Kamil długo ważył każde słowo, zanim zaczął ten podpis pod zdjęciem, które trzymał na telefonie — Marta w płaszczu za dużym o dwa rozmiary, na progu ich mieszkania w Toruniu, z torebką foliową z sieci Biedronka w ręku.

**Mieszkanie po cioci Marta dostała za grosze, a ja to zepsułem**

Nazywam się Kamil Wardowski, mam trzydzieści cztery lata, prowadzę serwis klimatyzacji na Bielanach — to nie Warszawa, to dzielnica w Toruniu, tak się akurat nazywa, ludzie mylą się non stop. Piszę to, bo nikt mnie o zdanie nie pytał, kiedy ta historia poszła w świat, a ja w niej wychodzę jak ostatni drań. Może i jestem. Ale chcę, żeby ktoś usłyszał, jak to wyglądało z mojej strony okna.

Poznałem Martę cztery lata temu na targach budowlanych przy alei Solidarności, stała przy stoisku z klejami, zziębnięta, w za cienkiej kurtce, i coś w niej było takie… nieprzystosowane do świata. Sierota, mieszkanie dostała z gminy po osiemnastce, małe, trzydzieści dwa metry na Rubinkowie, ale swoje. Skończyła technikum gastronomiczne, pracowała jako kelnerka w knajpie przy Rynku Nowomiejskim. Zakochałem się w niej, bo była taka wdzięczna za każdy drobiazg — za bukiet z Żabki, za to, że odprowadziłem ją do domu. Nikt jej wcześniej nie odprowadzał.

Wprowadziłem się do niej po roku. I tu zaczyna się to, czego nikt nie chce słuchać: ja płaciłem czynsz przez trzy lata, bo Marta zarabiała grosze, dwa tysiące osiemset na rękę, a ja z serwisu miałem czasem sześć, czasem osiem tysięcy. Kupiłem lodówkę, pralkę, zapłaciłem za remont łazienki — jakieś jedenaście tysięcy złotych poszło z mojej kieszeni, mam paragony, do dziś leżą w segregatorze w warsztacie. Nikt tego nie widział. Widzieli tylko koniec.

A koniec był taki: poznałem Anię, kasjerkę spod tego samego marketu, gdzie robiłem zakupy po robocie, i wiem, jak to brzmi, wiem. Ale między mną a Martą już wtedy nie było nic od pół roku — spała w drugim pokoju, mówiła, że jest zmęczona, że boli ją głowa, unikała mnie jak ognia. Nie usprawiedliwiam się. Po prostu powiem: to nie było tak, że pewnego dnia wstałem i wyrzuciłem człowieka na mróz dla kaprysu.

Powiedziałem Marcie w styczniu, w środę, pamiętam bo akurat leciał w telewizorze mecz reprezentacji, że sprowadzam się do Ani, że to jej mieszkanie, niech zostanie, ja się wyprowadzę. Ona się zgodziła. Spokojnie, prawie za spokojnie. A potem, dwa tygodnie później, przyszła do mnie i powiedziała, że jednak nie da rady mieszkać sama, że boi się ciszy w tym mieszkaniu, że wolałaby, żebym to ja się wyprowadził gdzie indziej, a ona zostanie z Anią… nie, przepraszam, plączę się, bo sam się w tym gubię do dziś. Zostanie sama, ale u koleżanki na jakiś czas, dopóki się nie pozbiera. Poprosiłem ją, żeby po prostu wyszła tego wieczoru, bo Ania już wiozła swoje pudła, a ja nie umiałem tego rozegrać inaczej — nie miałem żadnego planu, improwizowałem jak idiota, i to była chyba moja największa wina: nie danie jej czasu.

Wyszła w tej za dużej kurtce po jakimś dawnym chłopaku, wzięła jedną reklamówkę z rzeczami i poszła. Powiedziała, że pójdzie na dworzec PKP, przeczeka noc, coś wymyśli. Był mróz, mówili w radiu o minus czternastu, i ja to wiedziałem, i puściłem ją mimo to, bo byłem tchórzem, bo Ania stała w progu z pudłami i patrzyła na mnie, i ja wybrałem najgorsze z możliwych wyjść — nic nie zrobić.

Trzy godziny później zadzwoniła do mnie nieznana kobieta. Powiedziała, że nazywa się Ewa Kraszewska, że prowadzi firmę consultingową przy ulicy Chełmińskiej, że znalazła moją dziewczynę — bo miała mój numer zapisany w telefonie jako jedyny kontakt — idącą poboczem drogi wylotowej w kierunku Bydgoszczy, nieprzytomną, nie reagującą na nic, w samym cienkim swetrze, bo kurtkę zostawiła gdzieś po drodze, sama nie pamiętała gdzie. Pani Kraszewska krzyczała na mnie przez telefon, że jestem odpowiedzialny za to, że dziewczyna omal nie zamarzła na śmierć, że zabiera ją do siebie, do swojego domu na Chełmińskim Przedmieściu, i że mam się nie zbliżać.

I ja tego wieczoru, stojąc w kuchni z Anią, która patrzyła na mnie z takim wyrazem twarzy, jakby zobaczyła kogoś zupełnie innego niż człowieka, w którym się zakochała, zrozumiałem, co zrobiłem. Nie płacz, nie żal — po prostu chłód, taki sam jak na zewnątrz, tylko w środku.

Marta została u pani Kraszewskiej trzy tygodnie. Wróciła do siebie, do swojego mieszkania na Rubinkowie, bo prawnik pani Kraszewskiej — a miała swojego, na stałe, od jakichś spraw firmowych — pomógł jej to wszystko formalnie poukładać, bo formalnie nigdy nie byłem współwłaścicielem, tylko facetem, który tam mieszkał i płacił rachunki bez żadnej umowy. Dostałem od niej list polecony, sam, bez telefonu, bez rozmowy: żebym po dwudziestym marca odebrał swoje rzeczy z komórki lokatorskiej, bo klucze zostały wymienione, i że nie życzy sobie kontaktu.

Przyszedłem dwudziestego trzeciego, bo bałem się wcześniej. Domofon milczał długo, potem odezwał się głos, nie Marty — pani Kraszewskiej, która akurat była tam z nią, pomagała jej przewieźć jakieś nowe meble z Agaty. Powiedziała krótko, że rzeczy stoją w reklamówkach przy śmietniku, żebym zabrał je stamtąd, bo inaczej wystawi je znowu za dwa dni, i że do mieszkania mnie nie wpuści, bo to nie jest już moja sprawa. Stałem na podwórku, patrzyłem w górę na okno trzeciego piętra, paliło się w nim światło, przesunęła się za firanką jakaś sylwetka — nie wiem czyja, może obu.

Zabrałem trzy reklamówki. Mikrofalówkę, którą kiedyś kupiłem, zostawiłem — pomyślałem, niech ma, niech chociaż to jedno będzie jak wcześniej.

Z Anią rozstałem się w maju. Powiedziała, że nie umie patrzeć na mnie bez myśli o tamtym wieczorze z pudłami. Miała rację. Do dziś w serwisie na Bielanach, kiedy jest mróz i ktoś wchodzi z ulicy zziębnięty, myślę o tej reklamówce z Żabki i o tym, że jednego wieczoru można nie zdążyć być człowiekiem.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: