Na ławce nad Łyną spotkałam Halinę. Miała czerwony kask, rower z trzema sakwami i jadła kanapkę z jajkiem, jakby siedziała przy własnym stole.
— Sama pani jeździ? — zapytała.
— Na razie tak.
— To w niedzielę proszę przyjechać pod most o siódmej. Jedziemy w pięć kobiet do Bartąga. Najmłodsza ma pięćdziesiąt dziewięć lat, najstarsza siedemdziesiąt jeden. Nikt nikogo nie pogania.
Powinnam była odmówić. Nie znałam jej, nie wiedziałam, czy dam radę. Zamiast tego zapisałam numer.
W niedzielę obudziłam się o piątej trzydzieści. Przez pół godziny siedziałam na łóżku i wymyślałam powody, żeby nie jechać. Bolało mnie kolano. Mogło padać. Nie miałam odpowiednich spodni.
O szóstej czterdzieści wyprowadzałam rower z klatki.
Pod mostem czekały Halina, Bożena, Krystyna i Irena. Wszystkie w kaskach, żadna w profesjonalnym stroju. Jedna miała dres, druga szerokie spodnie, trzecia kamizelkę odblaskową kupioną na stacji benzynowej.
— Nowa? — zapytała Bożena.
— Jadwiga.
— To dobrze. Będzie nas sześć, jak przy stole na imieninach.
Pierwsza trasa miała piętnaście kilometrów. Po ośmiu myślałam, że serce wyskoczy mi z klatki. Halina zwolniła i jechała obok.
— Nie ścigamy się. My tylko sprawdzamy, dokąd jeszcze możemy dojechać.
To zdanie zostało ze mną.
Po powrocie bolały mnie nogi, ramiona i coś w plecach, o czego istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Ale kiedy wieczorem usiadłam na kanapie, byłam zmęczona inaczej. Nie życiem. Ruchem.
Zaczęłam jeździć z nimi co niedzielę. Najpierw piętnaście kilometrów, potem dwadzieścia dwa, trzydzieści. Zatrzymywałyśmy się na kawę z termosu, jadłyśmy drożdżówki i rozmawiałyśmy.
Halina była po dwóch rozwodach. Bożena opiekowała się mężem po udarze. Krystyna przez czterdzieści lat uczyła matematyki i teraz bała się przechodzić przez ulicę bez roweru. Irena miała siedemdziesiąt jeden lat i na każdym podjeździe mówiła:
— Kolana są od zginania, nie od narzekania.
Nazwałyśmy się Babki na Obrotach.
Magda reagowała pobłażliwie.
— I co, znowu rajd emerytek?
— Wczoraj trzydzieści kilometrów.
— Mamo, naprawdę uważaj. Jak się przewrócisz, będę musiała wszystko organizować.
To „będę musiała“ zabolało bardziej niż ostrzeżenie.
— Nie jeżdżę po to, żeby zrobić ci problem.
— Ja tylko się martwię.
Wiedziałam. Ale jej troska miała kształt zamkniętych drzwi.
W zeszłą sobotę planowałyśmy czterdzieści kilometrów nad jezioro Wulpińskie. Wieczorem przygotowałam wodę, kanapki, pompkę i kurtkę przeciwdeszczową. Nie spałam prawie wcale.
Rano było chłodno. Ruszyłyśmy o siódmej.
Droga prowadziła przez lasy, pola i małe wsie. Po dwudziestu kilometrach usiadłyśmy nad jeziorem. Halina wyjęła kawę, Bożena sernik, a Irena zdjęła buty i wsadziła stopy do wody.
— Rok temu o tej porze robiłam krzyżówkę, — powiedziałam.
— A teraz sama jesteś hasłem, — odpowiedziała Krystyna. — „Kobieta, która przestała czekać. Dziewięć liter.“
— Jadzia? — zaproponowała Halina.
Śmiałyśmy się tak głośno, że para siedząca obok patrzyła na nas z uśmiechem.
Powrót był trudny. Ostatnie pięć kilometrów pokonywałam siłą woli. Gdy zatrzymałyśmy się pod moim blokiem, licznik pokazywał 40,8 kilometra.
Zrobiłyśmy zdjęcie. Sześć kobiet, sześć rowerów, czerwone twarze i szerokie uśmiechy.
Wysłałam je Magdzie.
Zadzwoniła po dziesięciu minutach.
— Naprawdę przejechałaś czterdzieści kilometrów?
— Czterdzieści i osiemset metrów.
— Sama?
— Z moimi starymi wariatkami.
— Mamo, one wyglądają na bardzo szczęśliwe.
— Bo są.
Cisza.
— Ja chyba od liceum nie byłam nad tym jeziorem.
— To jedź.
— Z wami?
— Jeśli nadążysz.
Roześmiała się, ale usłyszałam w jej głosie coś więcej niż żart.
— Mogę w niedzielę spróbować?
Przyjechała punktualnie o siódmej trzydzieści na rowerze pożyczonym od sąsiadki. Miała nowy kask i legginsy, ale już po pięciu kilometrach zaczęła poprawiać siodełko.
— Daleko jeszcze?
— Dopiero zaczęłyśmy.
Halina przedstawiła ją grupie:
— To córka Jadzi. Ta, która myślała, że matka zwariowała.
— Nie myślałam tak — zaprotestowała Magda.
— Pukałaś się w czoło — przypomniałam.
— To był gest troski.
— Bardzo teatralny.
Po dwunastu kilometrach Magda zeszła z roweru na podjeździe. Nie komentowałam. Zsiadłam i szłam obok.
— Nie musisz na mnie czekać.
— My zawsze czekamy.
Nad jeziorem usiadła między Haliną a Bożeną. Słuchała, jak opowiadają o swoich pierwszych trasach, o strachu przed ruchem ulicznym i o tym, jak dzieci próbowały je zatrzymać w domu „dla bezpieczeństwa“.
— Mamo, ty tutaj jesteś zupełnie inna — powiedziała później.
— Jaka?
— Nie taka cicha.
— W domu nie miałam do kogo mówić.
Spuściła wzrok.
— Powinnam była częściej przyjeżdżać.
— Nie o to chodzi. Nie możesz być moim całym życiem. Ja też nie powinnam była tego od ciebie oczekiwać.
W drodze powrotnej Magda jechała obok mnie.
— W przyszłym tygodniu też mogę?
— Możesz. Ale kup sobie własny rower.
— Już oglądałam ogłoszenia.
Tym razem to ja postukałam się palcem w czoło.
— Masz czterdzieści lat. W tym wieku takie szaleństwa?
Roześmiała się tak głośno, że odwróciły się wszystkie kobiety.
Po powrocie zdjęłam ceratę z Singera. Uszyłam sześć odblaskowych pokrowców na siodełka. Siódmy zrobiłam dla Magdy.
Rower nie sprawił, że przestałam tęsknić za Tadeuszem. Wciąż chodzę na cmentarz. Wciąż czasem mówię do jego zdjęcia.
Ale teraz między domem a cmentarzem istnieją także las, jezioro, ścieżka nad rzeką i sześć kobiet czekających w niedzielę pod mostem.
Rok temu myślałam, że po sześćdziesiątce człowiek może już tylko ostrożnie nie stracić tego, co mu zostało.
Dziś wiem, że można jeszcze zdobywać.
Nie młodość.
Przestrzeń.
Oddech.
I drogę, na której własna córka próbuje dogonić cię pod górę.
