Więzień numer 4517

Zakład karny dla kobiet w Białce pod Lublinem stał osiem kilometrów za miastem, przy drodze, którą jeździły głównie śmieciarki i autobus podmiejski numer 47. W maju wokół murów kwitł rzepak; żółte łany podchodziły pod samą bramę, a woń siała się po spacerniaku nawet przy zamkniętych oknach. Pracowałam tam jako oddziałowa dwanaście lat i przez cały ten czas nie widziałam nic, czego nie dałoby się wytłumaczyć regulaminem. Do czwartku, kiedy Marta Kopeć z celi 117 zemdlała podczas porannego apelu.

— Słabo mi — powiedziała i osunęła się po ścianie, zanim któraś z nas zdążyła podejść.

Marta miała siedemdziesiąt jeden lat. Siedziała u nas ósmy rok, z czego ostatnie pół roku w izolatce po bójce z naczelną zmiany. W pojedynkę, zamknięta na elektroniczny zamek, wypuszczana na godzinę spaceru dziennie. Kiedy lekarz więzienny zrobił jej badania, siedziałam przy drzwiach ambulatorium i słyszałam, jak doktor Wanda Sawicka trzeci raz przewraca kartki wyników.

— To niemożliwe — powtórzyła.

Marta Kopeć była w dwunastym tygodniu ciąży.

Wieczorem siedziałyśmy w dyżurce. Wanda rzuciła wyniki na stół, a ja stałam przy oknie i patrzyłam, jak reflektory po kolei gasną na ścianie bloku C.

— Nikt do niej nie wchodził — powiedziałam. — Izolatka jest monitorowana całą dobę. Zamki na karty. W dzienniku wpisany każdy krok.

— To sprawdźcie, kto ma karty — odparła Wanda.

Sprawdziłyśmy. Karty miało jedenaście osób. Dziesięć kobiet i jeden mężczyzna, Marek Zawadzki, technik z nocnej zmiany. Zauważyłam go wcześniej kilka razy, jak kręcił się przy skrzydle izolatek, chociaż nie miał tam nic do roboty. Raz zapytałam, czego szuka.

— Światła migają na korytarzu B — powiedział i odszedł, unikając mojego wzroku.

Tydzień po Marcie mdłości zgłosiła Ewelina Radek, lat sześćdziesiąt osiem, w zakładzie od dwóch lat. Też izolatka. Badanie wykazało ósmy tydzień ciąży — o tydzień więcej niż u Marty, jakby obie zaszły niemal w tym samym czasie, tylko w innej kolejności trafiły pod lekarski nóż. Kiedy przyszły wyniki, nikt już nie wierzył w pomyłkę laboratorium. Zaczęło się wewnętrzne postępowanie, które nie wykazało nic. Kamery nocne działały. Drzwi pozostawały zamknięte. W korytarzach nikogo obcego.

Trzecia kobieta, Halina Stec, lat siedemdziesiąt cztery, została zbadana po tym, jak zwymiotowała na korytarzu podczas liczenia. Szósty tydzień. Kiedy lekarz potwierdził ciążę, w całym bloku zrobiło się głośno. Więźniarki pukały w drzwi cel i pytały, czy to jakaś epidemia. Część strażniczek odmówiła nocnych dyżurów.

Na odprawie siedziałam długo cicho. Potem powiedziałam:

— A może my cały czas patrzymy na nagrania, które ktoś podmienia?

Marek uniósł głowę znad raportu. Siedział trzy krzesła ode mnie, przy drzwiach. Widziałam, jak palce zacisnął na długopisie.

— Zamontujmy drugą kamerę — dodałam. — Małą, na końcu korytarza. Nie podłączoną do głównego systemu. Niech nie wie o niej nikt poza nami.

Zgodzili się następnego dnia. O montażu wiedziały trzy osoby. Marek nie był jedną z nich.

Cztery noce ciszy. Piątej, o 2:17, ukryta kamera zarejestrowała ruch.

Na nagraniu Marek podszedł do celi Marty, rozejrzał się i przyłożył kartę do czytnika. Drzwi odskoczyły. Ale on nie wszedł. Odsunął się, a po chwili na korytarzu pojawiła się kobieta w białym fartuchu. Doktor Wanda Sawicka. Niosła metalowy pojemnik z uchwytem izolowanym pianką — taki, w jakim przewozi się próbki wymagające stałej temperatury. Zniknęła w celi Marty na piętnaście minut, wyszła, potem razem z Markiem poszli do celi Eweliny, a później do Haliny.

O szóstej rano oboje siedzieli w pokoju przesłuchań.

— Nic im nie zrobiłem — powtarzał Marek. — Wanda mówiła, że to zwykłe zabiegi ginekologiczne.

Przeszukanie gabinetu lekarki ujawniło teczki z nazwiskami. Marta Kopeć, Ewelina Radek, Halina Stec i jeszcze siedem innych. Przy każdym nazwisku jedno słowo: „Kandydatka”, a obok data i godzina zapisana jak w harmonogramie zabiegu. Były też faktury od prywatnej kliniki leczenia niepłodności, która oficjalnie zniknęła z rejestru trzy lata wcześniej, oraz zamówienia na strzykawki do transferu zarodków i pożywki hodowlane.

Wanda początkowo milczała. Dopiero kiedy położyłam przed nią wydruk z ukrytej kamery, przyznała wszystko.

— To były transfery — powiedziała cicho. — Zamrożone zarodki, dawno przygotowane, jeszcze zanim klinika zamknęła działalność. Wprowadzałam je metodą in vitro, tak jak się robi to każdej pacjentce starającej się o dziecko. Tyle że te kobiety niczego nie podpisały. Nie wiedziały, co im wszczepiam pod pozorem rutynowego badania.

— Skąd zarodki? — zapytałam.

— Bank zarodków klienta, który zapłacił za cały program. Nie pytałam więcej, niż musiałam.

Marek brał za otwieranie cel osiem tysięcy złotych miesięcznie i pomagał wycinać fragmenty monitoringu.

— Spółka zamknięta trzy lata temu — powiedziałam. — Kto pani wydawał polecenia?

Wanda poprawiła fartuch. Zauważyłam, że wewnętrzna strona kołnierza ma przebarwienie po chlorze.

— Ja tylko wykonywałam zlecenia.

— Czyje?

— Nie znam nazwiska. Instrukcje przychodziły przez wewnętrzną pocztę zakładu, z pieczątką działu administracyjnego. Ktoś w tym budynku miał dostęp do systemu obiegu dokumentów i podpisywał się inicjałami. J.K. Sprawdzałam kartotekę personelu — nikt o takich inicjałach nigdy tu nie pracował na etacie. To ktoś, kto miał dostęp, ale nie istniał na papierze.

Nazwisko J.K. nie pojawiło się już nigdy w żadnych aktach. Prokuratura umorzyła ten wątek po roku, tłumacząc, że ślad urywa się na serwerze pocztowym, który wymieniono podczas remontu.

Wieczorem obejrzałam ukryte nagranie po raz czwarty. Tym razem zwróciłam uwagę na odbicie w przeszklonych drzwiach na końcu korytarza. Stała tam jakaś postać. Powiększyłam kadr. Starsza kobieta w więziennej kurtce, nieduża, z rękami skrzyżowanymi na piersi.

Róża Bartoszek, lat siedemdziesiąt sześć. Według dokumentacji zmarła osiem miesięcy wcześniej na zawał w szpitalu zewnętrznym. Ale na nagraniu z 2:23 stała spokojnie i patrzyła, jak Wanda wchodzi do celi Haliny.

Nad ranem przeszukaliśmy zamknięte skrzydło bloku D, to po remoncie. Za regałem z pościelą, w magazynku, o którym nie było wzmianki w planach, znaleźliśmy metalowe drzwi na elektroniczny zamek. Otwierała je tylko jedna karta. Należała do Wandy.

Za drzwiami schody w dół. Na dole korytarz wyłożony szarą wykładziną, pomalowany na biało, z jarzeniówkami, które brzęczały jak muchy. Przy trzecich drzwiach stało krzesło, a na nim termofor.

Róża siedziała w pokoju z łóżkiem, umywalką i czajnikiem. Nie wyglądała na przestraszoną. Raczej na kogoś, kto długo czekał, aż ktoś w końcu ją znajdzie.

— Znaleźliście nas — powiedziała.

— Nas?

Wskazała palcem korytarz. Za pozostałymi drzwiami siedziało jeszcze pięć kobiet. Wszystkie figurowały jako zmarłe albo przeniesione do innych zakładów. Najmłodsza miała sześćdziesiąt osiem lat, najstarsza osiemdziesiąt jeden.

— Kim pani jest w tym wszystkim? — zapytałam wprost. — Ofiarą czy jedną z nich?

Róża usiadła na brzegu łóżka i przez chwilę wygładzała kant koca, jakby to była jedyna rzecz, nad którą wciąż miała władzę.

— Zaszłam w ciążę pierwsza, dwa lata temu. Nie przeżyłam porodu tak, jak powinnam była przeżyć — dlatego papiery mówią, że umarłam. Zamiast pochować, przenieśli mnie tutaj, żebym pilnowała reszty. Uczyłam je, jak oddychać przy skurczach, kiedy nie było komu wezwać karetki. To ja obwiązywałam im brzuchy, kiedy bolało. Nie jestem świadkiem. Jestem kimś pomiędzy — za dużo widziałam, żeby nazwać się ofiarą, za mało miałam do powiedzenia, żeby nazwać się winną.

Zimno mi się zrobiło w karku.

— A dzieci? Co się z nimi dzieje?

Róża podniosła się i podeszła do małego okna, które wychodziło na ścianę z cegły.

— Mój syn ma teraz dwa lata. Zabrali go stąd trzeci dzień po porodzie. Widziałam go później raz, przez szybę, jak ktoś przewoził go w foteliku samochodowym. Nie wiem, dokąd. — Głos jej się nie załamał, tylko ścichł, jakby oszczędzała go na coś ważniejszego. — Oni nie chcieli wiedzieć, czy ciąża się utrzyma. Chcieli wiedzieć, co zrobić z dzieckiem, kiedy matka nie dożyje jego pełnoletności. To myśmy byli eksperymentem. Dzieci są tylko dowodem, że eksperyment się udał.

Kiedy to powiedziała, jarzeniówka nad naszymi głowami zamrugała i na sekundę zgasła. Potem zapaliła się z dźwiękiem, jakby ktoś strzelił palcami.

Tego samego dnia przyjechała policja z Lublina. Zabezpieczyli podziemny korytarz, dokumentację, komputery z ambulatorium. Wanda trafiła do aresztu. Markowi postawili zarzuty. A ja dostałam nakaz milczenia i telefon, żebym przyszła na przesłuchanie w charakterze świadka.

Trzy tygodnie później prokurator pokazał mi część akt. W podziemnym pomieszczeniu, które wskazała Róża, znaleziono sprzęt do in vitro, inkubator i pisemną procedurę. Wynikało z niej, że firma, zanim zamknięto ją oficjalnie, prowadziła badania nad ciążą u kobiet po siedemdziesiątce, wykorzystując zamrożone zarodki z własnego banku. Nie chodziło o to, czy ciąża się utrzyma — to sprawdzono już dawno, na Róży i na dwóch kobietach, których nazwisk nikt mi nie podał. Chodziło o to, co stanie się z dzieckiem, kiedy starsza matka umrze przed jego pełnoletnością. Kto przejmie opiekę. Czy można zapisać dziecko instytucji. Jak długo własność jest dziedziczna. W aktach, przy pytaniu badawczym, ktoś dopisał ołówkiem jedno słowo: „inkubacja”.

Marta urodziła w szóstym miesiącu śledztwa, w szpitalu więziennym pod nadzorem prokuratury — chłopca, zdrowego, mimo wcześniactwa. Widziałam go raz, przez okno oddziału noworodkowego, zanim zabrał go kurator sądowy do rodziny zastępczej. Marta wróciła do celi trzy dni później. Zapytałam ją wtedy, czy chce wiedzieć, gdzie trafił syn.

— Nie — powiedziała. — Wolę myśleć, że go nie było.

Ewelina poroniła w ósmym tygodniu śledztwa, w izbie chorych, sama, bo dyżurna pielęgniarka spóźniła się dwadzieścia minut. Halina donosiła ciążę do siódmego miesiąca i zmarła na sali porodowej razem z dzieckiem — serce nie wytrzymało akcji, którą lekarze nazwali później „przedwczesną, ale nieuniknioną”.

Nie powiedziałam o tym nikomu więcej, niż musiałam. Nie mogłam.

Marek wyszedł po trzech latach. Dowiedziałam się przypadkiem, od dawnej koleżanki z zakładu. Miał pracować w dyskoncie z narzędziami na obrzeżach Świdnika. Nie sprawdzałam.

Wandę skazano na osiem lat. Siedzi w innym zakładzie, na północy.

A Róża Bartoszek? Według nowych dokumentów zmarła naprawdę, tyle że w szpitalu psychiatrycznym, cztery lata po zamknięciu śledztwa. W aktach zgonu jako przyczynę wpisano „niewydolność wielonarządową”. Nie wiem, czy to prawda. Nie chciałam wiedzieć.

Do dziś pamiętam, jak tamtego ranka, zanim zeszliśmy do podziemia, Róża zdjęła z szyi sznurek z małym kluczykiem. Podała mi go bez słowa.

— Co to? — zapytałam.

— Skrytka na dworcu w Lublinie. Numer 217. Tam są papiery. Nazwiska tych, co to wymyślili. Ludzi z zarządu, nie tylko lekarki i technika.

Wzięłam ten kluczyk dopiero cztery miesiące później, kiedy sprawa Wandy się skończyła, a ja przestałam się bać, że ktoś śledzi moje ruchy. Pojechałam do Lublina autobusem podmiejskim, tym samym numerem 47, którym dwanaście lat jeździłam do pracy. Skrytka 217 była pusta. Nie licząc jednej kartki papieru, złożonej na pół, z odręcznym napisem: „Za późno. J.K.”

Nie wiem, czy ktoś mnie ubiegł, czy skrytka nigdy nie kryła niczego więcej niż tę wiadomość. Wiem tylko, że od tamtego dnia sprawdzam za każdym razem, zanim wsiądę do autobusu, czy ktoś nie stoi zbyt blisko przystanku, patrząc, jak wsiadam.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: