Wszystko zaczęło się od tego, że u nas na klatce, na trzecim piętrze, przepaliła się żarówka. Wiesz, jak to jest w starych blokach na Ursynowie w Warszawie — niby wspólnota mieszkaniowa, niby administrator, a człowiek świeci sobie telefonem jak w lesie. Wracałam wtedy z dyżuru w przychodni, niosłam torbę z lekami dla mamy, i na schodach usłyszałam trzaśnięcie drzwi. To była Marta. Z mieszkania numer czternaście. Przecięła mi drogę, schodząc po schodach w rozpiętej kurtce, chociaż na dworze mżyło. Włosy miała mokre od mgły, w jednej ręce torebkę, w drugiej telefon. Za jej otwartymi drzwiami czuć było kapustę kiszoną. I głos jej męża:
— Wróć, moja matka zaraz przyjdzie!
Nawet się nie odwróciła. Tylko przyspieszyła kroku. A ja pomyślałam, że ten chleb, co jej został w kuchni, na sto procent wystygnie, zanim ktoś z tej rodziny powie „dziękuję”.
Tego dnia widziałam ją dwa razy.
Pierwszy raz rano, w autobusie 704, tym przegubowym, co jedzie w stronę cmentarza na Wólce Węglowej. Siedziałam z tyłu, bo przednie miejsca zajmował chłopak z rowerem i jakaś babcia z wózkiem na zakupy. Marta wsiadła na przystanku „Ursynów Centrum”. Stanęła przy oknie, przycisnęła do szyby bukiet chryzantem, jakby chciała je utrzymać przy życiu, żeby nie zmarzły. Palce miała czerwone, paznokcie obgryzione do żywego. Nie patrzyła w telefon. Patrzyła przez okno, a w szybie odbijały się mokre dachy bloków i szare niebo, i chyba ja, bo siedziałam naprzeciwko. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Ale to nie był uśmiech. To było coś, co się robi, żeby nie rozpłakać się przy obcych.
Wysiadła na mojej przystanku. Poszła w lewo, alejką pod kaplicą. Nie wiem, do kogo szła. Nie wiem, kto tam leży. Ale widziałam, jak układa te chryzantemy na jakimś grobie, daleko od głównego wejścia. Wiatr uniósł poły jej kurtki, a ona stała i ich nie poprawiała. Potem oparła czoło o zimny kamień. I tak stała dość długo, aż jakaś wrona z krzykiem zerwała się z pobliskiej brzozy.
Następny raz zobaczyłam ją już na naszej klatce. Było po piętnastej. Na schodach pachniało zupą grzybową z torebki, którą ktoś gotował na drugim piętrze. Wracałam z apteki, niosłam mamie syrop na kaszel i cztery cytryny. Na wycieraczce przed drzwiami Marty stały buty. Damskie, mokre, z przyklejonym do podeszwy liściem. Obok męskie, ustawione czubkami do środka. A zza drzwi dobiegał głos jej męża, Tomka — znam go, bo dwa razy pożyczał od nas wiertarkę i raz nie oddał kołka rozporowego.
— Przecież mówiłem, że przyjadą! Co mam im powiedzieć? Że żona pojechała na cmentarz i zostawiła pusty garnek?
Marta coś odpowiedziała. Cicho. Nie zrozumiałam słów, bo akurat na dole ktoś trzasnął drzwiami piwnicy. Potem znowu on:
— Cały dzień cię nie ma, a rodzina przyjeżdża. Jaka z ciebie gospodyni?
I wtedy, wiesz, zrobiło mi się głupio, że stoję i podsłuchuję. Zrobiłam krok w stronę naszych drzwi. Ale właśnie wtedy u Marty coś zabrzęczało — talerz albo pokrywka. I nagle powiedziała na cały głos, aż echo poszło po klatce:
— Masz ręce, Tomek. Ugotuj sobie sam.
Zapadła cisza. Krótka, ale taka, co wisi w całym bloku. W tym osiedlowym akwarium zawsze tak jest — jak tylko ktoś wreszcie przestaje odgrywać swoją rolę, słychać to u sąsiada w kuchni.
Drzwi się otworzyły. Marta wyszła na klatkę. W ręce trzymała klucz do piwnicy, stary, na sznurku. Spojrzała na mnie, a ja udałam, że czegoś szukam w kieszeni. Nie wytrzymałam i powiedziałam:
— Marta, u nas za ścianą stoi ta akwarela, co kiedyś chciałaś oprawić. Jak chcesz, wpadnij.
— A, ta z targu na Bakalarskiej — odpowiedziała i poprawiła kołnierz. — Dziękuję.
I poszła w dół. Buty na wycieraczce zostały. Męskie i damskie.
Wieczorem opowiadałam mamie, jak Marta z czternastki po raz pierwszy nie przygotowała obiadu dla teściowej. Mama, która od dziesięciu lat nie wstaje z łóżka, uniosła brwi tak wysoko, że chusta jej się zsunęła.
— Ta, co jej teściowa co niedzielę mówiła przy wszystkich, że zupa za słona?
— Ta sama — odpowiedziałam i postawiłam przed nią herbatę. — Teraz chyba już nie powie.
Mama długo patrzyła w sufit. Potem mruknęła:
— Szkoda, że ja tak nie umiałam.
Drugi akt tej historii rozgrywa się już nie na moim podwórku. Pół roku później spotkałam Martę w markecie na Alei KEN. Stała przy stoisku ze słodyczami, a w koszyku niosła dwa rogaliki z różaną konfiturą i mały sok pomarańczowy. Nie ten litrowy, tylko dwieście pięćdziesiąt mililitrów. Dla jednej osoby.
— Jak leci, Marta? — spytałam, choć nie chciałam być wścibska. Ale we mnie siedzi dziewczyna z ciasnej klatki schodowej, która uważa, że skoro raz wymieniłaś się z kimś chryzantemami i kluczem do piwnicy, to masz już prawo pytać.
— Eh, wiesz — powiedziała, nie patrząc na mnie. — Czasem lepiej nie wiedzieć.
Później dowiedziałam się, że Tomek po tamtej awanturze wyjechał do matki. Na tydzień. Wrócił, bo w pracy rozniosło się, że nie ma wyprasowanych koszul, a matka powiedziała mu, że u niej to nie hotel. Ale w łazience Marty znalazłam coś innego — bo potem, w styczniu, poprosiła mnie o pomoc w powieszeniu półek w przedpokoju. Powiedziała, że nie ma kto.
— A mąż? — spytałam głupio.
— Ma wolną chwilę w weekend. Ale nie dla mnie.
Wtedy zobaczyłam w jej kuchni pustą puszkę po herbacie miętowej. Stała na parapecie, a w środku leżały rachunki. Za gaz, prąd, czynsz. Wszystkie zaadresowane na jej nazwisko. I karteczka przyklejona do lodówki magnesem w kształcie koniczynki: „Nie zapomnij o opłatach, bo inaczej ja nie zapłacę za internet”.
Nie wiem, dlaczego akurat to zapamiętałam. Może dlatego, że to było jedyne zdanie, jakie Tomek kiedykolwiek napisał żonie na piśmie. Nie liścik, nie wyznanie, tylko groźba odcięcia internetu.
Najgorzej zrobiło się w marcu. Wracałam z dyżuru nocnego, było po siódmej rano, na chodnikach leżała ta mokra breja, co w Warszawie może zaskoczyć w środku tygodnia. W korytarzu stała nieznana kobieta w futrzanej czapce. Paliła przy oknie na klatce, choć był zakaz. Popiół strzepywała na parapet.
— Do kogo pani idzie? — spytałam.
— Do synowej — odpowiedziała i zgasiła papierosa o framugę.
Teściowa Marty. Poznałam ją po głosie, po tym „do synowej”, jakby słowo miało dwie litery za dużo.
Zadzwoniła. Marta otworzyła. I wtedy usłyszałam coś, czego nigdy nie zapomnę, bo rzadko się zdarza, żeby ktoś podniósł głos akurat wtedy, kiedy wszyscy jeszcze śpią.
— Myślisz, że jak nie ugotujesz, to coś zmienisz? — zaczęła stara kobieta. — Tomek cię zostawi i wylądujesz na bruku. Bo mieszkanie jest nasze, po teściu. Zobaczysz, zabiorą ci lokal.
Marta stała w progu. Nie cofnęła się. Miała fartuch z kieszeniami, a z jednej wystawała łopatka do ciasta. Wyjęła ją powoli i odłożyła na półkę przy drzwiach. Tak spokojnie, jakby odkładała łyżkę, a nie narzędzie, które mogło zostać źle zinterpretowane.
— To mieszkanie — powiedziała cicho — jest wykupione moim macierzyństwem. Ale nieważne. Proszę wejść, zjeść. Tylko potem trzeba pozmywać naczynia.
I otworzyła drzwi szerzej. Teściowa weszła, ciągnąc za sobą zapach dymu i lawendowej wody kolońskiej. Tomek pojawił się w głębi korytarza, tylko w skarpetkach, z miną człowieka, który liczy, że matka wszystko załatwi, a on nie będzie musiał nic robić.
Nie wiem, co wtedy jedli. Wiem, że po godzinie wszyscy wyszli. Stara kobieta minęła mnie na schodach i rzuciła:
— Sąsiadka pani głupia jak but.
Odpowiedziałam:
— Za to buty trzyma na wycieraczce.
Chyba nie zrozumiała.
Trzy dni później spotkałam Martę na przystanku. Czekałyśmy na ten sam nocny autobus, 611. Powiedziała mi, że znalazła akt notarialny w szafce pod pościelą. Ten, o którym Tomek mówił, że się zgubił. I że poszła do prawnika na ulicę Puławską. I że dowiedziała się, że mieszkanie faktycznie zostało przepisane na Tomka. Ale nie przez jej matkę, nie przez nią. Tylko przez teścia, który dziesięć lat temu darował synowi nieruchomość, a ona podpisała zgodę, bo była w ósmym miesiącu ciąży i chciała mieć spokój.
— Ale wiesz co? — dodała, kiedy autobus skręcał w Ursynowską. — Już nie chcę z nim być tylko dlatego, że mam gdzie spać.
Wtedy wyjęła z kieszeni telefon. Pokazała mi zdjęcie. Mały czerwony notesik, a w środku lista. Na liście osiem punktów. Pierwszy: „Wynająć pokój na Mokotowie”. Drugi: „Wziąć z pracy zaświadczenie o dochodach”. Trzeci: „Osobne konto w banku”. I tak dalej. Nie pytałam, co dalej. Nie moja sprawa.
W kwietniu Tomek wyjechał. Nie, nie wyjechał. Wyprowadził się. Zabrali go w sobotę, dwaj kuzyni w czarnych kurtkach. Znieśli telewizor, laptop, maszynkę do golenia. Marta stała na balkonie i patrzyła, jak ładują do samochodu kartony po bananach. Potem weszła do mieszkania i zostawiła na parapecie te jego kołki rozporowe, co zostały u nas. Zapukała do naszych drzwi.
— To chyba wasze — powiedziała.
Trzymała w ręce cztery kołki i dwie śrubki. Zostawiła mi je w progu, jak się oddaje pożyczone naczynie.
— A wiertarka? — spytałam.
— Nie oddał. Ale nic. Wolę stracić wiertarkę niż rok życia.
I zamknęła drzwi.
Potem długo nic. W maju widziałam, jak wiesza firanki. W czerwcu przyjechała do niej siostra z Gdańska, o wąskich ustach i głośnym śmiechu. Słyszałam przez ścianę, jak piją herbatę i oglądają teleturniej. W lipcu Marta pomalowała przedpokój na kolor gołębiej szarości. Sama. Stała na drabinie w za dużych spodniach dresowych, a ja trzymałam pędzel, żeby nie kapało na wykładzinę.
A we wrześniu wrócił Tomek. Nie z bukietem. Z pobladłą twarzą, w wygniecionej koszuli, z walizką, w której ktoś mu włożył tylko kabel od ładowarki. Stanął przed drzwiami numer czternaście i zadzwonił. Marta nie otworzyła. Zadzwonił drugi raz. Wyszłam na klatkę, bo akurat wyprowadzałam kota.
— Sąsiadko — powiedział do mnie. — Proszę jej powiedzieć, że mieszkanie jest moje.
— Proszę jej powiedzieć samemu — odpowiedziałam i zawołałam kota.
Zadzwonił trzeci raz. Wtedy Marta otworzyła. W ręce trzymała klucz. Tylko że to był nowy klucz, z plastikową główką w kolorze limonki. Nie pasował do starych zamków, bo w sierpniu wymieniła wkładki.
— Twoje mieszkanie? — powiedziała, a za nią w przedpokoju stała pusta puszka po herbacie miętowej, tym razem z napisem „Do oddania — czyste”. — To sobie je weź.
Podniosła z podłogi wycieraczkę. Pod spodem leżał akt notarialny. Kserokopia. I na tym akcie, długopisem, niebieskim, takim, co zostawia ślad na papierze, było napisane: „Mieszkanie współwłasnościowe, środki własne wniesione: 180 000 zł. Do zwrotu”.
— Nie masz prawa! — krzyknął Tomek.
— Mam. I z niego skorzystam.
Wtedy zeszłam po schodach. Nie chciałam patrzeć, jak trzęsą mu się ręce. Ale usłyszałam jeszcze, jak Marta mówi:
— Idź do matki. Ona też ma kuchenkę. I ręce.
Zamknęła drzwi. Na klatce znów zapachniało kapustą kiszoną, ale tym razem nikt już nie biegał, żeby zdążyć przed gośćmi.
Teraz, kiedy widzę Martę, nie myślę o tym, przez co przeszła. Myślę o tym, że na wycieraczce nie ma już męskich butów. A na jej drzwiach wisi nowa tabliczka, drewniana, z napisem „U mnie”. Powiesiła ją w listopadzie. W dniu, w którym jej matka rzekomo skończyłaby siedemdziesiąt lat. Nie wiem dokładnie, bo nie pytałam. Ale wracałam wtedy z cmentarza i widziałam, jak Marta z siostrą jedzą na balkonie ciasto brzoskwiniowe. Rozmawiały o czymś, śmiały się, a jedna z nich — chyba Marta — zdjęła kapcie i postawiła bose stopy na zimnej balustradzie.
Było po dwudziestej drugiej. Na Ursynowie pachniało dymem i deszczem. W oknach świeciły telewizory. A u Marty, pod czternastką, paliła się mała lampka z bursztynowym abażurem.
Chciałam zapukać. Ale zamiast tego weszłam do siebie, zdjęłam buty i zostawiłam na parapecie te cztery kołki, które mi dała. Stały tam jeszcze tydzień. Potem wyrzuciłam je do śmieci.
Nie wiem, ile Marta zapłaciła prawnikowi. Nie wiem, ile dostała w ugodzie. Ale wiem, że pewnego ranka, kiedy zeszłam po pieczywo, na szybie jej samochodu — małego czerwonego Fiata Punto z wgniecioną klapą bagażnika — leżał mandat za parkowanie. Wsunięty pod wycieraczkę. A pod mandatem ktoś położył karteczkę. Nie wiem kto. Może Tomek. Może jego matka. Na kartce było jedno słowo: „Przesadziłaś”.
Marta zeszła w dresie i kapciach. Zobaczyła mandat. Zobaczyła karteczkę. Potem wsiadła do samochodu i przejechała dwie ulice, do stacji na Alei KEN. Kupiła sobie kawę z automatu, los na loterii i nowy abonament parkingowy. Los nic nie wygrał. Ale kiedy wracała, na jej twarzy było coś, czego wcześniej nie widziałam u nikogo, kto wraca z parkingu po mandacie.
Prowadziła z opuszczoną lewą ręką, w prawej trzymała kubek z kawą. A przez otwartą szybę z radia leciała piosenka Kayah. Patrzyłam, jak znika za rogiem, i pomyślałam, że ta kobieta w końcu parkuje tam, gdzie chce. I że to już coś znaczy.
Tego dnia chleb w jej kuchni wystygł do końca. I po raz pierwszy nikt tego nie zauważył.
