Sąsiadka, pani Wanda, mówi, że to żadna historia, tylko gotowy scenariusz do telewizji. Może i tak. Tylko że ja w tym scenariuszu grałam rolę, której nikt nie chce: matki, co własnym dzieciom potrzebna jest wyłącznie do podpisu u notariusza.
Mieszkam w Rudzie Śląskiej, w bliźniaku po mężu. Całe życie z Henrykiem włożyliśmy w te ściany. Piętnaście lat nosił cegły, ja pilnowałam tynków. Dach, okna dachowe, garaż na dwa auta — wszystko było wymarzone. W garażu dzisiaj stoi tylko mój stary rower, bo syn woli swoje mieszkanie w Katowicach, a córka wynajmuje kawalerkę w Gliwicach. Mówi, że tak jej bliżej do pracy. Do matki to by już nie było bliżej. Trzydzieści kilometrów to przepaść, jak się nie chce przyjechać.
W zeszłym roku policzyłam. W ciągu dwunastu miesięcy dzieci odwiedziły mnie cztery razy. Cztery! Na imieniny, na Wielkanoc, no i dwa razy wpadły po drodze, bo akurat coś załatwiały w okolicy. Usiedli w salonie, wypili herbatę, nawet nie zdjęli kurtek. Córka cały czas zerkała w telefon. Syn ładował mi pranie do pralki, bo u niego w bloku akurat zepsuła się pralka. Pralka sprawna, to podrzucił. Matka to nie człowiek, tylko punkt usługowy.
Najlepsze, że wnuki pamiętają o mnie lepiej niż rodzice. Dzwonią czasem, nawet przyjeżdżają na obiad. Nie powiem, cieszy mnie to. Ale jak wnuczek Patryk pyta, dlaczego mama z nami nie przyjechała, to co mam powiedzieć? Że mama ma ważniejsze sprawy? Że mama jest zmęczona? A ja nie jestem zmęczona.
Pewnego ranka usiadłam przy kuchennym stole, nalałam sobie kawy i przeczytałam ogłoszenie z gazety, które leżało na parapecie od tygodnia. Potem wzięłam telefon. Wystukałam wiadomość do syna. Najpierw napisałam: „Zamierzam sprzedać dom”. Potem wykasowałam. Napisałam: „Pomyślałam o czymś ważnym”. Też wykasowałam. W końcu znalazłam słowa. „Od poniedziałku dom idzie na sprzedaż. Jak chcecie coś z niego zabrać, macie weekend.”
Zadzwonił w dwanaście minut. Rekord. Od czasu wypadku, jak leżałam w szpitalu ze złamaną nogą, nie wykręcił do mnie tak szybko.
— Mamo, co to za wiadomość? Jak sprzedaż? Jaki weekend? — sapał, jakby biegł po schodach.
— Zwykła. W poniedziałek dzwonię do agencji. Dom jest wart swoje, podzielę po równo. Tylko nie chcę, żebyście potem mieli pretensje, że nie pozwoliłam zabrać wazonu po babci.
— Mamo, ale kto ci to doradził? Wanda? Ta stara plotkara?
Trzasnęły mi drzwi od serca. Nagle zrobiło się tam bardzo ciemno i bardzo zimno. Zamiast mnie zapytać, czemu, co się stało, czy coś jest nie tak — on pyta, kto mi doradził. Bo matka sama by nie wymyśliła. Bo matka nie ma prawa chcieć czegokolwiek.
— Nikt mi nie doradzał — powiedziałam. — Sama zlicytuję. Przyjedźcie w sobotę.
Odłożyłam słuchawkę. Pół godziny siedziałam przy stole i patrzyłam w kubek. Kawa wystygła. Na ścianie tykał zegar po babci. Taki stary, z wahadłem, co go Henryk przywiózł z Lwowa w siedemdziesiątym drugim.
W piątek wieczorem pod dom podjechały oba auta. Syn w firmowym golfie, córka taksówką, bo nie chciało jej się parkować. Zdziwili się, że otworzyłam. A czemu miałabym nie otworzyć? Swoich wpuszczam.
Córka od progu:
— Mamo, co to za pomysł? Kto sprzedaje dom po rodzicach? Tu się wychowałyśmy, tu jest pamięć!
— Pamięć — powtórzyłam. — No to masz rację. A pamiętasz, jak w tym miejscu, gdzie teraz stolik, uczyłaś się do matury? I mama ci przynosiła kakao o północy?
Milczała.
— Pamiętasz, jak tu leżał dziadek, gdy już nie wstawał? Ostatnie trzy tygodnie. Świeciła ta lampa. Kto wtedy przy nim siedział?
Syn wtrącił:
— To co teraz, będziemy to wytykać? Mamy swoje życie, mamo! Nie wszyscy umieją siedzieć w domu w nieskończoność i czekać, aż się coś stanie.
Spojrzałam na niego. Stał w tej samej kurtce, w której przyjechał ostatnio. Kurtka firmy budowlanej, od kolan błoto. Nie zrobił mi prania tym razem. Ale do matki po pranie to chętnie.
— Nie czekam — odpowiedziałam. — Czekałam dziesięć lat. Teraz mam plan.
Córka przysiadła na rogu sofy, takiej z zielonym obiciem, co pamięta jeszcze komunię. Próbowała mięknąć.
— No mamo, przecież wiesz, że cię kochamy. Tylko praca, wiesz, ile kosztuje kawalerka w Gliwicach. Pół pensji idzie na wynajem.
— Wiem, dzwoniłaś z tym do mnie w zeszłym miesiącu. A ja wtedy powiedziałam: może chcesz wrócić. Nie odpowiedziałaś.
— Bo to nie takie proste…
— Proste — przerwałam. — Przyjeżdżasz, masz całe piętro. Dwa pokoje, łazienka, balkon na południe. Nikt ci nie każe płacić. Ale ty nie chcesz mieszkać z matką. Rozumiem. Tylko w takim razie matka nie musi trzymać pustego piętra dla kogoś, kto nie przyjeżdża.
Syn się zdenerwował:
— To co chcesz? Żebyśmy padli na kolana? Przepraszamy, mamo! Sto razy przepraszamy! Będziemy przyjeżdżać co tydzień!
— Nie musicie — odparłam cicho. — Po prostu nie musicie. Tylko ja już nie muszę trzymać tego domu. Tak to działa.
W sobotę odjechali. Bez wazonu po babci. Nawet nie weszli do pokoju, gdzie stał. Myślę, że liczyli, że to straszenie i do poniedziałku mi przejdzie. Może faktycznie przeszło kiedyś, ale to było dawno.
W poniedziałek zadzwoniłam do agencji nieruchomości przy ulicy Wolności. Miła dziewczyna umówiła się na czwartek. Obejrzała dom. Zmierzyła pokoje. Powiedziała, że cena może być dobra. Ja powiedziałam, że cena mnie nie interesuje — interesuje mnie, żeby nie ciągnęło się latami.
W piątek przyjechała córka. Tym razem sama. Zapukała, chociaż miała klucze. Dawniej wchodziła bez pukania, jak do siebie. Może to dobry znak. A może zły.
— Mamo, mogę wejść?
— Wchodź.
Zjawiła się z sernikiem. Upiekła. Po raz pierwszy od bodaj pięciu lat. Zdziwiła się, że nie zalałam się łzami nad jej trudem. Nie zalałam. Podeszła do kuchni, zapaliła w piekarniku, chciała coś jeszcze. Zatrzymałam ją.
— Nie trzeba. Usiądź, pogadamy.
— Mamo, daj sobie wytłumaczyć. Dom to nie ściany. Dom to my. Nie sprzedawaj. Wynajmij mi piętro, będę płacić, będę częściej…
— Córciu. Za późno na wynajem.
— Jak za późno?
— W czwartek podpisałam umowę z agencją. Dom jest już w ofercie.
Otworzyła usta, zamknęła. Patrzyła na mnie, jakbym chwyciła nóż. A może chwyciłam, tylko z innej strony.
— Mamo, ty naprawdę to robisz… — wyszeptała.
— Naprawdę.
— A jeśli kupi to ktoś obcy? Obcy ludzie będą tu mieszkać? W naszym domu?
— W waszym już nikt nie mieszka od lat. A ja w obcym jeszcze nie mieszkam.
— To okrutne.
— Nie, córuś. Okrutne to było dzwonić do mamy tylko po to, żeby powiedzieć, że nie przyjedziesz. Okrutnie pusto bywało.
Wstała. Wzięła sernik, którego nie zdążyła ukroić. Ruszyła do przedpokoju. Zatrzymała się przy drzwiach.
— Ojciec by ci za to podziękował.
— Ojciec — powiedziałam — by mnie zapytał, czemu dopiero teraz.
Trzasnęła drzwiami. Tym razem naprawdę mocno.
Dom schodził wolno. Oglądało dużo, decydowali mniej. Jedni narzekali na schody, innym nie pasował garaż. Przyjeżdżali z Katowic, z Chorzowa, nawet z Mikołowa. Oglądali, cmokali, wychodzili. Wiem, jak to wygląda. Też bym szukała idealnego, gdybym miała trzydzieści lat i kredyt.
W końcu zadzwoniła miła dziewczyna z agencji i powiedziała, że ma małżeństwo. On pracuje w kopalni, ona w aptece. Mają małe dziecko. Szukają domu z pokojem na piętrze, żeby matka mogła do nich przyjechać i mieszkać. Matka po udarze, trudno jej po schodach, akurat u nich parter.
Powiedziałam: niech wezmą. Oni wzięli.
Cena — trzysta trzydzieści tysięcy. Zapłaćcie, ile możecie. Zostało trochę z ubezpieczenia po Henryku, wystarczy na moje utrzymanie. Cenę podyktowałam ja, nie agencja. Niech wiedzą, że dobry dom dostaje się czasem za dobre serce.
Notariusz był w środę. Pojechałam autobusem, bo nie chciałam, żeby ktokolwiek widział, że mi ręce nie drżą. Podpisałam. Tej nocy pierwszy raz od tygodni nie budziłam się o trzeciej nad ranem z sercem walącym jak oszalałe. Mój układ nerwowy zrozumiał wcześniej niż ja.
Dzieci dowiedziały się z listu poleconego, który wysłałam po cichu. Syn zadzwonił cztery razy, ja nie odebrałam. Córka przysłała esemesa: „Mamo, czy to prawda?” Odpisałam: „Prawda”. I tyle. Mieli tyle okazji, żeby zapytać wcześniej. „Mamo, co słychać?” — trzy słowa. Krtań ich wszystkich razem wzięta, jak widać, odmówiła posłuszeństwa.
Potem przyjechali razem. Do nowego adresu, który im podałam. Zajechali przed blok na osiedlu, gdzie teraz wynajmuję dwupokojowe mieszkanie na drugim piętrze. Stanęli pod oknem. Syn klaskał w dłonie, jakby chciał przywołać psa. Córka krzyczała, żebym zeszła. Nie zeszłam. Spojrzałam na nich z balkonu.
— Mamo! Co ty robisz?! Sprzedałaś dom za bezcen! Przecież to było nasze! — darł się syn.
— Wasze było wtedy, gdy jeszcze tam bywaliście — odparłam. — Teraz jest moje, póki ja żyję. A ja postanowiłam, że nie żyję dla niego.
— Zostawiłaś nas bez niczego! — załkała córka.
— Zostawiłam wam wolność — odpowiedziałam. — Taką samą, jaką wy mnie zostawiliście każdego roku.
Potem weszłam do mieszkania i zamknęłam balkon. Na stole stała kawa, którą nalałam sobie przed ich przyjazdem. Upiłam łyk, zimna. Podeszłam do nowej szafki w przedpokoju, otworzyłam górną szufladę. Leżał tam jedyny klucz do starego domu, który zostawiłam. Taki zapasowy, co go Henryk chował dawniej pod donicą z pelargoniami.
Wyjrzałam przez okno. Stali jeszcze chwilę przy samochodach. Syn zapalił papierosa. Córka wycierała twarz rękawem. Potem wsiedli do auta. Odjechali w stronę Katowic.
A ja usiadłam przy nowym stole i pierwszy raz od lat poczułam, że mogę oddychać pełną piersią. Przez otwarte okno dochodził zapach jesieni, dymu z komina i wilgotnej trawy. Zupełnie jak wtedy, gdy człowiek był młody i wszystko było przed nim. Tylko że teraz wszystko było po mnie. I to ja o tym decydowałam.
