Słowa szefa jeszcze brzmiały w powietrzu: *Proszę pani, przyjmiemy młodą dziewczynę, pokaże jej pani, co i jak. Na razie do pomocy.* Znała to „na razie”. Nie pierwszy raz widziała, jak kończą się takie przyuczanie.
Kiedyś, piętnaście lat temu, dyrektor Mikołajczyk — jeszcze przed emeryturą — powiedział jej przy kawie: *Pani Halino, pani jest sercem tej firmy. Bez pani tu wszystko padnie.* A teraz ten sam człowiek przysłał na jej biurko Kasię. Dwadzieścia trzy lata. Dyplom z ekonomii prosto z drukarki i zero pojęcia o tym, czym różni się amortyzacja środka trwałego od kosztu jednorazowego.
Kasia pierwszy dzień przesiedziała przy komputerze, stukając w klawiaturę tak wolno, że Halina zdążyła w myślach przeliczyć trzy deklaracje, zanim tamta wypluła z siebie jedno zdanie. Na drugi dzień okazało się, że dziewczyna nie potrafi wypełnić przelewu. Po prostu — nie wie, gdzie wpisać numer rachunku. Halina tłumaczyła jej to cierpliwie, pokazując na swoim monitorze, aż w końcu Kasia westchnęła głośno i rzuciła:
— Wie pani co, u nas na studiach mówili, że to system sam robi…
System. Halina pomyślała o segregatorach z bilansami za ostatnie czterdzieści lat, które upychała w szafie pancernej, bo już nikt nie pamiętał, że w ogóle istnieją. O audycie sprzed trzech lat, który przeszedł bez jednej uwagi. O tym, że jako jedyna w tym budynku wiedziała, dlaczego na koncie 335 od pięciu lat wisi różnica osiemnastu groszy. Nikt nawet nie próbował tego ruszać — wszyscy bali się, że coś popsują, więc zostawili jej.
A teraz system.
Pod koniec tygodnia Kasia zapomniała wysłać przelew do ZUS-u. Po prostu — miała wysłać, wyszła na lunch, wróciła i już nie pamiętała. Halina zauważyła to w poniedziałek rano, sprawdzając wyciągi. Przez cały weekend nikomu nie przyszło do głowy, że przelewu nie ma. Bo przecież jest Kasia. Młoda, szybka, zna Excela.
Tego dnia Halina wróciła do domu na Kleczkowskiej później niż zwykle. Zdjęła płaszcz, powiesiła go na oparciu krzesła i włączyła czajnik. Na kuchennym blacie stały dwa słoiki z ogórkami od sąsiadki spod czwórki — pani Zosi, która zawsze mówiła: *Niech pani weźmie, bo ja już swoich nie obdzwonię, a wyrzucić szkoda*. I Halina brała. Nie dlatego, że nie miała swoich. Po prostu rozumiała, co znaczy nie móc się do nikogo dodzwonić.
W pokoju obok milczał telewizor. Na parapecie rósł figowiec — ten sam, który dostała na czterdziestolecie pracy. Kiedyś był malutki, mieścił się w doniczce po jogurcie. Teraz sięgał prawie do parapetu i regularnie gubił liście. Halina podlewała go raz w tygodniu i patrzyła, jak nowe pąki powoli rozwijają się do światła.
Zadzwonił telefon. Córka.
— Mamo, rozmawiałaś z Kadrami?
— Nie.
— Mamo, obiecałaś. Powiedz im, że odchodzisz. Po co ci to? Masz siedemdziesiąt dwa lata. Siedemdziesiąt dwa! Ja w tym wieku chcę już tylko leżeć na działce pod Rzeszowem i zbierać maliny.
Halina nie odpowiedziała od razu. Przesunęła palcem po brzegu kubka i pomyślała o tym, jak dwa lata temu córka zadzwoniła z awarią w swojej firmie: *Mamo, ratuj, nie mogę zbilansować faktur, mam kontrolę za tydzień*. I Halina przyjechała. Siedziała u niej do trzeciej w nocy, rozpisując wszystko ręcznie na kartce w kratkę. Bo w Excelu to można ładnie pokolorować, ale myślenie jest na kartce.
— A ty mnie pytałaś, czego ja chcę? — odezwała się w końcu. — Czy tylko tak… zgłosiłaś się z listą poleceń?
W słuchawce zaległa cisza. Taka, jaka zapada, kiedy dzwoni się z gotową odpowiedzią i nagle okazuje się, że pytanie było zupełnie inne.
— No wiesz, chciałam dobrze…
— Wiem. Wszyscy chcą dobrze. Tylko że ja naprawdę nie chcę malin.
Rozłączyła się. Napiła się herbaty. Herbata była już letnia, ale nie chciało jej się wstawać po czajnik.
Następnego dnia w pracy Kasia przyszła spóźniona o godzinę. Bez słowa przeprosin położyła torebkę na biurku i włączyła komputer. Halina podniosła głowę znad zestawienia.
— Coś się stało?
— Tramwaj mi uciekł spod samego nosa. Na placu Grunwaldzkim.
Halina pomyślała, że przez pięćdziesiąt trzy lata spóźniła się dokładnie dwa razy. Raz, gdy na Żmigrodzkiej pękła rura i zalało tory. Drugi raz — gdy urodziła córkę. I to też nie było spóźnienie, tylko urlop macierzyński, z którego wyszła miesiąc wcześniej, niż miała prawo.
— Kasiu, a jakbyś tak przyjeżdżała jednym tramwajem wcześniej?
Kasia popatrzyła na nią spod rozmazanej kreski na powiece i parsknęła śmiechem. Takim, który miał znaczyć: *Co pani może wiedzieć o życiu.*
Halina nic nie powiedziała. Odłożyła długopis, wstała i podeszła do okna. Za szybą błoto marcowej odwilży oblepiało samochody na parkingu. Na jednym z nich — czarnej toyocie należącej do prezesa — ktoś palcem napisał „myjka”.
Wtedy podjęła decyzję.
Nie złożyła wymówienia. Nie poszła do Kadr z awanturą. Zaczęła uczyć Kasię. Naprawdę uczyć. Tylko że po swojemu.
Na początek dała jej segregator z 1994 roku. Papierowy, pożółkły, z odręcznymi adnotacjami na marginesie. Kasia popatrzyła na niego jak na znalezisko z muzeum.
— Proszę to przeczytać i powiedzieć mi, gdzie jest błąd.
— Błąd? — Kasia otworzyła segregator. Zamknęła. Otworzyła ponownie. — Przecież tu wszystko jest… ręcznie pisane.
— No właśnie.
Kasia siedziała nad nim trzy dni. Trzeciego dnia przyszła z czerwonymi oczami i położyła przed Haliną kartkę.
— Błąd jest na stronie szóstej. Kwota nie zgadza się o jedenaście złotych. Ktoś wpisał sto czterdzieści osiem zamiast sto trzydzieści siedem.
Halina wzięła kartkę. Popatrzyła na liczby. Kiwnęła głową.
— Dobrze. A teraz niech mi pani powie, skąd pani to wie, skoro nigdy pani tego nie liczyła ręcznie?
Kasia milczała przez dłuższą chwilę. Potem odsunęła krzesło i usiadła ciężko.
— Przeliczyłam wszystko na kalkulatorze. Dwa razy. Bo za pierwszym razem nie chciałam uwierzyć.
— Ile czasu to pani zajęło?
— Prawie dwanaście godzin. Z przerwami na kawę.
— A ja to robię w osiem minut. Bez kalkulatora.
Przez kolejne tygodnie Halina codziennie zostawiała jej na biurku nowe zadanie. Stare zestawienia, uszkodzone pliki Excela, które trzeba było odtworzyć piechotą, historię jednego konta, które od lat nikt nie czyścił. Kasia robiła błędy, przeklinała pod nosem, dwa razy rozpłakała się w toalecie. Ale robiła.
W maju przyszła kontrola skarbowa.
Kontroler był młody, może po trzydziestce, z nużąco dokładnym sposobem patrzenia na dokumenty. Poprosił o zestawienia aktywów za ostatnie pięć lat — i zamarł, bo system pokazywał co innego niż fizyczne archiwum. Kasia, która od miesiąca porządkowała właśnie te dane, spojrzała na Halinę z przerażeniem. Halina nawet nie drgnęła.
— Proszę pana — powiedziała spokojnie — tu jest wydruk z ręczną korektą, a tu plik źródłowy przed tą korektą. System źle obsłużył zmianę stawki amortyzacji w 2021 roku, ale my to wychwyciłyśmy i poprawiłyśmy ręcznie. Oba zestawienia są zgodne — tylko trzeba wiedzieć, w którym momencie system przestał nadążać.
Kontroler patrzył przez chwilę to na nią, to na Kasię.
— Która z pań to poprawiła?
Kasia zaczerwieniła się po same uszy.
— Ja — wykrztusiła. — Znaczy… pani Halina mi pokazała, gdzie szukać.
Kontroler zamknął laptopa. Poprosił o pieczątkę i podpis. Kiedy wychodził, zatrzymał się w drzwiach.
— Pracuję w tym fachu osiem lat, ale pierwszy raz widzę, żeby ręczna korekta była zrobiona przed przyjściem kontroli. Gratuluję.
Tego dnia po pracy Halina została w biurze dłużej. Przyszła do niej Kasia — z kawą, tym razem nie dla siebie, a dla niej. Postawiła kubek na podkładce i usiadła na brzegu krzesła, tak jak siada się nie w swoim miejscu, tylko u kogoś, komu chce się powiedzieć coś ważnego.
— Pani Halino…
— Co tam?
— Ja wiem, że pani myśli, że przyszłam zająć pani miejsce.
Halina nie odpowiedziała. Patrzyła.
— I wie pani co… ja naprawdę po to przyszłam. Tak mi w Kadrach powiedzieli. Że pani niedługo odchodzi, że trzeba kogoś na zastępstwo. Ale ja… ja nawet nie wiedziałam, z kim mam pracować. Myślałam, że to będzie jakaś babcia, która tylko czeka na emeryturę. A pani…
Urwała. Pociągnęła nosem.
— Pani jest najlepszym księgowym, jakiego w życiu spotkałam. I ja już rozumiem — dodała szybciej — że pani nie chce odejść. I że to byłoby głupie, gdyby pani odeszła. Bo ja dopiero teraz zaczynam ogarniać, ile ja nie wiem.
Halina wzięła kubek. Wypiła łyk. Kawa była za słodka i za słaba — tak jak zawsze parzyła Kasia.
— Wiesz co, dziecko… — powiedziała po chwili. — Ja nie chcę stąd odchodzić, to prawda. Ale jak już będę musiała… to wolałabym zostawić to miejsce tobie. Komuś, kto wie, gdzie w segregatorze z 94 roku jest błąd o te jedenaście złotych.
Kasia uśmiechnęła się pierwszy raz od dawna — nie krzywo, nie ironicznie, tylko naprawdę. Tak, jak uśmiecha się ktoś, kto właśnie zrozumiał, że nie musi już nikomu niczego udowadniać.
Za oknem zapalały się latarnie na placu Strzegomskim. Halina dopiła kawę i pomyślała o swoim figowcu, który rósł powoli, ale uparcie. Nowy pąk, który zauważyła dziś rano, rozwijał się ładnie, ale listek był jeszcze blady i potrzebował czasu.
Zgasiła lampkę na biurku. Zabrała torebkę. Przy wyjściu odwróciła się jeszcze na chwilę.
— Jutro bierzemy się za akta z 2008. Tam jest bałagan straszliwy. Niech się pani wyśpi.
I wyszła w marcowy chłód, który pachniał już trochę wiosną, trochę mokrym asfaltem, a trochę niczym — po prostu miastem, które istniało i będzie istnieć, niezależnie od tego, kto siedzi w którym biurze.
