— Ma wystarczyć na miesiąc, — odpowiedziałam, wkładając do wózka ogromne opakowanie makaronu.
Moja przyjaciółka Joanna spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
— Agnieszka, po co ci tyle?
— Marcin twierdzi, że człowiek może żywić się samym makaronem. Chcę go porządnie nakarmić.
Po narodzinach naszego syna Jasia wiele się zmieniło. Zrezygnowałam z pracy, a ponieważ wcześniej pracowałam bez umowy, nie dostałam normalnego zasiłku macierzyńskiego.
Pieniędzy było mniej. Wydatków coraz więcej.
Marcin powtarzał:
— Poradzimy sobie.
W praktyce oznaczało to, że ja miałam sobie poradzić.
— Jasiowi potrzebny jest wiosenny kombinezon, — powiedziałam.
— Kup z pieniędzy na dziecko.
— Zapłaciłam nimi czynsz.
— Musisz nauczyć się lepiej dzielić budżet. Ja muszę kupić części do samochodu.
Znalazłam zdalną pracę, ale Jaś był niespokojny. Nie zawsze zdążyłam posprzątać i ugotować.
Pewnego wieczoru Marcin wrócił z pracy.
— Przez cały dzień nie mogłaś zrobić kolacji?
— Pracowałam, a Jaś prawie nie spał.
— Siedzisz w domu. Naucz się organizować czas.
Nie wytrzymałam.
— Mam organizować czas, pieniądze, dziecko, pracę i mieszkanie. A ty kończysz obowiązki w chwili, gdy zdejmujesz buty?
Marcin wyszedł, trzaskając drzwiami.
Opowiedziałam o wszystkim Joannie, która też miała małe dziecko. Ona regularnie spotykała się z koleżankami i chodziła na ćwiczenia.
— Skąd masz czas?
— Mój mąż zajmuje się córką. To również jego dziecko. Jeśli twój nie chce pomagać, niech opłaci opiekunkę.
— My nie mamy pieniędzy nawet na letni wózek.
— W takim razie niech lepiej zarabia, zamiast krytykować ciebie.
Marcinowi odpowiadała praca kierownika w sklepie sportowym. Nie szukał niczego lepszego. Za to bardzo chętnie wyjaśniał mi, jak powinnam gospodarować pieniędzmi.
Kiedy Jaś zaczął często chorować, musiałam zrezygnować z pracy zdalnej. Na leki pożyczałam od mamy.
Pewnego wieczoru powiedziałam:
— Potrzebuję zimowej kurtki. Stara ma sześć lat.
Marcin nie oderwał wzroku od telefonu.
— Kup sobie. Tylko potem sama wymyśl, co będziemy jeść. Może nauczysz się oszczędzać.
Kupiłam kurtkę.
Potem pojechałam z Joanną do marketu i wzięłam zapas makaronu na miesiąc.
Pierwszego dnia były spaghetti. Drugiego łazanki. Trzeciego makaron z serem.
Marcin otworzył lodówkę.
— Znowu makaron?
— Na tyle wystarczyło po zakupie kurtki.
— Nie umiesz planować.
— Przepraszam, że nie potrafię ugotować obiadu z powietrza. Jemy to, na co zarobiłeś. Jaś jest naszym wspólnym dzieckiem. Wiedziałeś, że przez kilka lat nie będę mogła normalnie pracować.
Czwartego dnia podałam rosół z makaronem, bez mięsa. Piątego makaron z masłem.
Wieczorem Marcin przyniósł zakupy. Mięso, warzywa, pieluchy, lekarstwa i kombinezon dla Jasia.
— Dużo wydałeś? — zapytałam.
— Więcej, niż myślałem.
— Właśnie tyle kosztuje życie.
Marcin nie zmienił się od razu. Ale zaczął kąpać syna, robić zakupy i przygotowywać kolację dwa razy w tygodniu.
Kiedy później mówił, że wydaję za dużo, wskazywałam na szafkę z ostatnim opakowaniem makaronu.
— Mogę znowu zacząć oszczędzać.
Zwykle szybko przypominał sobie, że nie jest głodny.
