— Jola, słyszałem, że kupiłaś mieszkanie — powiedział Dariusz.
Stałam w środku mojej nowej kawalerki. Wokół mnie leżały kartony, na parapecie stał papierowy kubek po kawie, a pod ścianą Singer czekał na swoje miejsce.
— Słyszałeś prawidłowo.
— Zuzia mi powiedziała. Gratuluję. Naprawdę. Nie sądziłem, że ci się uda.
Przez chwilę patrzyłam na klucz leżący na dłoni.
— Ja też kiedyś nie sądziłam. Ty szczególnie pilnowałeś, żebym w to nie wierzyła.
Dariusz westchnął.
— Jola, nie wracajmy do tego. Powiedziałem wtedy różne rzeczy. Byłem w emocjach.
— Ty byłeś w emocjach? To ciekawe. Ja stałam na klatce schodowej i dowiadywałam się przez telefon, że mąż odchodzi do koleżanki.
— Wiem. Nie zachowałem się dobrze.
— Powiedziałeś, że sama sobie nie poradzę.
— Przepraszam.
To słowo przyszło po sześciu latach, gdy stałam już we własnym mieszkaniu. Nie wtedy, kiedy liczyłam pieniądze na jedzenie. Nie wtedy, kiedy alimenty spóźniały się trzeci miesiąc. Nie wtedy, kiedy Zuzia nie pojechała na wycieczkę szkolną, bo brakowało mi dwustu złotych.
— Czego chcesz, Dariusz?
Zamilkł.
— Chciałbym się spotkać. Pogadać jak dorośli ludzie.
— Rozmawiamy.
— Nie przez telefon.
Prawie się roześmiałam. On mógł zakończyć małżeństwo przez telefon, ale teraz do rozmowy potrzebował stolika i kontaktu wzrokowego.
— O czym chcesz rozmawiać?
— Z Beatą od dawna się nie układa. Chyba oboje popełniliśmy błędy.
— Ja nie odchodziłam do twojego kolegi z pracy.
— Nie o to chodzi. Po prostu czas zmienia perspektywę. Człowiek zaczyna doceniać to, co miał.
Podeszłam do okna. Kasztanowce przed blokiem miały pierwsze żółte liście. Na parkingu kobieta pakowała zakupy do bagażnika. Zwykły dzień. Moje własne okno.
— Ty doceniasz teraz to, co miałeś, bo przestało ci się układać z Beatą.
— To niesprawiedliwe.
— A co byłoby sprawiedliwe? Żebym po sześciu latach pracy czekała na ciebie z obiadem?
— Nie mówię, że mamy od razu do siebie wracać.
— Nie wrócimy do siebie ani od razu, ani później.
Dariusz zaczął mówić szybciej. Że zawsze będziemy rodziną. Że Zuzia potrzebuje rodziców, którzy potrafią się porozumieć. Że on wiele przemyślał.
— Zuzia ma dwadzieścia dwa lata — przerwałam. — I doskonale rozumie, dlaczego się rozstaliśmy.
— Powiedziałaś jej wszystko?
— Nie musiałam. Była w domu, kiedy odszedłeś.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Mogę chociaż zobaczyć mieszkanie?
— Nie.
— Dlaczego?
Rozejrzałam się. Trzydzieści dwa metry. Białe ściany. Mały aneks. Łazienka, w której pralka prawie dotykała kabiny. Dla niego nic wyjątkowego.
Dla mnie sześć lat życia.
— Bo to pierwsze miejsce, które jest naprawdę moje. Nie chcę, żebyś wszedł tu tylko dlatego, że teraz przypomniałeś sobie o przeszłości.
— Jola, nie musisz być taka twarda.
— Muszę? Nie. Już nie muszę niczego udowadniać.
Rozłączyłam się.
Usiadłam na podłodze między kartonami. Ręce trochę mi drżały, ale nie z tęsknoty. Z napięcia, które powoli ze mnie schodziło.
Zuzia zadzwoniła godzinę później.
— Mamo, tata dzwonił do ciebie?
— Tak.
— Przepraszam, że powiedziałam mu o mieszkaniu. Nie pomyślałam.
— Nic się nie stało.
— Chce wrócić?
— Chce sprawdzić, czy drzwi są nadal otwarte.
— Są?
Spojrzałam na dwa nowe klucze.
— Tylko dla ludzi, których sama zaproszę.
Zuzia przyjechała w sobotę. Przywiozła czajnik, komplet ręczników i małą roślinę w żółtej doniczce.
— To sansewieria. Podobno trudno ją zabić.
— Idealna dla mnie.
Składałyśmy regał, kłóciłyśmy się o instrukcję i jadłyśmy pizzę na kartonie. W pewnej chwili Zuzia usiadła na parapecie.
— Mamo, dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś, że oszczędzasz?
— Bałam się, że się nie uda.
— A gdyby się nie udało?
— Wtedy przynajmniej miałabym oszczędności.
— Jestem z ciebie dumna.
Te słowa zrobiły ze mną więcej niż gratulacje w banku.
Pierwszą noc spędziłam na materacu. Nie miałam jeszcze zasłon, więc rano obudziło mnie światło. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem.
Potem zobaczyłam klucze na skrzynce obok łóżka.
Dariusz jeszcze kilka razy pisał. Proponował kawę, spacer, rozmowę. Raz napisał, że Beata się wyprowadziła i on „został sam“.
Odpisałam:
„Samemu też można sobie poradzić. Mówiłeś mi to sześć lat temu, tylko w odwrotnej formie.“
Więcej nie odpowiedział.
Nie czuję triumfu. Nie cieszę się, że jemu się nie udało. Po prostu nie jestem już kobietą, którą zostawił na klatce schodowej z telefonem przy uchu.
Tamta Jola bała się czynszu, samotności i przyszłości.
Dzisiejsza Jola ma kredyt, trzydzieści dwa metry, składany stół i własny klucz.
W pracowni nadal ceruję rozdarcia.
Ale nauczyłam się, że nie wszystko trzeba naprawiać.
Niektóre rzeczy należy odłożyć, zamknąć za nimi drzwi i urządzić życie po drugiej stronie.
