Stary Bazyl znalazł dom

Bazyl trafił do schroniska w Legnicy po raz czwarty, gdy miał już jedenaście lat. Szarpej, cały w fałdach skóry, z siwym pyskiem i mętnawym spojrzeniem, które kierowniczka schroniska, pani Danuta, znała lepiej niż spojrzenie własnego psa. Trzy rodziny wzięły go wcześniej. Żadna nie wytrzymała dłużej niż trzy tygodnie. Ostatnia oddała go z kartką: "Za stary, za smutny, dzieci się go boją". Pani Danuta tę kartkę schowała do szuflady i nikomu nie pokazywała.

Ogłoszenie o Bazylu wisiało na Facebooku od miesiąca. Zdjęcie było kiepskie — pies siedział w głębi klatki, pod jarzeniówką, i patrzył gdzieś w bok, jakby już wiedział, że nikt nie kliknie "polub". Kierowniczka mówiła wolontariuszom, że jeśli do Wszystkich Świętych nikt się nie zgłosi, trzeba będzie pomyśleć o hospicjum dla zwierząt przy Wrocławiu. Miejsca w schronisku było mało, a jesień w Legnicy zawsze przynosiła nowe wyrzucone psy — po wakacjach zawsze tak bywało.

Zgłosili się Henryk i Zofia Wojtala, oboje po siedemdziesiątce, z Chojnowa, dwadzieścia kilka kilometrów od schroniska. Miesiąc wcześniej pochowali swojego labradora, Rudego, który przeżył z nimi trzynaście lat i umarł we śnie, na dywanie w salonie, przy telewizorze, gdzie akurat leciał mecz Legii. Zofia jeszcze wtedy nie umiała wejść do tego pokoju bez zatrzymania się w progu.

Syn dzwonił z Wrocławia i namawiał na szczeniaka. — Weźcie coś młodego, mamo. Będziecie mieli go jeszcze piętnaście lat. — Zofia tylko kiwała głową do słuchawki, a potem odkładała telefon i mówiła do męża: — On nie rozumie. My nie chcemy zaczynać od nowa. My chcemy komuś dać, co nam zostało.

Pojechali starym oplem corsa do Legnicy w sobotę, bo we wtorki i czwartki schronisko było zamknięte dla zwiedzających. Na miejscu pachniało mokrą sierścią i karmą, gdzieś szczekał owczarek, którego nikt nie chciał od dwóch lat. Bazyl siedział w głębi klatki, nie podszedł do siatki jak inne psy. Zofia przykucnęła i patrzyła na niego przez chwilę, nic nie mówiąc.

— On się już nie spodziewa, że ktoś przyjdzie — powiedziała pani Danuta cicho, otwierając klatkę. — Trzy razy go oddali. Czwarty raz się boję nawet pytać, czy ktoś go weźmie.

Zofia weszła do środka, usiadła na betonie w zimowej kurtce, nie zważając, że się pobrudzi, i czekała. Bazyl podszedł po dobrych dwóch minutach, obwąchał jej rękaw, potem położył łeb na jej kolanie. Henryk, który stał przy drzwiach, powiedział tylko: — No to chyba już wiemy.

Pierwsza noc w domu w Chojnowie była ciężka. Bazyl nie mógł się uspokoić — wstawał co dwadzieścia minut, szedł do sypialni sprawdzić, czy Henryk i Zofia dalej tam są, kładł się z powrotem na starym kocu Rudego przy kaloryferze, a potem znowu wstawał. Za oknem świecił jedyny w okolicy latarnia, migotał, bo od lat nikt go nie naprawił, i ten migot rzucał cień na ścianę sypialni, w rytm którego Bazyl chodził tam i z powrotem.

Około drugiej w nocy Zofia usiadła na łóżku i poklepała kołdrę przy nogach Henryka. — Chodź, Bazyl. Jesteś w domu, słyszysz? Nikt cię nigdzie nie odwiezie.

Pies stał w progu długo, jakby sprawdzał, czy dobrze usłyszał. Potem wszedł powoli, okrążył miejsce dwa razy, jak to robią stare psy, i opadł ciężko przy nogach Henryka z takim westchnieniem, że Henryk zaśmiał się przez sen: — No nareszcie, stary, zdecydowałeś się.

Do rana Bazyl się nie ruszył. Pierwszy raz od miesięcy przespał całą noc bez wstawania.

Minęły trzy miesiące. Bazyl przytył trochę, sierść mu się wygładziła, a na spacerach po chojnowskim rynku ludzie zaczęli go rozpoznawać — sąsiadka z bloku obok, pani Grażyna, zawsze zatrzymywała się z kawałkiem parówki w kieszeni płaszcza. Weterynarz, do którego zabrali go na kontrolę, powiedział, że serce ma słabsze, stawy zapalone, ale że przy takiej opiece pociągnie jeszcze parę dobrych lat.

Zofia i Henryk poszli z tym do notariusza w Legnicy, nie żeby zrobić coś wielkiego — po prostu chcieli mieć na papierze, że jeśli któremuś z nich coś się stanie, syn ma obowiązek zatrzymać psa, a nie oddać go z powrotem do schroniska. Notariusz, młody chłopak, zapytał, czy to na pewno konieczne dla jednego psa. Zofia odpowiedziała krótko: — Jego już cztery razy oddawano. Piąty raz się nie zdarzy, dopóki my żyjemy. A jak nas zabraknie, to ma być na piśmie, że dalej ktoś go trzyma.

Syn, kiedy usłyszał o tym papierze, przyjechał następnej niedzieli specjalnie, żeby zobaczyć psa, który skłonił jego rodziców do wizyty u notariusza. Usiadł na podłodze w salonie, tam gdzie kiedyś leżał Rudy, i Bazyl podszedł sam, bez wołania, położył łeb na jego kolanie, dokładnie tak jak zrobił to pierwszego dnia z Zofią.

— No dobra — powiedział syn cicho, głaszcząc go po fałdzie za uchem. — Chyba rozumiem.

Like this post? Please share to your friends:
Mass Effect
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: