Znałam pana Ryszarda, jeszcze zanim przeszedł na emeryturę i oddał warsztat córce, Agacie. Był w tym warsztacie dokładnie taki, jak mówili — dla jednych złoty człowiek, dla innych zmora. Klientowi, który uczciwie płacił i nie próbował go oszukać, potrafił oddać robotę za pół ceny, bo „akurat miał dobry dzień". Ale kogoś, kto próbował go naciągnąć albo traktował jego chłopaków jak śmieci — tego samego dnia żegnał z warsztatu na zawsze, choćby przyszedł z pełnym portfelem.
Agata przejęła firmę trzy lata temu, kiedy ojcu zaczęło szwankować serce. Miała wtedy trzydzieści dwa lata, dwoje dzieci w podstawówce przy ulicy Wiktorskiej i męża, Marka, który — jak to ujmę delikatnie — od zawsze wolał liczyć cudze pieniądze niż zarabiać własne.
Widziałam, jak się zmieniał przez te lata. Na początku przychodził do warsztatu z termosem kawy dla żony, pomagał jej nosić skrzynki z częściami. Ale kiedy warsztat zaczął naprawdę zarabiać — a zaczął, bo Agata prowadziła go lepiej niż ojciec, miała głowę do klientów firmowych, podpisała kontrakt na flotę kurierską — Marek zaczął się kręcić po biurze co drugi dzień, pytając o obroty.
We wrześniu, w ten szczególnie deszczowy poniedziałek, kiedy liście z kasztanowca przed moim kioskiem zalepiły cały chodnik, przyszedł do mnie po *Fakt* i zapytał, czy nie sprzedaję czasem znaczków skarbowych. Powiedziałam, że nie, że to do urzędu skarbowego trzeba, na Modzelewskiego. Uśmiechnął się jakoś krzywo i poszedł. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, po co mu były potrzebne.
Dowiedziałam się dwa tygodnie później, kiedy Agata przyszła do mnie po papierosy — nie paliła od lat, ale tamtego dnia kupiła paczkę i zapaliła od razu przy koszu na śmieci obok mojego kiosku. Ręce jej się trzęsły, kiedy trzymała zapalniczkę.
Marek, jak się okazało, poszedł do notariusza przy Rakowieckiej z dokumentami, które Agata podpisała rok wcześniej — pełnomocnictwo do prowadzenia spraw firmy, kiedy sama leżała w szpitalu z zapaleniem płuc i nie mogła jeździć po urzędach. Wykorzystał to pełnomocnictwo, żeby przepisać pięćdziesiąt procent udziałów w warsztacie na siebie. Zapłacił za to notarialnie symboliczną złotówkę — bo formalnie to była sprzedaż między małżonkami, a nie darowizna, więc nie trzeba było zgody drugiej strony w tej samej chwili, wystarczyło pełnomocnictwo.
— On uważa, że mu się to należy — powiedziała mi wtedy Agata, patrząc na dym papierosa. — Bo niby to on „wspierał" mnie psychicznie, kiedy tata chorował. Bo niby beze mnie bym się nie udźwignęła.
Nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Podałam jej tylko kawę z automatu, tę za trzy złote, bo akurat miała drobne w kieszeni i chciała zapłacić, a ja nie wzięłam.
Przez kolejny miesiąc widziałam z okna kiosku, jak Marek zaczyna przychodzić do warsztatu codziennie. Nie po to, żeby pomagać. Siadał w biurze Agaty, przeglądał faktury, dzwonił do klientów firmowych i przedstawiał się jako „współwłaściciel". Raz nawet usłyszałam przez otwarte okno, jak tłumaczy kurierowi z jednej z firm, że stawki się zmieniają, bo teraz on „patrzy na liczby".
Pan Ryszard, ojciec Agaty, dowiedział się o wszystkim dopiero w listopadzie, kiedy przyszedł odebrać swój stary samochód po przeglądzie. Zobaczyłam, jak wychodzi z warsztatu czerwony na twarzy, idzie prosto do mnie po wodę mineralną, bo zapomniał tabletek na ciśnienie w domu. Powiedział mi tylko jedno zdanie, zanim wsiadł do auta:
— Ja tego chłopakom w warsztacie nigdy nie wybaczę, że mu na to pozwolili.
Ale chłopcy — Tomek i Grzesiek, mechanicy, którzy pracowali tam od lat — nie mieli nic do gadania. Papiery były podpisane, notariusz wszystko potwierdził, formalnie Marek miał prawo.
Rozwiązanie przyszło w grudniu, tuż przed świętami, kiedy ja akurat miałam pełne ręce roboty ze sprzedażą kalendarzy na nowy rok. Agata przyszła do warsztatu w sobotę rano, kiedy Marka nie było — pojechał, jak mówił, „załatwiać coś w banku". Miała przy sobie teczkę z dokumentami i prawniczkę, panią mecenas Dorotę Sobczyk, z którą — jak się później dowiedziałam od samej Agaty — konsultowała się od trzech tygodni.
Okazało się, że pełnomocnictwo, którym posłużył się Marek, dawało mu prawo do reprezentowania Agaty w sprawach bieżących firmy — ale nie do rozporządzania jej majątkiem osobistym, a udziały w warsztacie, który dostała w spadku po dziadku jeszcze przed ślubem, prawnie należały wyłącznie do niej, choć formalnie figurowały jako majątek wspólny małżeński z racji tego, że firma zarabiała w trakcie małżeństwa. To była różnica, którą mecenas Sobczyk znalazła w księgach wieczystych i w akcie notarialnym sprzed lat — udziały pierwotnie odziedziczone stanowiły majątek odrębny, a transakcja sprzedaży między małżonkami wymagała zgody sądu rodzinnego, skoro dotyczyła majątku odrębnego przekazywanego przez pełnomocnika, a nie osobiście przez właścicielkę. Zgody sądu nikt nie uzyskał.
W poniedziałek Agata złożyła w sądzie rejonowym przy Banacha wniosek o unieważnienie transakcji notarialnej z powodu przekroczenia zakresu pełnomocnictwa. Razem z wnioskiem złożyła też pozew o rozwód.
Widziałam Marka, kiedy wrócił z tego swojego banku i zastał w warsztacie tylko Tomka, który mu powiedział, że Agata zmieniła zamki w biurze i że jego rzeczy — kubek, ładowarkę do telefonu, jakąś kurtkę — zostawiła w kartonowym pudle przy wejściu, obok mojego kiosku, bo nie miała gdzie indziej.
Stał wtedy przy tym pudle z rzeczami z piętnaście minut. Podeszłam, bo pomyślałam, że może potrzebuje wody albo czegoś. Nie odezwał się. Wziął pudło, wsiadł do samochodu i odjechał.
Sprawa w sądzie ciągnęła się do lutego. Sąd unieważnił transakcję — pełnomocnictwo rzeczywiście nie obejmowało takich decyzji, a bez zgody sądu rodzinnego umowa była nieważna od początku. Rozwód też przeszedł, bez podziału warsztatu, bo formalnie nigdy nie stał się majątkiem wspólnym w tej części.
Agata przyszła do mnie w marcu, już wiosną, kiedy pierwsze pąki na kasztanowcu zaczęły pękać. Kupiła kawę — tę samą, za trzy złote — i tym razem wypiła ją spokojnie, siedząc na ławce obok mojego kiosku, nie paląc.
— Wiesz, co mi powiedział tata? — spytała. — Że dostał dokładnie tyle serca, ile na to zasłużył. Ani grama więcej.
Nie skomentowałam. Tylko wzięłam od niej pusty kubek, żeby wyrzucić do kosza, tego samego, przy którym rok wcześniej paliła pierwszego papierosa od lat.
