Ostatnie jajko

Grażyna wstawiła wodę na herbatę. Tylko dla siebie. Dwa kubki na suszarce od tygodni stały nieruszone — ten z wyszczerbionym brzegiem należał do Zbyszka. Kiedyś z niego pił poranną kawę, opierając się biodrem o blat, i patrzył, jak smaruje mu kanapki. Teraz nawet nie wchodził do kuchni, dopóki nie wyszła.

W lodówce stały dwa mleka. Jego — tłuste, 3,2%, kupowane w drodze z hurtowni. Jej — migdałowe, bez laktozy, w smukłym kartonie. Na górnej półce dżem truskawkowy, którego Zbyszek nie tknął od lat. Na dolnej — jego ser pleśniowy i sucha kiełbasa, zawinięta szczelnie w papier, żeby nie śmierdziało na całą kuchnię. Podział wypracowali latami. Ciszej, sprawniej, bezboleśniej niż rozwód.

Dwadzieścia dwa lata wcześniej przyjechali do Gorzowa z dwiema torbami i jednym kocem. Ona — świeżo po obronie magisterki z geografii, on — technolog z azotów, jeszcze na okresie próbnym. Mieszkali w pokoju gościnnym u ciotki, dopóki nie dostała mieszkania z przydziału. Kawalerka na czwartym piętrze, bez windy. Łóżko z palet, stół z odzysku, jedna patelnia. Prawdziwa, żeliwna, po babce Zbyszka. Na tej patelni smażyli wszystko — jajecznicę, kotlety sojowe, cebulę do ziemniaków. Bywały tygodnie, kiedy mieli w lodówce tylko margarynę, chleb i cztery jajka. Wtedy robili jajka sadzone. Dwa na krzyż — tyle akurat mieściła patelnia. Jedli z jednego talerza, bo drugi stłukł się podczas przeprowadzki.

A potem awans, kredyt, mieszkanie na Kwadracie. Zbyszek zaczął jeździć na delegacje, ona dostała etat w liceum. Urodziła się Kasia, potem Waldek. Potem Kasia wyjechała do Poznania na studia, Waldek poszedł do technikum, a oni zostali we dwoje. I wtedy zaczęło się psuć. Bez słów, bez awantur — jak mebel, który latami stał w tym samym miejscu, aż nagle zauważasz, że się rozkleił.

Najpierw przestali rozmawiać przy kolacji. Potem przestali jeść razem kolację. Potem Zbyszek oznajmił, że przenosi się do pokoju Waldka, bo chłopaka i tak całe dnie nie ma, a on potrzebuje miejsca na dokumentację. Grażyna nic nie powiedziała. Zabrała z jego półki suszone oregano i przestała kupować tłuste mleko.

Był jeszcze ten wyjazd do sanatorium w Ciechocinku. Wrócił opalony, z nowym telefonem, którego nie odkładał nawet w łazience. Grażyna widziała raz, przypadkiem, esemesa: „Tęsknię za tamtym spacerem”. Nie zapytała. Nie sprawdzała. Nie dlatego, że nie bolało — bolało tak, że przez trzy noce nie spała. Ale bała się usłyszeć odpowiedź, która wszystko skończy. A nie chciała, żeby się skończyło. Chciała, żeby jakoś samo wróciło. Jak śnieg w kwietniu — niby nie powinien, ale czasem spadnie i przykryje wszystko na godzinę.

Tamtego wtorku wstała wcześniej. Przed szóstą w pokoju było jeszcze szaro. Włożyła stary szlafrok w lawendowe pasy, ten sam, który kupiła w outlecie pięć lat temu, i poszła do kuchni. Nie zapaliła górnego światła — wystarczyła jej lampka pod szafkami. Wyjęła z szuflady przy kuchence małą patelnię do naleśników, prezent od teściowej jeszcze sprzed ślubu. Prawie jej nie używała. Postawiła na palniku, odkroiła płat masła, rozpuściła powoli.

W lodówce leżały dwa jajka — jedno w jej wytłaczance, drugie w kartonie Zbyszka. Wzięła oba. Myślała, że zrobi sadzone. Dla siebie jedno. Ale kiedy pierwsze jajko rozpłynęło się na patelni białkiem wokół żółtka, zamarła.

Mała patelnia. Jedno jajko. Tak jak wtedy, kiedy nie było nic.

Dziewiętnaście lat. Akademik przy Botanicznej. Pierwsza zima po ślubie. Wrócił z uczelni przemarznięty, z torbą makaronu i wiadomością, że stypendium będzie dopiero za dwa tygodnie. „Mamy jeszcze trzy jajka” — powiedziała wtedy. Usmażyła je na zmianę, śmiejąc się, że to bankiet. On patrzył na nią spod grzywki i powiedział: „Jak zostaniemy milionerami, dalej będziemy tak jeść. Tylko codziennie”. I cmoknął ją w nos. Była wtedy taka lekka.

Córka często pyta przez telefon: „Mamo, czemu ty jeszcze z nim siedzisz?”. Grażyna milczy. Bo jak wytłumaczyć, że małżeństwo to nie tylko miłość — to przede wszystkim pamięć. I ta cholerna patelnia.

Stała tak nad kuchenką, kiedy drzwi się uchyliły. Zbyszek wszedł po cichu, w rozciągniętym podkoszulku, z kubkiem po wczorajszym mleku. Chciał zaparzyć herbatę — swoją, z termosu, którą zabierał do hurtowni. Zobaczył ją w świetle palnika. Drobna, przygarbiona, z przerzedzoną ondulacją, która dawno straciła skręt. I tę patelnię.

Grażyna odwróciła się powoli. Podniosła patelnię w jego stronę, jakby niepewnie, jak dziecko, które podaje dorosłemu skarb znaleziony na plaży.

— Będziesz jajko? — zapytała cicho. Głos jej drgnął. — Ostatnie dwa. Zostało ci, no wiesz… Na drogę. Myślałam, że zrobię z cebulką, ale cebula skończona. Zresztą ty nie lubisz, żeby śmierdziało.

Patrzył na nią i nie mógł złapać oddechu. Nie wiedzieć czemu przed oczami stanął mu tamten pokój w akademiku, para z ust na mrozie, bo ogrzewanie wysiadło, i ona — Grażyna — śpiąca w jego bluzie, bo jej sweter przegryzła mysz. Kupił jej potem nowy, czerwony, z angory. Gdzie ten sweter teraz? Pewnie w worku z rzeczami do oddania. On sam tam leży, w tym worku. Do oddania.

— Grażka — szepnął. Nie mówił do niej tak od lat. Odłożył kubek. Podszedł bliżej. Zdjął jej rękę z rączki patelni, odstawił na wygaszony palnik. Żółtka drżały jeszcze chwilę, potem znieruchomiały. Pachniało masłem i domem.

— Przepraszam — powiedział i to słowo zawisło między nimi jak ciężki płaszcz, który wreszcie ktoś zdjął z wieszaka. — Ja nie wiem, co się ze mną działo. To… to wszystko było nie tak. Nie powinienem. Ani wtedy, ani teraz.

Nie powiedział nic o Ciechocinku. Ale tego nie musiał mówić. Grażyna widziała po jego twarzy, po tym, jak zaciskał szczękę, żeby nie zacząć płakać. On rzadko płakał. Ostatni raz na pogrzebie matki, a wcześniej — kiedy Waldek urodził się siny i przez trzy dni nie było pewności.

Objęła go niezgrabnie, uderzając łokciem o szafkę. Szlafrok się rozchylił, poczuła na ramieniu jego brodę. Pachniał mydłem. I trochę herbatą — tą samą, którą pił od dwudziestu lat. Wtuliła czoło w jego podkoszulek. Był miękki, wyprany w płynie, który ona dodawała do prania. Korzenny, zimowy.

— Zostań — powiedziała i nie wiedziała, o co prosi. Żeby został dziś na śniadanie. Żeby został w domu. Żeby został z nią.

— Nie wychodzę — odparł. I po chwili: — Zrobimy sobie dzisiaj wolne? Pójdziemy na spacer? Tam gdzie dawniej, nad Wartę.

Nie poszli nigdzie. Przesiedzieli na kanapie do południa. Potem Grażyna wyjęła drugą patelnię — tę dużą, żeliwną, po babce. Zbyszek pokroił cebulę. Jednak była, w siatce pod zlewem. Do jajek dodali szczypiorek z parapetu. Jedli z jednego talerza. Bo po co brudzić dwa.

Kiedy Kasia zadzwoniła wieczorem, usłyszała w słuchawce śmiech. Obcy, dawno niesłyszany. Matka śmiała się, a ojciec mówił: „Oddaj telefon, chcę córce opowiedzieć o twojej patelni”. Kasia milczała przez chwilę.

— Mamo, jaka patelnia? — zapytała.

Grażyna nie odpowiedziała. Patrzyła na Zbyszka, który szukał w szafce herbatników, i myślała tylko o jednym — że rano wyniesie z lodówki to cholerne mleko. Oba naraz. I jutro kupi jedno. Normalne. Łaciate.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: