty mogą przynosić pecha? To raczej my, ludzie, robimy je nieszczęśliwymi, kiedy ich nie zauważamy i wierzymy w takie zabobony.

Kuba milczał chwilę, potem się ocknął.

— Na bus się spóźnimy.

— To po co stoimy? Idziemy.

— Z kotami? — zdziwił się, kiedy zrozumiał, że dziewczyna wcale nie zamierza się z nimi rozstać.

— Z kotami.

— Maja, po co?

Na tak głupie pytanie dziewczyna nawet nie odpowiedziała, tylko prychnęła głośno. „Jak to po co. Żeby się nimi zaopiekować, kochać, rozwalić w końcu ten głupi przesąd. Bo niby jak szczęście miałoby przynosić pecha".

Do odjazdu zostało pięć minut, a Kuba już żałował, że jej nie zatrzymał.

— Mówiłem, żeby ich nie ruszać. No mówiłem. Teraz bus odjedzie i po urlopie.

Potem potknął się o nic, upadł, podniósł się szybko, rozcierając kolano, i zerknął podejrzliwie na kocięta w rękach Mai. Głośno nic nie powiedział, ale w duchu pomyślał, że jednak mieli rację ci, co gadali o pechu od czarnych kotów. Zwłaszcza babcia, która kiedyś opowiadała mu przed snem jakąś upiorną bajkę o czarnym kocie ze wsi pod Kartuzami, po której mały Kuba budził się z krzykiem. Ale co mógł teraz zrobić? Maję kochał, i to mocno. Kłócić się z nią tuż przed wymarzonym urlopem nie miał ochoty. Więc się poddał.

— Zaczekajcie! — krzyknął Kuba, kiedy kierowca już miał zamykać drzwi bagażnika i wsiadać.

— Co jest? — burknął kierowca.

— Mamy bilety na ten kurs!

— To pokazujemy.

Kuba postawił torbę z plecakiem na chodniku i zaczął grzebać w rzeczach. Po minucie kierowca nie wytrzymał.

— Dobra, wsiadajcie, sprawdzę w drodze. Muszę jechać, harmonogram mi się sypie.

Wsiedli. Kierowca uśmiechnął się na widok kociąt, zamknął drzwi i autokar ruszył spod dworca w stronę obwodnicy.

— No widzisz, zdążyliśmy — powiedziała Maja, kiedy usiedli w ostatnim rzędzie, który Kuba specjalnie zarezerwował dla nich obojga.

— A mogliśmy nie zdążyć — mruknął, ale patrząc na nią, dał sobie spokój z pretensjami.

Po czterdziestu minutach, gdzieś za Wejherowem, kierowca zatrzymał się na krótkim postoju i przeszedł się wzdłuż autokaru z terminalem w ręku.

— To teraz proszę bilety.

Kuba sięgnął po plecak i zaczai szukać.

— Sekunda, zaraz znajdę.

Pięć minut później kierowca już się nie uśmiechał, Kuba był czerwony jak burak, a Maja mrugała ze zdumienia. Zaczęła sobie przypominać ten poranek: stoją w przedpokoju, na komódce leży biała koperta z biletami, Kuba bierze ją do ręki… Nie, na pewno wziął. Widziała to na własne oczy.

— Maja, a ty nie wiesz gdzie bilety?

— Przecież ty je wziąłeś z komódki!

— Sprawdź w swojej torbie, proszę. Może ci je oddałem, wszystko się zdarza.

Maja westchnęła ciężko i zaczęła wyciągać z torebki dowód osobisty, chusteczki nawilżane, kosmetyczkę, ładowarkę do telefonu, słuchawki bezprzewodowe, gumę do żucia, okulary przeciwsłoneczne, notes z długopisem i jeszcze z dziesięć innych drobiazgów. Kuba w tym czasie wysypał całą zawartość plecaka na siedzenie.

— Dobra, za pięć minut wracam — powiedział kierowca i poszedł do kabiny. — Oby się znalazły.

Gdy odszedł, Kuba zaczął się złościć.

— No mówiłem ci, że nie trzeba było ruszać tych kotów. Teraz nas na następnym przystanku wysadzą jak gapowiczów i nie zobaczymy morza.

— Kuba, przestań pleść głupoty. Co koty mają wspólnego z zaginionymi biletami? Dobrze sprawdziłeś w torbie?

— Nie mogłem ich włożyć do torby. Zawsze wszystko ważne trzymam w plecaku.

Zasunął otwartą torbę pod siedzenie i wrócił do plecaka, oglądając go ze wszystkich stron. Może jest dziura i bilety wypadły po drodze?

Kiedy kierowca wrócił, Kuba drgnął i spojrzał na niego błagalnie.

— Chyba zostawiliśmy bilety w domu. Da się to jakoś załatwić?

— Łapówkę proponujecie? Mnie?

— Nie, nie — zaplątał się Kuba. — Niech pan sam pomyśli, przecież nie mogliśmy zająć cudzych miejsc. Na pewno kupiliśmy bilety, tylko gdzieś je zgubiliśmy. Niech pan wejdzie w naszą sytuację.

— Bez biletów nie mam prawa was zabrać dalej. Przykro mi. Jak dojedziemy do najbliższego przystanku, wysadzę was.

Pokręcił głową i dodał:

— Trzeba było sprawdzić przy wsiadaniu. Może do kieszeni wewnętrznej je włóżcie, żeby się nie gubiły.

Kieszeń wewnętrzna! Kuba złapał plecak, rozpiął zamek kieszonki, o której zupełnie zapomniał, i wsadził tam rękę. Pusto.

— Dobra, pozbierajcie na razie te swoje rzeczy — pokazał kierowca na stertę drobiazgów na siedzeniach i wyszedł, trzaskając drzwiami kabiny.

Kuba od razu spojrzał krzywo na czarne kocięta, a te, jakby wyczuwając napięcie, schowały się za plecami Mai.

— Nawet nie waż się ich o cokolwiek oskarżać. Po prostu przyznaj, że zapomniałeś biletów w domu.

— Nie, na pewno je wziąłem.

— Jak wziąłeś, to pokaż.

Kuba domyślił się, że powtarza słowa kierowcy z przekąsem, i nic nie odpowiedział. Kocięta, wyczuwając, że burza minęła, znów zaczęły się bawić.

— Też mają czas… — mruknął Kuba.

— Nie zrzędź. To są dzieci. Swoim dzieciom też tak będziesz mówił?

Kuba zamilkł, pakując rzeczy z powrotem do plecaka. Maja też wracała do porządkowania torebki. Kocięta tymczasem rozkręciły się na dobre. Jedno, uciekając przed drugim, wskoczyło do otwartej torby leżącej na podłodze, drugie wskoczyło za nim. Zaczęła się szamotanina.

— Maja, zabierz je!

— Niech się bawią.

— Tam są rzeczy.

— Nie bój się, nakarmiłam je, nic nie zjedzą.

— Nie zjedzą, to zniszczą.

Kuba nachylił się, wyciągnął torbę spod siedzenia i zamarł. Kocięta, głośno sycząc, ciągnęły w dwie strony białą kopertę, zaciskając na niej zęby z każdej strony.

— To chyba… nie może być!

Z trudem odebrał malcom kopertę, zajrzał do środka i odetchnął z ulgą.

— Są, nasze bilety! Maja, znalazły się!

— Dzięki Bogu.

W tym momencie kierowca wszedł z powrotem, żeby ich wysadzić na najbliższym przystanku.

— Wysiadamy.

— Zostajemy! — uśmiechnął się Kuba.

— Słucham?

— Proszę, bilety.

Kierowca długo oglądał dokumenty, ale nie znalazł się do czego przyczepić. Chyba że…

— A co to za dziwne dziurki?

— A, to… To kocięta się postarały.

Kierowca uśmiechnął się. Znał to z autopsji — jego własny kot kiedyś podarł mu dowód rejestracyjny samochodu. Musiał robić duplikat.

— Dobra. Szczęśliwej drogi! — powiedział i wrócił do kabiny.

Maja przysunęła się do Kuby, objęła go i powiedziała:

— No widzisz, czarne koty przynoszą szczęście.

— Teraz wierzę — uśmiechnął się.

— Zostawiamy je sobie?

— Koniecznie.

Kiedy wysiedli wieczorem w Kołobrzegu, słońce chowało się już za falochronem, a z budki na promenadzie ktoś sprzedawał ostatnie gofry z bitą śmietaną. Maja niosła oba kocięta w torbie na zamek, przez który wystawały dwie czarne mordki. Recepcjonistka w pensjonacie na chwilę spojrzała podejrzliwie na regulamin — zwierzęta niedozwolone — ale kiedy zobaczyła, jak jeden z kociaków zasnął w rękawie kurtki Kuby, machnęła ręką i dopisała ich do rezerwacji za dodatkową opłatą trzydziestu złotych za dobę.

Tydzień później, już w Gdyni, kocięta dostały imiona — Węgiel i Popiół — oraz swoją miskę, kuwetę i miejsce na parapecie, gdzie mogły obserwować ten sam skwerek, na którym kiedyś nikt się do nich nie schylał. A staruszka, która kiedyś odciągała wnuczkę za rękę, mijając ich później na spacerze, zatrzymała się, popatrzyła na dwa czarne łby wystawione z okna na parterze, i po raz pierwszy od lat pozwoliła dziewczynce podejść bliżej.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: