Pierwsza świeczka na torcie jeszcze się paliła, gdy ojciec postukał łyżeczką w kieliszek. Wszyscy umilkli. W sali bankietowej w Radomiu pachniało kremem i więdnącymi różami, które sama układała od piątej rano.

— Sześćdziesiątka to dobry moment na porządki — powiedział. — Postanowiłem, że firmę przekazuję Darkowi.

Ktoś zakaszlał. Ktoś się zaśmiał, myśląc, że to kiepski żart. Marta siedziała z widelcem w dłoni i patrzyła na ojca przez stół, przez tanie girlandy z bibuły, które rozwieszała poprzedniego wieczoru, bo ojciec zabronił wydawać na dekoracje więcej niż dwieście złotych.

— Tato. O czym ty mówisz?

— O kwiaciarni, córeczko. O „Lawendzie”. Brat twój pięć lat przesiedział w pierdlu. Jest słaby, rozumiesz? A ty jesteś silna. Dasz radę.

Darek siedział dwa krzesła dalej i wpatrywał się w talerz. Chudy, w koszuli z metką, którą matka zapomniała odciąć. Czterdzieści dwa lata, a dłonie trzymał na kolanach jak uczeń na apelu.

— Tato, ja pięć lat… — zaczęła Marta i urwała.

— Co pięć lat?

— Nic. Wszystkiego najlepszego.

Wstała i wyszła do łazienki. Nie płakać. Liczyć. Pięć lat temu przyszła do ojca z dyplomem zarządzania i powiedziała: bierz mnie. Miał wtedy jedno stoisko na targu przy Młodzianowskiej i używanego busa. Dziś — siedemnaście punktów w Radomiu, Kielcach i Lublinie, umowa z dwiema sieciami hoteli na dostawy kwiatów, hurtownia pod Krakowem i sklep internetowy, który ona ustawiła od zera. Obrót za zeszły rok — prawie dziewięć milionów czterysta. Znała każdą cyfrę, bo sama je wszystkie wpisywała w Excelu.

W łazience śmierdziało odświeżaczem powietrza o zapachu lasu. Sprawdziła w lustrze — tusz nie spłynął. Trzydzieści jeden lat, ciemne włosy spięte w kitlek, kolczyki od Pawła na rocznicę. Paweł, swoją drogą, siedział przy stole i wznosił toast za zdrowie jej ojca. Jak za własnego.

Wróciła.

— Marta, zrozum — ojciec dopadł ją przy samochodzie, kiedy goście się rozchodzili. — To nie na zawsze. Darek się pozbiera, wprowadzę go w interesy, a ty przy nim zostaniesz, jak byłaś. Zastępcą. Może za rok, dwa wydzielimy ci udziały.

— Tato. Podpisałeś mu dzisiaj darowiznę?

— Jutro notariusz. No wiesz, jak to jest. Słowo to słowo.

— Całość?

— Marta. — Ojciec odwrócił wzrok. — Całość.

— A ja?

— A ty masz pensję. I tak wychodzi ci cztery i pół tysiąca na rękę, sprawdzałem. Inne florystki tyle nie mają.

— Nie jestem florystką, tato. Jestem dyrektorką operacyjną.

— No widzisz, jakie stanowisko. — Zaśmiał się głupio, jakby sam czuł, że gada bzdury. — Nie boc się. Wsiadaj, Paweł niech cię odwiezie. Blada jesteś.

Paweł wiózł ją w milczeniu. Skręcił w Słowackiego, potem w aleję Grzecznarowskiego. Ich mieszkanie było na czwartym piętrze, trzy pokoje, własność firmy „Lawenda”. Ojciec tak robił ze wszystkimi kluczowymi ludźmi — mieszkania służbowe. Taniej niż podbijać pensję.

— Paweł.

— No.

— Słyszałeś, co powiedział?

— Słyszałem.

Zaparkował. Zgasił silnik. Marta poczuła, że zaraz powie coś, czego nie będzie chciała usłyszeć.

— Marta. Ja się nie pisałem na coś takiego.

— Na co?

— Na życie, w którym moja żona zarabia jak sprzedawczyni w Żabce, a jej braciszek dostaje siedemnaście sklepów. Ja, gdyby co, jestem anestezjologiem w szpitalu na Tochtermana. Zarabiam siedem tysięcy brutto. Myślałem, że my razem budujemy. A tu wychodzi, że ty budujesz, a twój stary ci pluje w twarz.

— Paweł, nie teraz.

— A kiedy? Samochód mamy, bo twój ojciec spłacił leasing, wiem. Mieszkanie — też twój ojciec. Wszystko — twój ojciec. Tylko twój ojciec, jak się okazuje, to nie mój ojciec. On jest ojcem Darka.

— Paweł…

— Nie jestem zły. Ja trzeźwo patrzę na sprawę.

Wysiadła i ruszyła do klatki. Nie poszedł za nią. Odwróciła się — siedział i patrzył przed siebie w szybę.

Rano Pawła nie było. Nie było jego torby z szafy, maszynki do golenia ani ładowarki. Na kuchennym stole leżał kluczyk do samochodu — jej auta, toyoty, którą kupili dwa lata temu za jej premię, ale zarejestrowali na niego. I kartka.

„Marta. Auto zabieram, jest na mnie. Składam pozew o rozwód. Nie dzwoń, przez adwokata. Przepraszam.”

Przeczytała trzy razy. Potem umyła twarz zimną wodą, pomalowała rzęsy i pojechała do pracy autobusem linii 7. Do „Lawendy” było dwadzieścia minut z jedną przesiadką.

W biurze czekał ojciec. Z Darkiem.

— Córeczka, tak zrobimy. Darek od poniedziałku wchodzi w temat. Pokażesz mu wszystko. Umowy, dostawców, no wiesz.

— Dobrze.

— I jeszcze. — Ojciec odchrząknął. — Mieszkanko twoje. No, firmowe jest. Darek nie ma gdzie mieszkać, u matki ciasno. Nie wyprowadzisz się?

— Dokąd?

— No wynajmij coś. Dołożę ci na pierwszy miesiąc.

Darek milczał. Patrzył w podłogę.

— Darek — powiedziała Marta. — Ty się w ogóle z tym zgadzasz?

Podniósł wzrok. Miał oczy człowieka, który pięć lat nie spał normalnie.

— Marta. Ja o nic nie prosiłem. Ojciec sam.

— Ale nie odmawiasz?

— A co mam zrobić. Po odsiadce nikt mnie nie weźmie. A tu gotowe.

— Darek, co ty wiesz o kwiatach?

— Nic.

— No właśnie.

Ojciec uderzył dłonią w stół.

— Marta, nie jedź po bracie.

— Tato. On ma czterdzieści dwa lata. Nie odróżni goździka od gerbery.

— Nauczy się. Ty się nauczyłaś.

Marta spojrzała na ojca. Na marynarkę, którą sama mu kupiła na urodziny. Na krawat, który wiązała mu wczoraj o szóstej rano, bo od trzech lat ręce mu się trzęsą przy każdym supełku. Na siwe skronie.

— Tato. Odchodzę.

— Nie wygłupiaj się.

— Odchodzę. Dziś składam wypowiedzenie.

— Marta. — Ojciec ściszył głos. — Gdzie pójdziesz? Masz trzydzieści jeden lat i jedną pozycję w CV — moja „Lawenda”. Nikt cię nie weźmie. A ja cię z powrotem nie przyjmę, jak zrobisz numer. Pomyśl.

Myślała. Całe popołudnie siedziała w swoim pokoju i patrzyła na monitor. Na pulpicie wisiał arkusz z inwentaryzacją sklepu na Żakowicach: margaretki, hortensje, eustoma. Osiem lat temu sama nazywała wszystkie dostawy, zanim ktokolwiek w firmie nauczył się poprawnie pisać „eustoma”. Ojciec podpisywał tylko faktury. I to nie zawsze.

O piętnastej otworzyła skrzynkę mejlową. Znalazła wiadomość sprzed dwóch tygodni, na którą nie zdążyła odpowiedzieć. Od gościa, który prowadzi hurtownię doniczek w Sochaczewie i od roku marzył o sklepie internetowym. Pisał: „Pani Marto, może jednak znajdzie pani godzinę? Chodzi o bardzo smutne i opłacalne rzeczy.”

Tego wieczoru napisała wypowiedzenie. Z jednodniowym okresem wymówienia — tak zapisano w jej umowie: dyrektor operacyjny może odejść od razu, za porozumieniem stron.

Porozumienia nie było. Ojciec podpisał bez słowa. Jego podpis był krzywy. Jak zawsze, gdy był wściekły.

Trzy miesiące później Marta siedziała w kawiarni przy rynku w Radomiu, przy oknie wychodzącym na deptak. Przed nią leżał dokument założycielski spółki „Zielona Szafa”. I cennik na pierwszy kwartał. Wspólnik z Sochaczewa dał jej trzydzieści trzy procent udziałów i pełną swobodę. Zaczynali od sklepu internetowego i jednego punktu stacjonarnego na osiedlu Michałów. Wynajem trzech i pół tysiąca za miesiąc plus media.

Wieczorem zadzwoniła do niej matka.

— Marta. Ojciec z Darkiem chcieli przedłużyć umowę z hotelem Grafit w Lublinie. Nie zgodzili się na nowe warunki.

— A co ja mam z tym zrobić?

— Nie wiem. Przekazuję.

Odłożyła słuchawkę.

Godzinę później telefon od ojca.

— Marta. Coś ty zrobiła z tym plikiem? Z dostawami.

— Tato, nie pracuję u ciebie od marca.

— Nie o to pytam. Gdzie jest arkusz? Darek mówi, że mu się nie otwiera. Pamiętasz hasło?

— Pamiętam. Ale nie powiem.

Cisza w słuchawce trwała cztery sekundy.

— Marta.

— Tato. Jestem teraz konkurencją. Miłych wakacji.

Rozłączyła się. I siedziała dalej, patrząc na deptak. Obok szedł chłopak z lodami w ręku, kapały mu na but. Stary sąsiad spod czternastki mijał milicjantów przed miejskim ratuszem. Wszystko toczyło się swoim rytmem, jakby nikt w tym mieście nie wiedział, że jeden numer PESEL właśnie przestał płacić za czyjąś legendarną, ojcostwem klejoną firmę.

Jesienią ojciec przyszedł pod jej nowe biuro. Stanął w drzwiach, w tej samej marynarce. Nie weszła mu w słowo.

— Marta. Darek nie daje rady. Hotel w Kielcach zerwał umowę. Hurtownię pod Krakowem musieliśmy zamknąć, bo syf w dokumentach. Matka płacze co wieczór.

— Przykro mi.

— Wrócisz? Darek pójdzie na magazyn. Ty na swoje miejsce.

— Nie.

— Czego chcesz? Podwyżki? Udziałów?

— Tato. Ja już mam udziały. I firmę.

— Wykończysz mnie. Własna córka.

— Tato. Ty mi dałeś dzień, żeby się wyprowadzić. Dałam ci trzy miesiące, żeby twój syn się odnalazł. On się nie odnalazł. To nie jest moja wina.

Ojciec stał chwilę. Potem odwrócił się i poszedł w stronę przystanku. Odprowadzała go wzrokiem, aż zniknął za rogiem Żeromskiego. Przez moment wyglądał staro. Ale nie podeszła. Pierwszy raz od pięciu lat nie związała mu krawata.

W lutym następnego roku dostała zawiadomienie z sądu: rozprawa rozwodowa. Paweł domagał się podziału majątku — wszystkiego, co mieli wspólnie. W tym toyoty. Odpisała prawniczce w jeden wieczór, że owszem, samochód jest jego. Mieszkanie na Słowackiego okazało się jej — bo to ona, nie Paweł, widniała w akcie notarialnym jako najemca służbowy. Po rozwodzie ojciec nie musiał jej już nic zgadzać. Po rozwodzie mogła sprzedać rzeczy, których nie chciała.

Mieszkanie było służbowe. Ale wyposażenie — to jej własność. Meble kupowała za swoje premie, oświetlenie za nadgodziny, a ekspres do kawy dostała od matki na urodziny.

Spakowała wszystko w sobotę. Sofę, komodę, półki, wszystkie żarówki i wszystkie firanki. Zostawiła gołe ściany i list od wspólnoty z prośbą o uregulowanie opłaty za wywóz gabarytów.

Klucz do mieszkania wysłała ojcu pocztą. Bez listu. Bez wyjaśnień. Zeszyty z fakturami za mieszkanie za ostatni rok zaniosła do skarbówki.

Wiosną otworzyła drugi sklep. W Piasecznie. Nie w Radomiu. Małe miasteczko, dwóch kwiaciarzy na krzyż, więc ceny dyktowała ona. Hurtownia w Sochaczewie dała jej linię kredytową.

Za to na święto zmarłych ojciec się nie odezwał. Matka przysłała SMS: „Tata ma puste półki. Darek pojechał do hurtowni, wrócił z samymi chryzantemami. Wiesz, jaki jest zysk na samych chryzantemach?”

Odpisała: „Powodzenia u konkurencji.”

Pierwszego listopada rano na cmentarzu w Radomiu położyła na grobie babci biały znicz. Ze szlaczkiem, za osiem złotych. A wieczorem w swoim salonie, w nowym mieszkaniu na Borkach, popatrzyła na telefon. Ojciec dzwonił cztery razy. Nie odebrała.

Za to odebrała, gdy zadzwonił Darek. Po dziesiątej.

— Marta. Ojciec zamknął sklep na Żakowicach.

— Słyszałam.

— I zwolnił cztery dziewczyny, całą zmianę. Mówi, że przez ciebie.

— Przeze mnie?

— Bo ty zabrałaś dostawców. Bo ty… nie wiem. On tak mówi.

— Darek. Jesteś w „Lawendzie” od prawie roku. Pierwszy raz do mnie dzwonisz. Czego naprawdę chcesz?

Cisza.

— On mi kazał. Żebym cię poprosił, żebyś wróciła.

— To wróć do niego i powiedz, że nie. Pa.

Rozłączyła się.

W maju „Lawenda” złożyła wniosek o upadłość. Marta dowiedziała się z internetu. Przeczytała notatkę w lokalnym portalu „Radom Nasze Miasto” i zjadła kanapkę z serem, nie przerywając żucia.

Potem odkręciła wodę, nalała szklankę, wypiła.

I dopiero wtedy napisała do matki:

„Przyjedź w niedzielę. Zrobię sernik.”

Matka odpisała po dwóch minutach: „Tata pyta, czy może?”

Zawahała się. Wpisała: „Tak.”

W niedzielę ojciec usiadł w kuchni na krześle, które sama złożyła według instrukcji z IKEA. Nie pytał o firmę. Nie prosił o pracę. Pił herbatę i patrzył w okno, na blok naprzeciwko, na balkon sąsiada z trzepakiem pełnym mokrej pościeli.

A Marta patrzyła na jego dłonie. Na trzęsące się palce, którymi nie potrafił już nawet zawiązać sznurka w worku na śmieci.

— Tato — powiedziała, stawiając przed nim talerz z sernikiem. — Jak chcesz, to w soboty możesz pomagać u mnie w archiwum.

Podniósł na nią wzrok. Kiwnął głową.

Podała mu widelec.

Za oknem sąsiad trzepał dywan. Słychać było, jak uderza trzepaczką, raz za razem, bez złości.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: