Marta szorowała płytki w kuchni, aż zabolały ją ręce. W nowym mieszkaniu pachniało farbą, kurzem po remoncie i detergentem. Nie było piękne. Nie było gotowe. Ale było jej.
Jeszcze niedawno miała męża, dom i życie, które wydawało się zwyczajne, ale bezpieczne.
Piotr, jej mąż, potrafił być czuły. Przynosił czasem kwiaty bez okazji, żartował z córką, obiecywał wspólne wakacje nad morzem. Marta naprawdę wierzyła, że ich dziesięć lat małżeństwa coś znaczy.
A potem pojechała służbowo do Gdańska.
Miała zostać trzy dni. Córkę Zosię zostawili u babci. Piotr powiedział, że będzie tęsknił.
Marta załatwiła wszystko szybciej i postanowiła wrócić dzień wcześniej. Chciała zrobić niespodziankę. Kupiła nową sukienkę, drogie rajstopy i małe pudełko perfum. Po drodze wpadła na pomysł, żeby zajechać do Karoliny, najlepszej przyjaciółki. Karolina zrobiłaby jej makijaż, poprawiła włosy i może pożyczyła czerwone szpilki.
Marta nie dzwoniła. Wiedziała, że Karolina wieczorami jest w domu.
Zadzwoniła do drzwi.
Otworzył Piotr.
Stał w progu w domowych spodniach, z twarzą człowieka przyłapanego na czymś, czego nie da się wytłumaczyć.
— Co ty tu robisz? — zapytała Marta.
Piotr nie odpowiedział.
Z głębi mieszkania dobiegł głos Karoliny:
— Kochanie, to jedzenie? Zapłaciłeś?
Karolina wyszła na korytarz w eleganckim szlafroku i czerwonych szpilkach.
Tych samych, które Marta chciała pożyczyć.
Przez kilka sekund nikt nie mówił.
Potem Marta zapytała:
— Jak długo?
Karolina zaczęła bełkotać coś o zepsutym kranie. Że Piotr przyszedł pomóc. Że Marta źle rozumie.
Marta spojrzała na jej strój.
— Do hydraulika zawsze ubierasz się jak na randkę?
Piotr westchnął.
— Marta, uspokój się. Porozmawiajmy normalnie.
— Normalnie? Moja przyjaciółka mówi do mojego męża „kochanie”, a ja mam rozmawiać normalnie?
Wyjęła z torby pakunek z nową sukienką i rzuciła go Karolinie pod nogi.
— Weź. Może ci się przyda. Piotr lubi mój gust.
Następnego dnia Marta złożyła pozew o rozwód.
Piotr płakał, klękał, prosił. Mówił, że to była słabość, że kocha tylko ją, że straci rozum bez rodziny.
Ale Marta nie umiała już patrzeć na niego jak na męża.
Sprzedali mieszkanie. Większa część pieniędzy przypadła Marcie, bo Zosia miała mieszkać z nią. Kupiła stare dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach Wrocławia. Wymagało remontu. Ale było ich.
Marta wzięła urlop i zaczęła je doprowadzać do porządku.
Szafki trzeba było umyć, podłogę doczyścić, okna uszczelnić. Co chwilę siadała zmęczona i myślała:
“Czy naprawdę wszystko, co zbudowałam, rozpadło się przez jedne drzwi?”
— Mamo, skończyłam półkę! — Zosia weszła do kuchni z brudną ściereczką. — Mogę dostać nową?
Marta spojrzała na córkę.
Siedem lat. Drobne ramiona. Warkoczyki. Oczy, które ostatnio za szybko stały się poważne.
Marta poczuła wstyd.
Jak mogła pomyśleć, że z małżeństwa nie zostało nic dobrego?
Zosia była najlepszym, co z niego zostało.
Marta przyciągnęła córkę do siebie.
— Wiesz, że bardzo cię kocham?
— Wiem.
— Przepraszam, że z tatą nie daliśmy rady.
Zosia popatrzyła na nią uważnie.
— Mamo, ja rozumiem. U Oli rodzice też się rozstali, bo jej tata poszedł do innej pani. Ola mówiła, że jej mama długo płakała. Ja wiem, że ty też płaczesz, tylko po cichu.
Marta zamarła.
— Nie powinnaś się tym martwić.
— Wiem. Ale się martwię. Tylko będę grzeczna, żeby ci nie było trudniej.
Marta rozpłakała się.
— Kochanie, ty nie musisz być grzeczna za cały świat.
Zosia przytuliła się mocniej.
— Ale jesteśmy dziewczynami. Musimy się trzymać razem.
Marta zaśmiała się przez łzy.
Kilka minut później Zosia pobiegła do sklepu po drożdżówki z serem. Marta patrzyła przez okno, jak jej mała córka idzie chodnikiem, ostrożnie omijając kałuże.
Telefon zawibrował.
Piotr napisał:
“Jak się macie?”
Marta długo patrzyła na wiadomość.
Potem odpisała:
“Dajemy radę.”
I tym razem nie było w tym ani złości, ani prośby.
Była tylko prawda.
