— Może powinnaś pomieszkać osobno? — powiedział Andrzej. Był pewien, że Elżbieta się przestraszy.
Ona jednak wzięła torbę i wyszła.
Zaczęło się od dachu.
Pod koniec listopada Elżbieta zauważyła mokrą plamę na suficie. Najpierw małą. Potem większą. Po kolejnym deszczu woda zaczęła ściekać po ścianie w przedpokoju.
Znalazła firmę dekarską, zadzwoniła i umówiła fachowca.
Mężczyzna przyjechał, wszedł na dach, obejrzał blachę i wrócił do kuchni, żeby spisać kosztorys.
— Na kogo umowa? Potrzebny właściciel albo pełnomocnictwo.
— Ja tu mieszkam, — powiedziała Elżbieta. — To nasz dom z mężem.
— Ale w księdze wieczystej pani figuruje?
Nie figurowała.
Fachowiec odjechał, a Elżbieta długo myła kubek po jego herbacie. Wycierała stół, poprawiała obrus, odstawiała cukiernicę.
Wszystko w tym domu znało jej ręce.
Tylko dokumenty jej nie znały.
Wieczorem powiedziała Andrzejowi:
— Trzeba przepisać dom na nas oboje. Nie mogę nawet naprawy dachu podpisać bez ciebie.
Andrzej mieszał zupę w garnku.
— Po co ci to? Gdzie ja niby pójdę?
— Sprzedałam mieszkanie po mamie i włożyłam pieniądze w ten dom. Kredyt spłacaliśmy razem.
Andrzej zamilkł.
To była jego ulubiona kara. Cisza. Nie krzyczał. Nie przeklinał. Po prostu przestawał z nią rozmawiać, aż ona pierwsza pękała.
Czwartego dnia rzucił, patrząc w telewizor:
— Może pomieszkaj osobno, skoro tu ci wszystko przeszkadza.
Czekał na jej kapitulację.
Ale Elżbieta powiedziała:
— Dobrze.
Spakowała torbę i wynajęła kawalerkę.
Andrzej nie odezwał się przez cztery dni. Piątego napisał:
„Gdzie klucz od garażu?”
Odpisała:
„Na gwoździu w korytarzu.”
Wtedy zrozumiała, że nie tęsknił. Nie martwił się. Zauważył tylko brak porządku, który zwykle robiła ona.
Dwa tygodnie później zadzwonił syn, Michał.
— Mamo, byłem u taty. Zrobił półkę na buty. Z podświetleniem. Ty go o nią prosiłaś chyba sto lat, prawda?
Elżbieta aż usiadła.
Prosiła. Od przeprowadzki. Potem jeszcze wielokrotnie. Zawsze słyszała: „Kiedyś.”
Nagle „kiedyś” nadeszło.
Tego wieczoru zamówiła odpis z księgi wieczystej.
Kilka dni później pojechała pod dom. Stał tam samochód Andrzeja i obce szare auto. Elżbieta schowała się za rogiem.
Z domu wyszła kobieta w beżowym płaszczu. Andrzej odprowadził ją do furtki. Rozmawiali spokojnie, zwyczajnie, jak ludzie, którzy znają się dobrze.
Elżbieta nie weszła.
Przyjechała następnego dnia, kiedy Andrzeja nie było.
Nowa półka stała w korytarzu. W kuchni zobaczyła drogi czajnik z regulacją temperatury. Stary, pęknięty, chciała wymienić od pięciu lat. Andrzej zawsze mówił, że skoro działa, nie ma sensu wydawać pieniędzy.
Okna były umyte.
Nie przez nią.
W szafie jej ubrania zostały przesunięte w najdalszy kąt. Z przodu wisiało puste miejsce.
Jak zaproszenie.
Dzwonek do drzwi wyrwał ją z zamyślenia.
Na progu stała ta sama kobieta.
— Dzień dobry. Ja do pana Andrzeja. Zostawiłam teczkę z dokumentami.
— Nie ma go.
Kobieta przedstawiła się jako Beata, koleżanka z pracy. Weszła pewnym krokiem do kuchni i wzięła z blatu cienką teczkę.
— To dokumenty do darowizny domu. Pan Andrzej chce przepisać dom na syna. Dobrze robicie, wiele rodzin tak zabezpiecza majątek.
Elżbieta zesztywniała.
Darowizna.
Na syna.
Bez jej wiedzy.
Zadzwoniła do Michała.
— Tata chce przepisać dom na ciebie. Wiedziałeś?
Po chwili usłyszała:
— Powiedział, że to wasza wspólna decyzja.
Wieczorem przyszły dokumenty.
Dom był w całości na Andrzeja.
A przecież pieniądze ze sprzedaży mieszkania po matce poszły na działkę i budowę. Kredyt spłacali razem przez dziesięć lat.
Elżbieta zebrała przelewy, stare umowy, potwierdzenia wpłat i poszła do prawniczki.
Następnego dnia wróciła do domu.
Andrzej otworzył, jakby jej oczekiwał.
Położyła dokumenty na stole.
— Chciałeś przepisać dom Michałowi bez mojej zgody.
— To nasz syn.
— Nie. To twój sposób, żeby usunąć mnie z historii tego domu.
Andrzej skrzywił się.
— Przesadzasz.
— Już nie. Teraz liczę.
Kiedy usłyszał, że ma prawnika, potwierdzenia przelewów i podstawy do dochodzenia swojego udziału, przestał być spokojny.
— Czego chcesz?
— Tego, co moje. I rozwodu.
Michał odmówił przyjęcia darowizny.
— Mamo, nie chcę domu, który powstał też z twoich pieniędzy, jeśli ty zostajesz bez niczego.
Elżbieta długo płakała po tej rozmowie. Tym razem z ulgi.
Sprawa trwała miesiącami. Ale odzyskała znaczną część pieniędzy. Kupiła małe mieszkanie z dużym oknem i balkonem.
Kiedy pierwszy raz zadzwoniła do fachowca, żeby naprawił cieknący kran, zapytał:
— Umowę na kogo?
Elżbieta uśmiechnęła się lekko.
— Na mnie.
I podpisała.
Bez proszenia.
Bez ciszy.
Bez pytania, czy ma do tego prawo.
