Zaczęło się nie od krzyku, tylko od tego, że żona weszła do kuchni i zobaczyła na stole wydruk. Siedziałem nad nim chyba godzinę. Nie dlatego, że coś ukrywałem — po prostu sprawdzałem, czy kwoty się zgadzają, bo Witek pytał trzy razy, a ja nie chciałem go zawieść.
Na kartce stało jak byk: „Magda — sierpień, wrzesień, październik”. Poniżej reszta długu: czterysta dwadzieścia tysięcy złotych. Rozpisałem to jeszcze w poniedziałek, wieczorem, po rozmowie z bratem.
— Dzisiaj przelewamy twoją wypłatę Witkowi — powiedziałem.
Nie było w tym nic dramatycznego. Fakt. Mój brat od kwietnia nie sypiał. Zamknął warsztat, bo ceny wynajmu w Łodzi poszły w górę o prawie trzydzieści procent, a nikt nie chciał kupić tokarki za tyle, ile naprawdę była warta. Został mu kredyt, komornik na karku i żona, która zaczęła pakować walizki. I wtedy zadzwonił do mnie.
— Pomogę ci — obiecałem. Oddałem mu osiemdziesiąt tysięcy. Własnych, odłożonych na gorszy czas. Ale Witek potrzebował więcej, a ja już nie miałem.
— Część zamkniemy teraz, potem zobaczymy. Ty masz stabilną pracę, mieszkanie, żadnych dzieci. Przełożysz kilka nadpłat kredytu, świat się nie zawali.
Magda patrzyła na mnie tak, jakby pierwszy raz mnie widziała.
— Obiecałeś bratu trzy moje pensje? — zapytała.
— Część długu. Nie cały.
— Zapytałeś mnie?
— Nie mogłem pytać. Witek czekał na potwierdzenie, miał spotkanie z wierzycielami. Pomyślałem, że zrozumiesz.
— Pomyślałeś — powtórzyła.
Podszedłem do okna. Za szybą padało, od rana siąpiła taka mżawka, że na parapecie zbierały się szare krople. W bloku naprzeciwko paliło się jedno okno, u Iwańskich z trzeciego piętra, zawsze siedzą do późna.
Nic nie odpowiedziała. Wzięła ten wydruk, zgięła na pół i poszła do pokoju. Z szafki wyjęła teczkę z dokumentami. Słyszałem, jak zamyka zamek.
Następnego dnia rano jej pensja wpłynęła o 9:41. Specjalnie sprawdziłem w telefonie — dostałem powiadomienie z banku, bo mieliśmy konto wspólne na dom. W sypialni było cicho. Wyszedłem do garażu pod blokiem, bo dzwonił Witek.
— I co? — zapytał.
— Daj mi chwilę. Wszystko będzie.
— Ona wie?
— Wie.
— Grymasi?
— Nie grymasi. Tylko się z nią dogaduję.
Właściwie to sam siebie oszukiwałem. Po południu dostałem wiadomość od Magdy. Krótką, bez przecinków: „Przelałam 146 tysięcy na wcześniejszą spłatę mojego kredytu. Twojemu bratu nic nie wysyłam”.
Poczułem się tak, jakby ktoś otworzył drzwi balkonowe na oścież. Przecież nie o to chodziło. Przecież miała być po mojej stronie.
Zadzwoniłem. Nie odebrała. Napisałem: „Postawiłaś mnie przed bratem w idiotycznej sytuacji”. Odpisała po godzinie: „Sam się postawiłeś”.
Wieczorem pojechałem do Witka, do jego mieszkania na Bałutach. Siedział w kuchni, w dresie, jadł kanapkę z pasztetem. Na stole leżała korespondencja z banku, koperty z paskami, których nie chciał otwierać.
— Mówiłeś, że załatwione — powiedział z pełnymi ustami.
— Załatwię.
— Kiedy?
Nie wiedziałem. Miałem na koncie jedenaście tysięcy i dwadzieścia groszy. Oszczędności poszły w osiemdziesiąt tysięcy, które oddałem.
— Sprzedaję swój udział w warsztacie — powiedziałem w końcu.
Witek odłożył kanapkę.
— Kpisz? Pół życia tam zostawiłeś. Dla mnie?
— Nie dla ciebie. Dla nas. Żebyś nie stracił mieszkania.
— A Magda?
— Magda nie musi wiedzieć.
Wracałem do domu po dwudziestej trzeciej. Gdańska świeciła mokrym asfaltem, tramwaj linii 41 stał na pętli, w środku sprzątaczka przesuwała mopem po podłodze. W radiu leciał jakiś stary kawałek z lat dziewięćdziesiątych. Ściszyłem.
W mieszkaniu paliło się światło. Magda siedziała w salonie z laptopem, na ekranie otwarty arkusz kredytowy. Obok leżała ta sama teczka, co wczoraj.
— Sprzedaję swój udział — oznajmiłem.
Nie podniosła oczu znad ekranu.
— Twój wybór.
— To czterdzieści procent firmy, którą budowałem dziewięć lat.
— Wiem.
Podszedłem do stołu.
— Ty nic nie rozumiesz. Witek został sam. Bank już wysłał mu wezwanie. Jak nie zapłaci, licytują mieszkanie. Jego dzieci…
— Jego dzieci mają matkę, która pracuje. A twój brat mógł sprzedać tokarki za połowę ceny jeszcze w czerwcu. Nie chciał. To nie moja sprawa.
— Zimna z ciebie baba.
Wtedy wstała. Nie podniosła głosu. Podeszła do przedpokoju, zdjęła z wieszaka klucze, położyła je na parapecie.
— Wyprowadzam się. Moje mieszkanie jest gotowe. A ty zrób z udziałem, co uważasz.
— Przestań. Nikt cię nie wygania.
— Ale też nikt mnie nie pytał, czy chcę spłacać twojego brata. Ty mnie po prostu wpisałeś do planu. Jak pozycję w budżecie.
Nie miałem nic. Bo właściwie tak było.
Wyprowadziła się w sobotę rano. Wzięła walizkę, dwie torby i laptopa. Stanęła w drzwiach, popatrzyła na przedpokój, jakby sprawdzała, czy czegoś nie zapomniała, po czym zamknęła cicho drzwi.
Sprzedałem udziały. Dwadzieścia osiem dni zajęło znalezienie kupca. Facet nazywał się Górecki, przyjechał z Konstantynowa. Zapłacił trzysta czterdzieści sześć tysięcy, czterdzieści procent udziału w firmie, która przez lata była moim całym życiem. Podpisałem umowę przy biurku w warsztacie, wśród pudeł z częściami i smrodu oleju.
Pieniądze od razu poszły na dług Witka. Czterysta dwadzieścia tysięcy zamknięte. Zostały mi dwie rzeczy: poczucie, że uratowałem brata, i puste mieszkanie.
Magda przysłała mi dwa zdjęcia swojego nowego mieszkania. Pomalowane na jasnoszary kolor. W kuchni lampa z Ikei, na parapecie rozmaryn w glinianej doniczce. Napisała krótko: „Możesz przyjść po resztę rzeczy. Pudełka pod oknem”.
Poszedłem w niedzielę. Winda jechała wolno, pachniało czymś słodkim, chyba cynamonem. Zapukałem. Otworzyła w dresie, z włosami związanymi w kok. Po raz pierwszy od miesiąca zobaczyłem, że wygląda… lekko.
— Pudełka w sypialni — powiedziała i wróciła do salonu.
Wziąłem pudła. W środku stare zeszyty, ładowarki, kubek z nadrukiem z Zakopanego, książka kucharska jej babci, skarpetki, moja ulubiona bluza z kapturem.
— Magda — zacząłem.
— Nie — przerwała. — Nie dzisiaj. Dopiero mi się tu dobrze oddycha.
Wyszedłem. Na klatce schodowej usiadłem na parapecie i patrzyłem na drzwi jej mieszkania, na mosiężną cyfrę 8, która trzymała się na jednym wkręcie. Siedziałem tak chyba z dziesięć minut.
Witek zadzwonił trzy dni później.
— Dziękuję. Nie wiem, co bym zrobił.
— Nie ma sprawy — powiedziałem.
— Co z Magdą?
— Wróci. — Chociaż sam już w to nie wierzyłem.
Położyłem się na łóżku, na jej stronie, tam, gdzie materac był jeszcze trochę wygnieciony. Zamknąłem oczy i przypomniałem sobie, jak cztery lata temu przyjechała do mnie z jedną walizką i mówiła, że moja dzielnica pachnie piekarnią. Też była mżawka, taka sama jak teraz. I wtedy myślałem, że wszystko przed nami.
