Klara stała w przedpokoju swojego mieszkania na warszawskiej Pradze, patrząc, jak Helena Wolicka powoli zdejmuje buty i przesuwa palcem po nowej tapecie, jakby sprawdzała, czy nie odpadnie. Za nią weszła Marysia, siostra Tomka, cicha i spięta, z miną człowieka, który wolałby być w tej chwili zupełnie gdzie indziej.
Tomek rzucił się do matki, przytulił ją, potem nerwowo poprawił koc na kanapie, jakby to miało cokolwiek zmienić.
— No, pokażcie, coście tu nawyrabiali — powiedziała Helena, rozglądając się po salonie z miną rzeczoznawcy majątkowego. — Kanapa, regał, nowa zabudowa w kuchni… Ciekawe, za czyje to wszystko.
Klara usłyszała ton. Nie podziw, nie ciekawość. Inwentaryzacja przed zajęciem.
— Ładnie, prawda? — powiedziała spokojnie. — Długo na to pracowaliśmy.
— Pracowaliście — powtórzyła Helena, siadając na kanapie i kładąc torebkę na kolanach. — A wiesz, Klaro, że Tomek przez pięć lat co miesiąc przysyłał mi pieniądze? Dwa tysiące, czasem dwa i pół. A teraz? Zero. Zero, Klaro. I patrzę na te wasze meble i myślę sobie: no proszę, tu poszły moje pieniądze.
Tomek otworzył usta, ale matka nie dała mu dojść do słowa.
— Kredyt wzięliście! — uniosła głos. — Kredyt na kanapy! Na szafki! A matka ma siedzieć bez grosza, bo synowa urządza sobie gniazdko!
— Mamo, mamy kredyt na mieszkanie — spróbował Tomek. — Fizycznie nie mogę już wysyłać tyle co wcześniej.
— Mieszkanie! — parsknęła Helena. — A kto ci kazał kupować mieszkanie? Miałeś gdzie mieszkać! U mnie, w Ząbkach, cały pokój stał pusty!
Klara podeszła do regału, wyciągnęła zza książek granatową teczkę z gumką. Położyła ją na ławie.
— Pani Heleno — zaczęła — może po prostu pokażę pani papiery.
— Nie chcę oglądać żadnych papierów!
— A szkoda, bo one dużo wyjaśniają.
Klara rozwiązała gumkę, rozłożyła na blacie wyciągi, umowy, potwierdzenia przelewów. Każdy dokument w osobnym foliowym worku, posegregowany, opisany.
— To mieszkanie kosztowało sześćset osiemdziesiąt tysięcy — powiedziała, stukając palcem w umowę. — Tomek dołożył sto dziewięćdziesiąt. Reszta jest moja. Rodzice sprzedali działkę pod Garwolinem, którą dostali od dziadka. Babcia oddała mi całą swoją emerytalną poduszkę, dwadzieścia trzy tysiące. Ciocia z Siedlec pożyczyła piętnaście, brat dorzucił dziesięć, które odkładał na wymianę samochodu. Jeździ dalej starym focusem z przebiegiem trzystu tysięcy, bo oddał mi kasę.
Wzięła do ręki plik wyciągów.
— Meble, kanapa, zabudowa — to wszystko mój kredyt. Spłacam go co miesiąc, po tysiąc osiemset. Z mojej pensji w przychodni. Mogę pokazać potwierdzenia przelewów. Każdy, co do grosza.
W pokoju zrobiło się cicho. Marysia popatrzyła na Klarę z czymś, co wyglądało jak ulga. Tomek wbił oczy w podłogę.
Helena pobladła, ale nie zamierzała odpuścić.
— Nie będziesz mi tu wywijać papierami! Mój syn harował! Zaharowywał się, żebyś mogła siedzieć i liczyć cudze pieniądze!
— Cudze — powtórzyła Klara. — Pani Heleno, ja właśnie pokazałam, czyje to pieniądze. Z nazwiska. Z datami. Swoje własne też pani zobaczyła. Pięć lat przelewów. Pięć lat, przez które Tomek zamiast odkładać na własny wkład, wysyłał pani dwa i pół tysiąca miesięcznie. To sto pięćdziesiąt tysięcy.
— A co miałam zrobić! — wybuchła Helena. — Miałam z czego żyć? Po śmierci ojca zostałam sama!
— Rozumiem — odparła Klara. — Naprawdę rozumiem. Ale teraz Tomek ma własną rodzinę. I własny kredyt. I nie może już płacić za dwa domy jednocześnie.
Helena wstała z kanapy. Jej twarz ściągnęła się w ciasną maskę.
— Zobaczymy — syknęła. — Zobaczymy, jak długo to potrwa. Przyjedziesz do mnie, Tomku, jak ci się znudzi ta cała… papierologia. Tylko wtedy, pamiętaj, może być za późno.
Zabrała torebkę i wyszła, trzaskając drzwiami tak mocno, że zabrzęczał wazon na parapecie. Marysia została chwilę dłużej, ścisnęła Klarę za rękę i powiedziała cicho:
— Ja tam nie wrócę do mamy na niedzielę. Chyba pierwszy raz w życiu.
—
Dwa tygodnie później Helena zadzwoniła do syna.
— Tomeczku, kochanie, słuchaj. Mam taką sprawę. Chcą mi podnieść czynsz, a do emerytury zostały jeszcze dwa miesiące. Pomożesz? Trzy tysiące by wystarczyły.
Tomek stał w kuchni, trzymając telefon przy uchu. Klara kroiła pomidory do sałatki, powoli, metodycznie. Słyszała każde słowo, bo matka Tomka mówiła głośno, jakby chciała, żeby usłyszała ją cała Warszawa.
— Mamo, nie dam rady — powiedział Tomek. — Mamy spłatę kredytu za dom. Mówiłem ci.
— Ale ty zawsze pomagałeś! Zawsze! To ona, tak? To ona ci nie pozwala?
Klara odłożyła nóż, wytarła ręce w ścierkę i położyła dłoń na ramieniu męża. Tomek odwrócił się do niej. W jego oczach było coś pomiędzy zmęczeniem a wdzięcznością.
— Mamo — powiedział do słuchawki — porozmawiamy w niedzielę. Przyjedziemy z Klarą.
— Z nią? Po co z nią? Ja chcę porozmawiać z tobą. Sam.
— W niedzielę — powtórzył i rozłączył się.
W niedzielę rano zapakowali do torby sernik, który Klara upiekła poprzedniego wieczoru, i pojechali autobusem do Ząbek. Helena otworzyła drzwi w szlafroku, z papierosem w palcach. Na widok Klary jej twarz stężała.
— No proszę. Cała delegacja.
Weszli do środka. Mieszkanie pachniało stęchlizną i tytoniem. Na stole leżały rachunki, porozrzucane, nieopłacone.
— Pani Heleno — zaczęła Klara, wyciągając z torebki białą kopertę — mam propozycję.
Helena zmrużyła oczy.
— Jaką znowu propozycję?
— Kredyt na to mieszkanie spłacimy do końca za trzy lata. Wtedy Tomek może znowu zacząć pani pomagać. Ale nie dwa i pół tysiąca. Pięćset złotych miesięcznie. Tyle możemy sobie pozwolić bez uszczerbku dla naszej rodziny.
— Pięćset! — roześmiała się Helena. — Pięćset to nawet na leki nie starczy!
— A ile pani potrzebuje na leki?
Helena zamilkła. Zaciągnęła się papierosem, wypuściła dym w stronę okna.
— Ty jesteś zimna, Klara. Zimna i wyrachowana. Policzyłaś wszystko, co do złotówki.
— Tak. Policzyłam. Ktoś w tej rodzinie musi.
Położyła kopertę na stole.
— Tu jest umowa. Prosta, jasna. Tomek zobowiązuje się do przelewania pięciuset złotych miesięcznie po całkowitej spłacie kredytu. To będzie za… — policzyła w myślach — za siedemnaście miesięcy. Na razie nic więcej nie możemy zaoferować.
Helena patrzyła na kopertę, jakby leżała tam zdechła mysz.
— A jak nie podpiszę?
— To nie będzie przelewów. W ogóle. Pieniądze zostaną u nas, w naszej rodzinie. Będziemy je odkładać na przyszłość naszych dzieci.
— Wy nie macie dzieci!
— Właśnie dlatego odkładamy — powiedziała Klara. — Na leczenie. Na procedury. Na to, żeby kiedyś miały dokąd wrócić.
Helena przygryzła wargę. Tomek stał przy oknie, milcząc, jakby rozmowa dotyczyła kogoś zupełnie obcego.
— Podpiszę — powiedziała w końcu Helena. — Ale chcę, żeby Tomek przyjechał i pomógł mi z tym oknem. Ciągnie z framugi.
— Tomek przyjedzie w następną sobotę — odpowiedziała Klara. — Sama pani zadzwoni i umówicie się na konkretną godzinę.
Wyszli. Na klatce schodowej Tomek wziął głęboki oddech, jakby dopiero teraz mógł swobodnie zaczerpnąć powietrza.
— Chyba cię nienawidzi — powiedział.
— Nie szkodzi. Za to tobie daruje przynajmniej spokój.
W autobusie otworzyła telefon i zrobiła notatkę w aplikacji bankowej: kwota rezerwy na leczenie — aktualny stan. Przesunęła palcem po ekranie. Trzydzieści tysięcy. Wystarczy na pierwszą procedurę.
Za oknem mijały szare bloki, reklamy, przystanki. Tomek wziął ją za rękę. Jego dłoń była ciepła, ale lekko drżała.
— Dziękuję — szepnął.
— Za co?
— Za to, że nie pozwoliłaś mi znowu jej ulec.
Klara nie odpowiedziała słowem. Zamknęła aplikację, odłożyła telefon do kieszeni kurtki i mocniej ścisnęła jego drżącą dłoń, aż drżenie ustało, a autobus skręcił w stronę mostu.
