Krystyna była w kuchni, kiedy usłyszała trzaskanie szafy w sypialni.
— Wstałeś? Chodź na śniadanie, czekam na ciebie!
Jerzy nie odpowiedział. Gdy weszła do pokoju, zobaczyła go przed lustrem w starym garniturze kupionym dwadzieścia lat wcześniej na jego czterdzieste urodziny.
— Dlaczego tak się wystroiłeś? Tego kroju już się nie nosi.
— Jeszcze się nadaje, — mruknął, oglądając się z każdej strony.
— Macie jakąś uroczystość w pracy? Pamiętaj, że lekarz zabronił ci alkoholu.
— Na tej uroczystości nie będę pił.
— Co to za uroczystość?
— Coś w rodzaju spotkania. Inni może wypiją, a ja będę tylko patrzył.
Krystyna prychnęła.
— Ty będziesz tylko patrzył? Dobrze cię znam.
Jerzy wygładził marynarkę.
— Wyprasuj ją porządnie. Niedługo będzie potrzebna.
Przy śniadaniu wyglądał blado i nieswojo.
— Serce znowu? Zaraz przyniosę ciśnieniomierz.
Jerzy położył dłoń na jej ręce.
— Nic mi nie jest. Miałem zły sen.
— Jaki?
— Śniło mi się, że umarłem. Leżałem w tym garniturze, a wszyscy przychodzili się pożegnać i mówili, że dobrze wyglądam.
Krystyna zmarszczyła brwi.
— Ty naprawdę trzymałeś ten garnitur na własny pogrzeb?
— Czasem myślałem, że właśnie w nim mnie położysz. Więc pamiętaj: żadnego innego.
— Jeszcze nie wypiłam kawy, a ty już wydajesz instrukcje pogrzebowe.
Ciśnienie okazało się prawidłowe.
Po chwili Jerzy zaczął węszyć.
— Czujesz spaleniznę?
— Czuję, — odpowiedziała Krystyna z uśmiechem.
— Coś jest w piekarniku?
— Nie.
— To co się pali?
— Chyba twój ukochany garnitur.
Jerzy zerwał się z krzesła i pobiegł do sypialni.
— Kryśka! Zostawiłaś żelazko na marynarce! Wypaliłaś dziurę na samym środku!
— No i świetnie! Teraz nie mam cię w czym pochować. Będziesz musiał żyć jeszcze czterdzieści lat!
Jerzy długo oglądał zniszczoną marynarkę i mruczał pod nosem, lecz nie potrafił się naprawdę zezłościć.
Minęły tygodnie. Znów pili razem herbatę, sprzeczali się o drobiazgi i wieczorami oglądali wiadomości.
Krystyna zaczęła jednak zauważać rzeczy, na które wcześniej nie zwracała uwagi. Jerzy każdego ranka przygotowywał jej kubek. Poprawiał kołnierz płaszcza. Zostawiał dla niej najlepszy kawałek ciasta.
Pewnego wieczoru podeszła do niego, objęła go za ramiona i oparła policzek o jego siwe włosy.
— Co ci się stało? — zdziwił się.
— Nic. Po prostu chciałam.
Po chwili dodała:
— Kiedy naprawdę przyjdzie czas, kupię ci nowy garnitur. Ale nie spiesz się. Jeszcze długo jesteś mi potrzebny.
Jerzy uśmiechnął się.
— Skoro tak stanowczo prosisz, postaram się zostać.
Najgorsze nie jest to, że kiedyś może zabraknąć człowieka obok.
Najgorsze jest milczeć o miłości, jakby czasu miało nigdy nie zabraknąć.
